To
było pewne. Komisarz Montalbano musiał prędzej czy później wrócić. Nie kazał on
na szczęście zbyt długo na siebie czekać, a Camilleri czym prędzej chwycił za
pióro, aby znów rzucić policjanta z Vigaty w wir kolejnych dochodzeń. Tym razem
Salvo zagłębia się w świat dobrze znany autorowi książki, wchodzi bowiem na
deski teatru i za kulisami szuka sprawcy morderstwa.
Co
ciekawe najnowsza część serii jest wyjątkowa pod wieloma względami. Po
pierwsze, i co najłatwiej zauważalne dla czytelnika niezaznajomionego z
językiem Camilleriego, autor wydaje się nie mieć już żadnych hamulców w
używaniu swoistego dialetto
sicilianeggiante. Tym razem na kartach powieści o Montalbano znajdujemy
doprawdy niewiele zdań wypowiedzianych w standardowym języku włoskim. Pisarz
wkłada w usta zdecydowanej większości bohaterów autorski język naśladujący
wyspiarski dialekt i co równie ważne, doprowadzony on tu jest już do ekstremum.
Biorąc do ręki Metodo Catalanotti i
zaczynając lekturę na pierwszej lepsze stronie nawet włosi czują się mocno
zagubieni nie rozumiejąc, wybaczcie że odniosę się do słów samego Mistrza, un’amata minchia. Całe szczęście po
kilku kolejnych akapitach czytelnik zanurza się coraz głębiej w wodach
okalających krainę trinacrii. U schyłku życia, jak mawia sam Camilleri, daje on
swoim fanom prawdziwy popis umiejętności i czyni to, co wydawałoby się już
niemożliwe: przerasta samego siebie. CZYTAJ WIĘCEJ...
Płeć niepotrzebna?
Jak można się spodziewać, podobny tytuł w dzisiejszych
czasach to wręcz proszenie się o zaognioną dyskusję na temat roli kobiet i
mężczyzn w społeczeństwie (z naciskiem na tę pierwszą płeć). Co zatem mógł
wywołać podobny nagłówek ponad pół wieku temu? Pozostawmy odpowiedź na to
pytanie w sferze domysłów, wspomnę jedynie że pod takim tytułem (no prawie, bo
nie w formie pytania, a twierdzenia) w 1961 roku ukazała się książka-reportaż
autorstwa Oriany Fallaci, w której dziennikarska skupiła się na pozycji płci
pięknej w różnych kulturach i społeczeństwach świata.
Napisanie
wspomnianego obrazu kobiety w ówczesnym świecie poprzedziła podróż dokoła
globu, w którą Fallaci wybrała się wraz z włoskim fotografem, swoją drogą, żeby
było ciekawiej, kobieciarzem wiecznie poszukującym sypialnianych przygód. Kto z
tej podróży wrócił z tarczą, a kto na niej nie jest tajemnicą. Oriana napisała
książkę, która po dziś dzień cieszy się ogromnym powodzeniem, została
przetłumaczona na 11 języków, a kolejne edycje i dodruki wciąż trafiają do
księgarń niemal na całym świecie. Nawiasem mówiąc, polskiej wersji wciąż
brakuje. Drugi z uczestników wyprawy, cóż, musiał obyć się smakiem, bowiem
każdy kolejny kraj opuszczał z coraz większym żalem z powodu braku
jakichkolwiek sukcesów… CZYTAJ WIĘCEJ...
Sangue e merda.Krew i gówno. Właśnie tego chcą słuchać ponad 4 (C-Z-T-E-R-Y) miliony
Włochów każdego wieczora między 18.30, a 21.00. Hordy czarnuchów, które ze swoimi długaśnymi chujami przyjeżdżają rozmnażać
się na tym maluczkim skrawku ziemi, jakim są Włochy. Faszyści, którzy z
tęsknotą wspominają „wujka wąsika” i jego
program termowaloryzacji narodu żydowskiego, a dla społeczności romskiej
zamieszkującej nielegalne obozowisko niemal w centrum Rzymu mają jedną radę: napalm. Dużo napalmu. Seksuolożka, która
uważa, że homoseksualistów powinno się
poddawać leczeniu, bo są chorzy psychicznie. Fundator jednego z największych
dzienników we Włoszech, który w dupie ma
czarnuchów, bo widzi ich jedynie wtedy, gdy przemierza ulice Wiecznego Miasta
swoją limuzyną. Sześćdziesięcioletnia
kurwa opowiadająca jak klient zmarł podczas lodzika. Jeden z najbardziej
znanych współczesnych włoskich filozofów, który stara się umieścić walenie konia w myślach Sokratesa i Hegla. Czarnuch, który zgwałcił
siedemdziesięciodwuletnią niemiecką żebraczkę żyjącą we Włoszech. Krew i gówno. CZYTAJ WIĘCEJ...
W ostatnich dniach znów było głośniej o
zbrodniach nazistowskich z czasów II Wojny Światowej, ale bynajmniej, nie za
sprawą kolejnej rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz Birkenau. Setki, jeśli nie
tysiące artykułów w gazetach i na stronach internetowych, miliony tweetów i
postów na portalach społecznościowych. Wszystko to krążyło nie wokół
uroczystości związanych ze wspomnianą wyżej rocznicą, a wokół ustawy uchwalonej
przez Polski Sejm i podpisanej przez Prezydenta RP, która to oburzyła stronę
izraelską, a wraz z nią pół świata.
#germandeathcamps oraz #polishdeathcamps to chyba
zwroty, które pojawiały się najczęściej na tweeterze czy facebooku w ostatnich
dwóch-trzech tygodniach. Szczerze powiedziawszy, nie rozumiem dlaczego po raz
kolejny z małego ognia aż tyle dymu. Tym bardziej, że właśnie skończyłem
lekturę Se questo è un uomo, książki, którą bez dwóch zdań powinni
przeczytać i wziąć do serca dziś wszyscy ci, którzy tak chętnie zabierają głos
w polsko-izraelskiej dyskusji na temat winy za niegodziwości dokonane na
narodzie żydowskim w czasie II Wojny Światowej. CZYTAJ WIĘCEJ...
Styczeń był wyjątkowo tragicznym miesiącem dla
mieszkańców Bel Paese. Nie będę w dzisiejszej edycji Che cosa bolle in pentola… rozpisywał się o kolejnych wstrząsach w
centralnych Włoszech, ani o lawinie, która pochowała żywcem ponad 20 osób w
ruinach hotelu Rigopiano w miejscowości Farindola. Nawet jeśli bardzo
skutecznie unikacie jakichkolwiek doniesień medialnych, prawdopodobnie nie
byliście w stanie nie usłyszeć o powyższych katastrofach. Nie znaczy to jednak,
że dzisiejszy wpis będzie, jak to mawiają Włosi, tutto rose e fiori…
źródło: www.pbs.twimg.com
Na początku miesiąca w wieku 84 lat zmarł jeden z najwybitniejszych językoznawców włoskich, Tullio de Mauro. Jego wkład w
lingwistykę jest niezaprzeczalny, również tę wykraczającą poza granice Italii.
De Mauro był członkiem Accademia della Crusca, autorem tak ważnych dla języka
włoskiego dzieł jak Grande dizionario
italiano dell’uso czy Storia
linguistica dell’Italia unita. Dzięki jego tłumaczeniu Cours de linguistique générale Ferdinanda de Saussura stał się
powszechnie znany wśród włoskich kręgów humanistycznych. De Mauro był również
osobą, która niezwykle sprawnie łączyła naukowe zaangażowanie z życiem
codziennym, dzięki czemu wyniki jego badań mogły znajdować zastosowanie
chociażby we współczesnym systemie edukacji. Przez rok pełnił również funkcję
Ministra Edukacji, a za swoje zasługi został odznaczony w 2001 roku Orderem
Gran Croce al Merito della Repubblica Italiana. Dla mnie zaś był on jedną z
tych osób, która nauczyła mnie miłości do języka (nie tylko włoskiego), dzięki
której poznałem potęgę każdego wypowiadanego słowa, dzięki której w końcu
mogłem ukończyć z powodzeniem studia wyższe. Śmierć Tullio de Mauro to dla
narodu włoskiego strata porównywalna do odejścia Umberta Eco.
Smutnych doniesień ciąg dalszy. W pierwszych dniach
nowego roku na włoskich portalach społecznościowych rozpętała się prawdziwa
burza wokół wypowiedzi przewodniczącego Parco Cinque Terre. Vittorio Alessandro
po wizycie w niemieckim obozie zagłady Auschwitz napisał na swoim profilu na
portalu Facebook: „Dobra, zagłada… ale przyniosła mnóstwo turystów.”. W
odpowiedzi na ostrą krytykę Alessandro tłumaczył się, że nie miał zamiaru
nikogo obrazić, a chciał jedynie zwrócić uwagę na problem masowej turystyki w
miejscach kultu. Tłumaczenie to wydaje się o tyle dziwne, że jego post zawierał
jedynie wspomniane wyżej zdanie, beż żadnych dodatkowych wyjaśnień. Pomimo
licznych wniosków o dymisję przewodniczącego Parco Cinque Stelle, osoby
zasiadające w radzie regionu Liguria nie biorą pod uwagę odwołania z funkcji
Alessandro.
Poniekąd zahaczyliśmy już o politykę, pójdę więc dalej w
tym kierunku. W lutym Parlament Europejski wybrał nowego przewodniczącego.
Funkcję tę obejmie Antonio Tajani zasiadający we frakcji Europejskiej Partii Ludowej,
we Włoszech należący natomiast do Forza Italia (do samego przewodniczącego tego
ugrupowania, słynnego Ex-Cavaliere, jeszcze w dzisiejszym wpisie powrócę).
Tajani urodził się w Rzymie, początkowo jego kariera nie miała nic wspólnego z
polityką, był on bowiem dziennikarzem pracującym najpierw dla czasopisma Il Settimanale,
a później prowadzącym program informacyjny w Radio 1 oraz zarządzającym gazetą
Il Giornale. Od 1994 roku związał się z Silviem Berlusconim i od tego też roku
pojawił się w Parlamencie Europejskim. Konkurentem Tajaniego do fotela
przewodniczącego Parlamentu Europejskiego był inny Włoch, członek Partito
Democratico i europejskiego Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów,
Gianni Pitella.
źródło: www.blog.matteorenzi.it
Nie tak dawno rozpisywałem się o przegranym przez Mattea
Renziego referendum w sprawie reformy konstytucyjnej oraz jego dymisji, a ten
już wrócił do sfery publicznej w odnowionej formie. Idąc za przykładem swojego
oponenta, przewodniczącego Movimento 5 Stelle, szef PD założył bloga. Strona ma
stać się platformą, dzięki której były premier pozostanie w kontakcie ze swoimi
zwolennikami. Sam Renzi inaugurował bloga słowami „Prędzej czy później,
przyszłość powróci”. Większość obserwatorów komentuje jednak to nowe otwarcie z
pewnym sceptycyzmem. Trudno będzie powtórzyć sukces bloga Beppe Grillo, który
sam okrzyknął go już dawno temu jako „pierwszy magazyn wyłącznie on-line”,
zaznaczając tym samym, że jest to platforma o określonej linii politycznej, a
nie witryna służąca jedynie publikowaniu szerszemu gronu swoich przemyśleń.
Tak, drodzy Czytelnicy, tak, dochodzimy do jednego z
głównych bohaterów dzisiejszej Pentoli. Silvio Berlusconi skończył 80 lat.
Ex-Cavaliere po wielu zawirowaniach wydaje się wychodzić na prostą. Pomimo, że
skandale nie opuszczają go ani na chwilę (pojawiły się kolejne oskarżenia w sprawie Ruby), Berlusconi kontynuuje swoją działalność polityczną. O byłym
premierze zrobiło się głośniej tuż po przegranym przez PD referendum
konstytucyjnym. Został on wtedy zaproszony do stołu negocjacyjnego przez
prezydenta Mattarellę na równi z przewodniczącymi innymi stronnictw. Były
właściciel Milanu wciąż odgrywa niemałą rolę we włoskiej polityce i ma za sobą
potężny elektorat. Pomimo procesów sądowych, wielu polemik i krytyk, a także
sędziwego wieku, wydaje się, że Berlusconi jest na fali wznoszącej i może
jeszcze sporo namieszać w Palazzo Montecitorio.
źródło: www.ilasmagazine.com
Styczeń we Włoszech to na szczęście nie tylko smutne
wieści i zawirowania polityczne. Poniżej przytaczam kilka ciekawych informacji,
na które się natknąłem w mijającym miesiącu, a które nie wymagają szczegółowego
komentarza:
Juve ma nowe logo!
Drużyna z Turynu odeszła od historycznej tarczy w biało-czarne pasy.
Zwolenników nowego logo jest nie mniej niż przeciwników. Nigdy nie sposób
zadowolić wszystkich, ale trzeba przyznać, że zmiana jest znacząca i nieco…
zaskakująca.
Włoski
krajobraz to dla większości z nas łagodne wzgórza, pola skąpane w słońcu, stary
dom z kamienia i wysokie ciemnozielone cyprysy. Pamiętajcie jednak, że zima w
Bel Paese jest równie piękna! Przekonacie się o tym oglądając zdjęcia z Piemontu.
Dom we Włoszech za 1 euro?Temat powraca niczym bumerang, kolejne gminy decydują się
na sprzedaż opuszczonych nieruchomości za symboliczną kwotę osobom, które
zagwarantują, że w najbliższych latach podejmą się ich renowacji. Sprawdźcie
gdzie we Włoszech możecie kupić dom za nieco ponad 4 złote.
Rzym
w swojej historii już raz musiał stawić opór barbarzyńcom. W styczniu wandale
najechali raz jeszcze stolicę Włoch niszcząc mury Koloseum. Na zewnętrznych ścianach areny czarnym sprayem namalowano
obraźliwe hasła, sprawcy do dziś nie są znani służbom porządkowym.
Włoskie
społeczeństwo na wszystkie możliwe sposoby próbuje zachęcić imigrantów do integracji. W jednej z zaniedbanych winnic w
Ligurii do pomocy zaproszono przybyszów z Afryki. Ramię w ramię z Włochami
uprawiają oni pod Genuą szczep bianchetta.
źródło: www.scramblerducatifoodfactory.it
Wina
biologiczne, naturalne i wegańskie zdobywają coraz większe grono zwolenników.
Nic dziwnego, że rynek wychodzi im naprzeciw. Nie dziwią też artykuły w prasie
fachowej na ten temat. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak rozpoznać na półce wino wegańskie, rzućcie okiem tutaj.
Stało
się! Marka Ducati otworzyła pierwszy lokal typu cibo&motori. Włoskiej marce
udało się zgrabnie połączyć włoską miłość do designu i jedzenia. Restauracja Ducati Scrambler powstała
nie gdzie indziej, jak w… Bolonii.
I na
zakończenie, drodzy Czytelnicy, informacja szczególna. Przez najbliższy miesiąc
na Italianizzato nie ukaże się prawdopodobnie żaden wpis… A to dlatego, że
wyruszam na poszukiwanie materiałów do kolejnych artykułów. E dai che comincia ‘sta villeggiatura!
Istnieją słowa, które niezależnie od epoki i okoliczności
nie wychodzą z użycia, a ich znaczenie w każdej sytuacji opisuje dane zjawisko
w pełni. W świecie, w którym posługiwanie się żelazną niemal dotychczas
opozycją prawica-lewica nie ma już większego sensu, istnieją wciąż terminy,
które do otaczającej nas rzeczywistości politycznej pasują wręcz wzorcowo.
Wśród słów tych jedno jest niczym kameleon. Dostosowuje się i zmienia formę,
aby zawsze znaleźć się na wierzchu, aby zawsze móc wcisnąć się w usta tego czy
innego publicysty bądź polityka. Znamienny jest tym bardziej fakt, że wyraz ten
sam w sobie oznacza zachowanie godne pożałowania, które do zdolności
wspomnianego gada można śmiało przyrównać.
Conformismo - tendenza a
conformarsi, anche solo in apparenza, a dottrine, usi, opinioni prevalenti
socialmente e politicamente. Il conformista tende infatti a fare proprie, in
modo passivo, le dottrine politiche e religiose seguite dalla maggioranza dei
componenti del gruppo cui appartiene. In senso più ampio, il conformista è
visto come accezione negativa di chi si adatta facilmente alle opinioni o agli
usi prevalenti, alla politica ufficiale, alle disposizioni e ai desideri di chi
è al potere. [L'Enciclopedia on-line Treccani] Konformizm
[łac.] - 1. ujednolicenie danej grupy społecznej pod względem określonej normy
zachowania; 2. konformizm normatywny w grupie umożliwia jej zachowanie
spójności i przetrwanie; 3. konformizmem nazywa się również zmianę zachowania
lub opinii jednostki zgodnie z naciskiem grupy; 4. u podłoża konformizmu leży
potrzeba akceptacji ze strony innych ludzi oraz unikanie kary w postaci
odrzucenia ze strony grupy; w sytuacjach niejasnych zachowanie innych osób
stanowi także źródło informacji o właściwym zachowaniu; przeciwieństwem
konformizmu jest nonkonformizm. [Encyklopedia PWN on-line]
Idealna symetria znaczeniowa
pomiędzy powyższymi terminami jest mi dziś bardzo na rękę. Trudno byłoby wszak
opisywać po polsku koncept campanilismo,
który naszej kulturze jest raczej obcy.
W przypadku konformizmu sprawy mają
się jednak zupełnie inaczej, bo wielu przecież politycznych (i nie tylko!)
kameleonów wydał polski naród, a dzisiejsze czasy są niechlubną tego
kontynuacją. Nie inaczej sprawy miały się i mają nadal w Bel Paese. Właśnie
dlatego o conformismo chętnie pisali
niegdyś, między innymi, wielcy włoscy literaci (jaka szkoda, że brakuje dziś podobnych
głosów rozsądku…).
Inspiracją do niniejszego wpisu
stała się książka Alberta Moravii, Il
Conformista (polski tytuł Konformista).
Rok 1938, faszyzm przeżywa swój złoty okres. Popiersia Duce stoją w każdej
państwowej placówce, a nie brakuje ich również w domach co bardziej gorliwych
zwolenników reżimu. Duża część włoskiego społeczeństwa opowiada się za
Mussolinim i jego wizją państwa, ale to nie ona stanowi większość. W przewadze
są ci, którzy do faszyzmu podchodzą na chłodno, kalkulując niczym w rachunku
zysku i strat. Rząd, jak każdy inny. Przyjdzie i na niego czas, na razie jednak
warto okazać swoje umiarkowane poparcie, bo jest na fali wznoszącej. Podobnie
myśli główny bohater powieści, Marcello Clerici.
Życie Marcella jest naznaczone od
najmłodszych lat poszukiwaniem normalności (i pomyśleć, że żyjemy dziś w epoce,
w której każdy chce być indywidualistą, a ostatecznie większość kończy i tak w
worku z etykietą masa). Bohater
powieści Moravii od dzieciństwa porównuje siebie i swoje zachowania do innych. Chce
być taki, jak inne dzieci, aby później przypominać pozostałych nastolatków. Wszedłszy
w wiek dorosły życzy sobie być jak inni dorośli. Palić te same papierosy, mieć tak
samo urządzone mieszkanie, w takiej samej kamienicy. Poślubić równie pospolitą,
niewyróżniającą się kobietę, a później spłodzić z nią dzieci, te też jak
najbardziej podobne do potomstwa sąsiadów. Wychowywać je tak samo, jak czyni to
większość społeczeństwa, posłać do tych samych szkół (do których zawoziłby je
takim samym autem jak inni). Krótko mówiąc, słowem klucz do życia pana
Clericiego jest normalność.
Nie inaczej sprawy mają się pod względem
życia politycznego i religijnego u Marcella. Po krótkim bilansie wszystkich za
i przeciw decyduje się wesprzeć reżim Mussoliniego (ale w pewnych granicach,
nie chce przecież uchodzić za osobę wyróżniającą się z tłumu). Na podstawie
tego samego rachunku zysków i strat bierze ślub kościelny, chociaż do
katolicyzmu było mu równie daleko co do faszyzmu. Obsesyjne poszukiwanie
normalności i konformistyczne podejście do życia prowadzi Clericiego w prostej
linii do katastrofy. Jedna pomyłka prowadzi go do kolejnych, wmawia on sobie jednak
przy tym, że tak powinien zrobić, bo w ten sposób czynią inni i dzięki temu
będzie ich przypominał. Refleksja przychodzi pod koniec. Wojska włoskie
znajdują się w odwrocie, przystąpienie do wojny tak hucznie ogłoszone przez
Mussoliniego okazuje się błędem, faszyzm upada i w tej atmosferze Marcello
zdaje sobie sprawę, że większość społeczeństwa tym razem się myliła. Przez jego
głowę przechodzi myśl, którą równie dobrze można by zaaplikować do
rzeczywistości otaczającej nas dzisiaj:
Całe
nasze życie – pomyślał sarkastycznie, zdejmując z krzesła marynarkę i wkładając
ją na siebie – jest na raty… ale te ostatnie są największe i nie spłacimy ich
nigdy.
Nie był Moravia jedynym włoskim
intelektualistą, który dzięki celnym uwagom z powodzeniem krytykował postawę
konformistyczną. O ile u wspomnianego pisarza negacja naśladowania innych
objawiała się przede wszystkim na przykładzie faszyzmu, o tyle dalej poszedł
włoski piosenkarz i kompozytor Giorgio Gaber, włączając w swoją krytykę większość
współczesnych prądów politycznych.
Jestem człowiekiem nowym – śpiewa
Gaber – aż tak nowym, że porzuciłem faszyzm. Jestem czułym altruistą, jestem
orientalistą, a ostatnio poczułem się nawet socjalistą. Mówię wam, naprawdę
jestem człowiekiem nowym, jestem zwolennikiem zmian, antyrasistą, animalistą,
feministą. Stałem się nawet federalistą, marksistą i pacyfistą. Konformista –
kontynuuje piosenkarz – to ktoś, kto stoi zawsze po słusznej stronie. To ktoś,
kto na podorędziu zawsze ma kilka trafnych odpowiedzi. Naśladuje innych i,
żyjąc w swoistym raju, nie zwraca już na to uwagi. To wreszcie ktoś, kto zanurza
się w morzu większości, kto płynie zgodnie z prądem rzeki, unosi się niejako na
jej powierzchni. Żyje i to już mu wystarcza.
Książkę
Konformista warto przeczytać wraz z
wywiadem rzeką z autorem powieści zatytułowanym Życie Alberta Moravii (A. Elkann). Na podstawie powieści Moravii wielki
włoski reżyser, Bernardo Bertolucci, nakręcił film o takim samym tytule, do
obejrzenia którego oczywiście zachęcam, aby w pełni zrozumieć
antykonformistyczny przekaż Alberta Pincherlego (prawdzie nazwisko autora
książki).
Niniejszy wpis w swoich założeniach
opierać miał się na językowo-winiarskich porównaniach. Rozochocony początkowymi
sukcesami w żmudnie postępujących pracach badawczych dotarłem jednak do ściany.
Punktu krytycznego, który stanowczo nie pozwalał na dalsze brnięcie w raz
obranym kierunku. Na nic zdałby się również krok w tył. Po prostu moje
wyjściowe założenia były błędne, a spowodowało je małe niedopatrzenie już u
samego początku.
1. Do dzieła!
Tuż obok hasła pignolo
w słownikach włosko-polskich znajdziemy następujące tłumaczenia: pedant, pedantyczny, skrupulatny,
drobiazgowy, małostkowy. Hasła pignoletto
za to w słownikach nie znajdziemy. W ogóle mało gdzie poza Emilią-Romanią je
znajdziemy. Rzadko kiedy piszą o nim winiarskie sławy, bo i za bardzo nie ma o
czym. Sklasyfikowana, względnie poznana, biała, raczej przeciętna i niezbyt
obiecująca odmiana, które swoje korzenie zapuściła w okolicach Bolonii. Skoro
winiarski świat zesłał pignoletto na
niebyt, to dlaczego mieliby interesować się nim lingwiści? To pytanie nie
wymaga odpowiedzi. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy pomiędzy
pedantyzmem, a nazwą szczepu jest jakiś związek.
2. Eureka?
Pignolo
i pignoletto nawet osobie, dla której
język włoski to pizza, pasta i basta, już na pierwszy rzut oka bezspornie wydają się być ze sobą
spokrewnione. Coś te dwa słowa fonetycznie i graficznie łączy. Bingo! Wystarczy
do pignolo dodać sufiks -etto i jesteśmy w domu. I rzeczywiście,
w jednym z konsultowanych słowników trafiłem na formę pignoletto znajdującą się przy haśle pignolo, a znaczyła ona ni mniej, ni więcej niż pedancik. Naprawdę? Godziny spędzone nad
słownikami, żeby dowiedzieć się, że nazwa szczepu po polsku brzmi wręcz
śmiesznie, a co gorsza nie ma żadnego związku z jego charakterem? Bo przecież
powiedzieć o pignolettopedancik, to jak powiedzieć o Barolo księciunio. Strzał jak kulą w płot. Już
Pliniusz Starszy w swoim dziele Naturalis Historia pisał o bolońskim szczepie w
tych słowach: non dolce abbastanza per
essere buono (niewystarczająco
słodkie, aby było dobre). Nawet jeśli odrzucimy antyczne umiłowanie do win
słodkich, trzeba przyznać, że dobrego PR Pliniusz tej odmianie nie zrobił.
3. Eureka!
Nieco zrezygnowany przeglądałem
kolejne dzieła antyczne i te mniej. Miałem już zaniechać lingwistycznych
podjazdów do pignoletto, gdy
przypominała mi się nazwa innego (skądinąd również włoskiego) szczepu: PIGNOLO. Tym razem jednak nie dałem się tak
łatwo wpędzić w pułapkę błędnych założeń. Z góry odrzuciłem pokrewieństwo
bohatera dzisiejszego wpisu z pignolo.
Ten pierwszy, jak rzekło się wcześniej, uprawiany w Emilii-Romanii i chuderlawy
w swej naturze. Ten drugi pochodzi z Friuli, daje wina zdecydowanie dobrze
zbudowane, pełne owocu, ale i nierzadko nut balsamicznych. Nie o pokrewieństwo
genetyczne mi jednak chodziło, a o lingwistyczne koligacje. W swoich
poszukiwaniach dotarłem do celu: pignolo
i pignoletto pochodzą od tego samego
słowa, pigna (szyszka jodły).
Nazewnictwo wspomnianych szczepów powstało przez wzgląd na podobieństwo grona
(nawet jeśli niektórzy twierdzą, że nie o kiść, a o poszczególne jagody tu
chodzi) do szyszki.
4. Trzeba to uczcić.
Nawet jeśli moje początkowe
założenia okazały się błędne, kilkugodzinna praca nie poszła na marne. Poznałem
pochodzenie nazwy nie jednego, a dwóch szczepów. Obydwu lokalnych, obydwu
włoskich. A wszystko to za sprawą dzisiejszej edycji Winnych Wtorków. Braci
blogerskiej zaproponowałem poszukanie odmian endemicznych. Oni wywiązali się ze
swojego zadania na czas, mój żołądek nie pozwolił mi na to wczoraj, ale dziś
nadrabiam zaległości. Świętując mały sukces wieńczący dochodzenie oraz moje
uzdrowienie otworzyłem, nie inaczej, butelkę Pignoletto Frizzante Chiarli 1860.
Wino w kieliszku bledziutkie, trochę jakby rozwodnione. Duże bąble odrywały się
od dna i szybowały ku górze, której nie wieńczyła gęsta piana (wszak mówimy o frizzante, winie drżącym, a nie spumante, pieniącym się). Kwiecisty,
świeży i rześki nos. Gdzieś majaczy nieco białych owoców, ale aromaty nie są
mocno skondensowane. W ustach lekko mineralne, choć nadal dominują kwiaty polne.
Trochę jabłka i gruszki. Wytrawne do cna. Proste, ale idealnie rozbudziło
apetyt. Może spokojnie konkurować z prostymi prosecco, a w tym rejestrze
cenowym o nic więcej nie proszę.
…i pozostał tylko niesmak, gdy
odkładając kieliszek obok nadal otwartego słownika zauważyłem: 2. (pinolo)
orzeszek m piniowy.
Szwabićndk VIa, ~onyrzad. (częstsze w formie dk:
oszwabić) «okpiwać, oszukiwać»: Gdybym chciał na nim zyskiwać albo go szwabić,
pisałbym 15 rzeczy na rok kiepskich, które by on mi kupował po 300 i miałbym
większy przychód. CHOPIN Wyb. 128 //
SW (Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego).
źródło: www.baroloeco.it
Ja tam się Szwabom nie dziwię. Raj na ziemi.
Co łączy dwa zamieszczone wyżej
wycinki ze słowników? Wspólne pochodzenie. O ile zrozumiałym jest dla osoby
posiadającej średnią znajomość języka polskiego jako języka ojczystego, że
czasownik (o)szwabić pochodzi od
słowa Szwab, o tyle większości z nas nie przyszłoby do głowy, że soave w prostej linii wywodzi się od
jego odpowiednika w języku włoskim. A samo Soave Polakom jest już dobrze znane,
wszak jest to jedno z najlepiej rozpoznawalnych białych win regionu Wenecja
Euganejska i Włoch w ogóle. Jak to możliwe, że dwa wyrazy mające wspólnego
przodka, są dziś aż tak dalekie w swoich znaczeniach? Cóż, dzisiejszych różnic
znaczeniowych dopatrywałbym się w historiach Polski i Włoch i ich wzajemnych
stosunkach ze Szwabami.
Rejon, który słynie z produkcji
(między innymi) Soave, można by określić jako mały raj na ziemi. Łagodny klimat,
żyzne wulkaniczne gleby, położenie, które faworyzuje rozwój oraz bliskość gór i
morza będącymi świetnymi odskoczniami od trudów życia codziennego załatwiają
sprawę. Gdzie w tym wszystkim Szwabowie? Ten wywodzący się z Nadrenii szczep
germański jeszcze w I w. p. n. e. był trzymany w ryzach przez Juliusza Cezara.
Dopiero niespełna pięćset lat później Szwabowie wraz z innymi ludami
barbarzyńskimi zbliżyli się do granic dzisiejszych Włoch. U boku Longobardów
nadreński lud przesuwał się powoli na południe, aby ostatecznie osiąść na
terenach oddalonych o kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów na wschód od jeziora
Garda. Od tego momentu szwabskie podboje na ziemiach włoskich zakończyły się.
Germanowie prowadzili odtąd spokojne życie nie wadząc nikomu (oczywiście jeśli
mowa o Półwyspie Apenińskim, bo w Europie namieszali oni niemało jeszcze w
wiekach średnich). Svevi i suave w łacinie stały się wyrazami
bardzo sobie bliskimi. Nic więc dziwnego, że ten zaskakujący dla polskiego ucha
związek przetrwał do dziś, a nawet więcej: jego kwintesencja wyraża się w winie,
które produkuje się na wulkanicznych glebach zamieszkałych niegdyś przez
Szwabów. Odpuszczę Wam historię relacji Polsko-Szwabskich (a zaznaczyć należy,
że dziś często mówi się generalnie o Niemcach używając tej nazwy…), przejdę za
to do sedna moich rozważań: Soave Classico DOC 2015 od Zenato.
Delikatna,
słomkowa barwa. Wino połyskliwe, zachęca złocistymi refleksami. W nosie pełne
nut kwiatowych, zza których wychylają się brzoskwinie i jabłko. Dość
aromatyczne i mało ascetyczne jak na Soave. W ustach łagodnie kwiatowe. Niewybijająca się, ale zaznaczona na koniuszku
języka kwasowość. Migdałowy, lekko
goryczkowy finisz. Dominuje garganega, ale da się również wyczuć delikatną nutę chardonnay, które stanowi
30% kupażu. Na podstawie tej butelki niepodobna mówić o trudnym dla Soave roku
2015, wręcz przeciwnie. Złośliwi powiedzą, że Soave Classico od Zenato jest techniczne, ale w tym wypadku nie przeszkadza mi to ani trochę. Szwabowie górą!
Nazwa: Soave
Classico 2015
Producent: Zenato
Miejsce zakupu:
Cena:
Rodzaj wina: białe,
wytrawne
Ocena:
Dzisiejszy
wpis powstał w ramach specjalnej mikołajkowej edycji Winnych Wtorków. Już
trzeci raz z rzędu miałem przyjemność wymienić się z autorami innych blogów
winami. Mojemu Mikołajowi (a tak de facto
Mikołajom) bardzo dziękuję za nadesłaną butelkę! Poprzednie wpisy znajdziecie
tutaj i tutaj. Pozostali wtorkowicze dziś napisali:
Z ręką na sercu przyznaję, że
zakładka książkininiejszego bloga
była nieco zaniedbana przez ostatnie miesiące. Wiązało się to z brakiem czasu
na codzienną lekturę, który z kolei hojnie dedykowałem kolejnym testom w kuchni
i przy kieliszku. Dziś jednak robię pierwszy krok, który prowadzić ma do następnych,
a te zmierzać będą do poprawy i częstszych relacji na temat przeczytanych
książek. Oczywiście nie zmienia się fundamentalny zamysł wspomnianej rubryki:
sięgam po dzieła autorów włoskich, książki opowiadające o Włoszech lub wiążące
się luźno z szeroko pojętą włoskością.
O Niccolò Ammanitim pisałem już na
łamach Italianizzato przy okazji książki …zabiorę cię ze sobą. Gorzki, pesymistyczny ton poznany przy okazji tamtej pozycji
będzie towarzyszył również każdemu, kto zdecyduje się sięgnąć po Nie boję się (tytuł oryginalny Io non ho paura). Autor dość szybko dał
się poznać jako pisarz zdecydowanie pesymistyczny, stawiający rzeczywistość w
szarym świetle, który stanowczo odrzuca różowe okulary. Jego świat mimo to nie
jest czarno biały. Ammaniti raz jeszcze sięga po dziecięce marzenia, aby
skonfrontować je z prozą życia dorosłych. Dziewięcioletni Michele, bohater Nie boję się, żyje z dala od miejskiego
zgiełku. Jest prawdopodobnie najgorętsze lato stulecia. Kończą się smutne dla
Włochów lata ’70. Biegając i bawiąc się z okolicznymi dziećmi po polach złocistej,
rosnącej na południu kraju pszenicy, mały Michele nie jest jeszcze świadomy, że
niebawem obrazy te będą jedynie ułudą i sennym wspomnieniem.
Życie w beztrosce kończy się bardzo
szybko, bowiem już na pierwszych stronach książki czytelnik wraz z Michele
odkrywa tajemnicę kryjącą się w jamie na jednym z okolicznych wzgórz. Od tego
momentu świat małego bohatera staje się coraz bardziej mroczny. Bajkowe pejzaże
i dni spędzone na zabawie przestają mieć większe znaczenie. Tak dla samej
historii, jak i dla dziewięciolatka. Z każdą przeczytaną stroną sprawy
zmierzają ku gorszemu. Ammaniti trzyma jednak czytelnika w napięciu, nie
pozwalając aby ten chociaż przez chwilę domyślał się, jak może zakończyć się
cała historia. A koniec ten jest kwintesencją twórczości Ammanitiego…
Pisarz będący bohaterem dzisiejszego wpisu jest jednym z
tych, których albo się kocha, albo nienawidzi. Żadnych półśrodków i żadnych
półprawd. Realizm i pesymizm jakie charakteryzują jego twórczość sięgają
najlepszych wzorów z historii literatury. Ammaniti doprowadził do perfekcji
przedstawianie świata realnego w odcieniach szarości. O tym jak ciekawy jest
jego styl może świadczyć chociażby niezbyt udana (w mojej opinii) ekranizacja Nie boję się skądinąd świetnego
włoskiego reżysera, Gabriela Salvatoresa. Nawet tak znakomity twórca jak
on nie był w stanie przedstawić na ekranie tego, co przekazuje nam
Ammaniti w swoich książkach, w tym tej, o której piszę dzisiaj.
Od kilkunastu miesięcy dużo mówi się w Polsce o potrzebie
(lub nie) zmiany ustawy zasadniczej. We Włoszech sprawy natomiast mają się
zupełnie inaczej i o zmianie konstytucji 4 grudnia sami mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego zadecydują w krajowym referendum czy chcą zmiany ustawy
zasadniczej czy też nie. Każdy głosujący będzie musiał odpowiedzieć krótko i
zwięźle (tak/nie) na jedno proste pytanie: „Czy jesteś za zmianą konstytucji i
wprowadzeniem reformy konstytucyjnej?”. PD, czyli partia posiadająca aktualnie
większość we włoskim parlamencie, dopięło swego i przy pomocy posłów z innych
ugrupowań przepchnęło przez obydwie izby parlamentu reformę mającą na celu
wprowadzenie zmian w ustroju państwa. Podstawowe założenia wspomnianej reformy
to m.in. osłabienie władzy senatu lub nawet całkowita likwidacja tej izby,
zmniejszenie liczby senatorów z 320 do 100, wprowadzenie zmian w powoływaniu
dożywotnich senatorów (byli Prezydenci Republiki nie zostawaliby już nimi „z
automatu”), zmiana praw i obowiązków poszczególnych regionów względem państwa i
odwrotnie oraz wprowadzenie parytetów przy wyborach do obu izb parlamentu oraz
przy wyborach do władz regionów. Referendum jest w tym wypadku sądem
ostatecznym nad konstytucją. Niezależnie od tego ilu Włochów pójdzie do urn,
jego wynik będzie wiążący dla rządzących.
źródło: www.firstonline-data.teleborsa.it
Dwa miesiące temu donosiłem o tragicznym w skutkach
trzęsieniu ziemi, które dotknęło centralne Włochy. Kilka dni temu doszło ponownie do silnych wstrząsów. W strefie zagrożenia znalazła się głównie Marchia,
ale włoskie media donoszą o kolejnym epicentrum w stolicy Umbrii, Perugii.
Służby ratunkowe na razie nie informują o ofiarach trzęsienia ziemi. Na ulicy
jednak znalazły się tysiące mieszkańców regionów dotkniętych przez kataklizm,
których to domy obróciły się w sterty gruzów. Naukowcy do teraz zanotowali
ponad 500 wstrząsów wtórnych, wśród których kilka znacząco zwiększyło bilans strat.
W październiku odeszła jedna z najważniejszych postaci włoskiej kultury, Dario Fo. Był dramaturgiem, reżyserem, a nawet kandydatem na
Prezydenta Republiki. Twórca odszedł w wieku 90 lat po dziesięciodniowym
pobycie w szpitalu. W jego życiu zawodowym i prywatnym były zarówno momenty
jaśniejsze, jak i te ciemniejsze. Krytycy wytykali mu wiele (między innymi
popieranie Republiki Salò), jego wyjątkowość jest mimo to niezaprzeczalna. To
właśnie dzięki niezłomności i odwadze w podejmowaniu trudnych tematów w swoich
dziełach otrzymał w 1997 roku literacką nagrodę Nobla.
źródło: www.tjeaterkrant.nl
Po tej serii
tematów poważnych, przejdźmy do nieco lżejszych zagadnień. Portal Cosmopolitan
(nie żebym regularnie śledził tego typu pisma) opublikował artykuł traktujący
nieco z przymrużeniem oka o problemach językowych Sycylijczyków. Wśród siedmiu
grzechów głównych mieszkańców wyspy mowa między innymi o niestandardowym
używaniu czasów przeszłych i przyszłych, sposobie wypowiadania się, który
wszystkim na Półwyspie Apenińskim przypomina komisarza Montalbano czy
niestandardowym użyciu czasowników nieprzechodnich. Nie brakuje również
odniesień do elementów kulturowych związanych z Sycylią.
„Parma, io ci sto!” to nazwa niedawno powstałego
stowarzyszenia, którego głównym celem jest stworzenie w Parmie centrum uniwersyteckiego skupionego na żywieniu. To pierwszy tego typu projekt na
świecie. Wspólnie z lokalnymi władzami i uczelnią, różne organizacje oraz firmy
(jak choćby Barilla) wyłożyły bagatela 9 milionów euro, aby sen się ziścił.
Wszyscy inicjatorzy zgodnie twierdzą, że o świadome żywienie należy walczyć
przede wszystkim u podstaw, poprzez edukację. A czy można wyobrazić sobie
lepsze miejsce do tego typu zadania niż miejsce, które UNESCO określiło jako
„miasto gastronomicznie kreatywne”? Szkoła powstająca w Parmie ma być jednostką
międzynarodową, do której dostęp w równym stopniu będą mieli zarówno absolwenci
włoskich uczelni, jak i tych z poza Bel Paese. Italianizzato trzyma kciuki za
powodzenie projektu!
źródło: www.bin.staticlocal.ch
Skoro już mowa o nauce w żywieniu. Prezentowałem ostatnio
na Italianizzato przepis bazujący na oryginalnym przepisie na Verace Pizza Napoletana. Jeśli nie macie zaufania do mnie, możecie zapisać się na
jednodniowy kurs na pizzaiolo, podczas którego poznacie najważniejsze tajniki
pizzy DOC. Kurs prowadzony jest w towarzystwie pizzaiolo z miasta-ojczyzny tego
dania, Neapolu. Jednodniowa przygoda z pizzą obejmuje zapoznanie się z jej
historią, wybór odpowiednich składników oraz przyrządzenie własnej pizzy przy
pomocy profesjonalisty. Na sam koniec efekty pracy podlegają oczywiście degustacji
w towarzystwie win i piw (zupełnie jak w #LaCucinaItaliana!).
źródło: www.speciali.espresso.repubblica.it
Można by powiedzieć, że pizza to taka daleka kuzynka
chleba. W wypieku pizzy przoduje Neapol. Świetnymi rodzajami chleba może za to
pochwalić się całe południe Włoch. Od Apulii przez Bazylikatę do Kalabrii
znajdujemy najróżniejsze chleby, których sława dociera aż po sam Mediolan i
dalej. Niektóre z nich mogą ważyć nawet cztery kilogramy. Prawie wszystkie
łączą dwie cechy wspólne: tradycyjna receptura wypieku sięgająca zamierzchłych
wieków i użycie mąki z pszenicy durum. Dodać do tego niepowtarzalny klimat
południa Włoch i mamy gotową odpowiedź na pytanie dlaczego to właśnie w tych
regionach powstają najsmaczniejsze bochenki Półwyspu Apenińskiego.
Do dobrego jadła trzeba dobrego napitku. A gdyby tak
płynął on do naszych kielichów (lub gardeł) wprost z fontanny? Nie, nie mówię
tu o wymysłach znudzonych bogactwem krezusów. Fontanna z winem, która powstała
w miejscowości Ortona w Abruzji służyć ma… pielgrzymom. Przez Ortonę przebiega
szlak zwany Cammino di San Tommaso. Właściciele winnicy Dora Sarchese
postanowili zaoferować strawę cielesną strudzonym wędrowcom. Wybudowali oni
potężną beczkę, wewnątrz której zamontowali kraniki, z których przez całą dobę
płynie wino. Oczywiście słowo „fontanna” w tym przypadku zostało użyte nieco
nad wyraz, nie zmienia to jednak faktu, że działa na wyobraźnię i oddaje w
pewnym stopniu faktyczny stan rzeczy. Więcej: wino z kraników płynie nie tylko
przez cały czas, ale jest dostępne dla wszystkich i za darmo.
Wino z Ortony niestety nie znalazło się na liście 300 najlepszych włoskich win 2017 roku według Espresso. Jest tam za to wiele
pozycji dostępnych również w Polsce i to w stosunkowo przystępnych cenach,
warto zatem przyjrzeć się liście dokładniej!
Jeszcze kilkanaście lat temu językoznawcy przepowiadali
ich rychłą śmierć. Statystyk nie da się oszukać, mawiali. Z roku na rok spadał
i spada odsetek mieszkańców Włoch, którzy posługują się wyłącznie dialektem na
rzecz tych, którzy komunikują się jedynie za pomocą języka włoskiego. W
zależności od regionu zmiany te są mniej lub bardziej widoczne, ale zauważalna
jest pewna tendencja zmierzająca do pełnego „zitalianizowania się” włoskiego
społeczeństwa. Gdyby jednak wziąć pod uwagę odsetek osób, które w kolejnych
badaniach deklarują, że na co dzień używają tak języka włoskiego, jak i ich
lokalnego dialektu, sytuacja nabiera nieco innego kształtu.
Kolejne ankiety przeprowadzone przez ISTAT (Istituto
Nazionale di Statistica, odpowiednik polskiego Głównego Urzędu Statystycznego),
które ukazały się w latach 1995-2012, wydają się potwierdzać tendencję wspomnianą
przeze mnie we wstępie. Ukazują one jednocześnie, że niezmiennie około 30-35%
włoskiego społeczeństwa w rozmowach w gronie rodzinnym i z przyjaciółmi chętnie
korzysta zarówno z języka narodowego, jak i poszczególnych dialektów. Dialekty
przestają być zatem systemem językowym samowystarczalnym, w którym można wyrazić
wszystko to, co się chce. Zajmują one obszary dotychczas zarezerwowane dla
języka włoskiego, stając się nieodłącznym elementem codziennych konwersacji.
Przejście to nie jest jednak nagłe i bolesne, mowa tu raczej o powolnym, acz
zauważalnym procesie, który prowadzi do kontaktu językowego w pełnym tego słowa
znaczeniu.
O kontakcie językowym, trzymając się teorii i definicji,
można we włoskich realiach mówić już od czasu schyłku Imperium Rzymskiego. Tego
momentu bowiem sięgają początki włoskich volgari,
a w dłuższej perspektywie dialektów. Wtedy też lokalne systemy językowe zaczęły
koegzystować tuż obok oficjalnej łaciny, oddziałując na siebie wzajemnie. Dziś
jednak mówimy o kontakcie żywym, mającym odzwierciedlenie w realnej
komunikacji. Mówimy o wypowiedziach, w których użytkownicy języka(ów) płynnie
przechodzą od jednego systemu językowego do drugiego, nie zdając sobie nawet czasami
z tego sprawy, ani tym bardziej nie znając natury tych zjawisk.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat obserwujemy odradzanie się
dialektów na różnych płaszczyznach. Po części są to obszary istniejące prawie
od zarania dziejów (jak literatura, czy muzyka), istnieją jednak również i
takie, które narodziły się wcale nie tak dawno, a dialekty w porę zdążyły
znaleźć tam miejsce dla siebie (chociażby social media). Potwierdzenie tych
słów znajdujemy nie tylko w statystykach zebranych w tabelki i wykresy.
Zachowania i poglądy językowe zauważalne są od pewnego czasu bardzo wyraźnie w
reklamie. Wystarczy wspomnieć przy tej okazji ostatnią kampanię reklamową
Nutelli. Do udziału w pierwszym spocie reklamowym zaproszono osoby w podeszłym
wieku z różnych regionów Włoch, aby zaprezentowały swoje dialekty. Kolejne
filmiki przedstawiały ludzi w średnim wieku, a nawet młodych, którzy z równą
łatwością, co staruszkowie, wypowiadali zdania w dialektach (dochodzimy do
innego ważnego zagadnienia: obecność dialektu w języku młodzieży; ten temat
zostawmy sobie jednak na inną okazję). Zwieńczeniem kampanii reklamowej będącej
hołdem dla włoskiego lokalnego patriotyzmu jest podręcznik i zarazem słownik
zbierający najbardziej znane słowa z poszczególnych włoskich dialektów (możecie
go znaleźć tutaj).
Teorie o zapowiadanym wyginięciu dialektów pozostały
jedynie teoriami, nic przy tym nie zapowiada, aby miały się one ziścić w
najbliższej przyszłości. Dialekty, wydaje się, żyją dziś w zgodzie z językiem
włoskim i przestają być postrzegane jako oznaka zacofania, głupoty, czy
wiejskiej prostoty. Wręcz przeciwnie, kolejne pokolenia Włochów z radością
odkrywają ich językowe korzenie starając się ocalić je od zapomnienia. A czy
robią to pisząc w dialekcie wiersz, powieść (a nawet całą serię, jak bliski mi
w ostatnim czasie Camilleri), tekst piosenki, czy chociażby posta na portalu
społecznościowym – nie ma to większego
znaczenia.