____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯

sobota, 25 lutego 2017

Nie do końca włoskie wakacje

Raj utracony, Filipiny



Ale Azja!
Lądujemy w Manili na chwilę przed północą. To, co uderza nas najbardziej to wcale nie trzydziestostopniowy upał, a bardzo wysoka wilgotność powietrza, która przenika nasze ubrania niemalże natychmiast. Czarne długie spodnie stają się wyraźnie cięższe, nie wspominając już o dziesięciokilowym plecaku, który teraz wydaje się ciążyć niemiłosiernie. Kierujemy się w stronę imigracji, długa kolejna Europejczyków, Australijczyków, Amerykanów i Azjatów przed nami. Tuż obok do okienek z napisem Philippine Passport oczekują lokalsi. Ich kolejka jakby poruszała się szybciej. Wyciągamy nasze paszporty oraz odnajdujemy karteczki dotyczące celu podróży, które rozdano nam jeszcze w samolocie. Urzędnik, przed którym stoję wydaje się nie przywiązywać większej wagi ani do mojego paszportu, ani do karteczki. Wbija pieczątkę, chwyta małą kamerkę i celuje ją w moją twarz, bo jak na tutejsze standardy okazuję się być zdecydowanie wysoki. Prosi żebym zdjął okulary, szybka fotka, oddaje mi dokument podróżny i mogę iść.
Po drodze łapie mnie jeszcze niska, nieco przy kości, filipinka i pyta o medical certificate. Przypomina mi się, że wszyscy Filipińczycy dostali w samolocie żółte kartki, których nam jednak nie rozdano. Otrzymuję ją od niej, muszę wpisać swoje dane oraz czy w ostatnim czasie na coś chorowałem. Czy ktoś to kiedyś przeczyta? Nie wiem, oddaję jej karteczkę i ruszamy z I. na podbój. Już po wyjściu za bramki szukamy kantoru. Jest ich tu kilka, każdy ma podobny kurs filipińskiego peso do dolara, około 50:1. Wymieniamy większą sumę i kierujemy się do informacji turystycznej. Młoda kobieta, która tu siedzi wyraźnie się nudzi, ale na moje pytania odpowiada zdawkowo. It’s dangerous, you have to take a taxi – słyszę w odpowiedzi na pytanie czy damy radę dojść do naszego hotelu na piechotę (na mapie Google pokazywało jakieś 500-700m). Dalej dopytuję czy to daleko, ale ona ciągle mówi, że mamy nie wychodzić sami poza obszar lotniska. Pytam więc o to ile powinien nas kosztować kurs do hotelu, odpowiada, że około 150PHP.
Wychodzimy przed lotnisko, do żółtych taksówek ustawiła się już pokaźna kolejka. Nasza pora, chudy Filipińczyk prosi nas o adres, pokazuje mu nazwę hotelu, a ten na karteczce szybko go zapisuje, wpisuje też numer taksówki, wciska mi karteczkę w dłoń i równie szybko wciska nasze plecaki do bagażnika, a następnie nas do auta. Kierowca nie mówi prawie nic po angielsku, wiezie nas jakieś 10 minut. Pomimo, że jest już północ, na ulicach wciąż bardzo gęsto. Wysiadamy przed hotelem. Bierzemy plecaki, ale taksówkarz czeka, aż dojdziemy do drzwi, a tam „przejmie” nas ochroniarz. Czy naprawdę jest tu aż tak niebezpiecznie, że nawet hotele najniższej klasy muszą mieć swoich odźwiernych, którzy pilnują bezpieczeństwa? Trochę nas to przeraża. W recepcji siedzi kolejna znudzona Filipinka, szybko sprawdza naszą rezerwację i woła młodego chłopaka, który prowadzi nas do pokoju. Wygląda jak cela. Łóżko z niewygodnym materacem, proste drewniane krzesło i taki też stolik. Łazienka kilka drzwi dalej, przy korytarzu. Najprostsza z możliwych, ale na ten moment nie przeszkadza nam to ani trochę. Szybko się kąpiemy i idziemy spać, długa podróż za nami.


Budzę się w nocy kilka razy z powodu odgłosów, które wydawały dziesiątki klimatyzatorów oraz hałasu dobiegającego zza okna. Ranek nie przynosi nowości. Ten sam malutki pokój, brudne ściany, niewygodny materac i hałas. Szybko wstajemy i decydujemy się wyruszyć na poszukiwanie jakiegoś śniadania. Kupujemy po drodze w małym sklepie butelkę wody i trafiamy ostatecznie do lokalnego fast fooda. Biorę na chybił trafił coś, co przypomina okrągłego tosta z bekonem i jajkiem. Okazuje się, że jest to słodki naleśnik, do którego wciśnięto słony chrupiący bekon i sadzone jajko. Okropność. Marzę już o tym, aby znaleźć się na tych pięknych plażach, których zdjęć bez liku w Internecie.
Wracamy do pokoju, pakujemy się, wymeldowujemy. Chłopak, który wczoraj pokazywał nam pokój wychodzi z nami na ulicę i pomaga nam złapać taksówkę. O dziwo tym razem jest ona biała. Kurs na terminal 4, oddalony o wiele dalej od naszego hotelu od terminala 1, kosztuje nas połowę poprzedniej kwoty. Już teraz wiemy, że należy łapać tylko meter taxi i tylko białe Toyoty. Na lotnisku oddajemy bagaż, już wcześniej otrzymaliśmy maila, że nasz lot będzie opóźniony o 45 minut, więc spokojnie czekamy przed bramkami. Darmowe, dość dobrze działające Wifi pomaga zabić czas. Przechodzimy przez odprawę, nikt nie ma pretensji do tego, że niesiemy ze sobą dużą butelkę wody. Kolejne dwie godziny oczekiwania. W końcu ładujemy się do samolotu.
Po półtorej godziny lądujemy w Puerto Princesa, największym mieście na wyspie Palawan. Terminal wygląda gorzej niż najbardziej niskokosztowe lotnisko w Europie. Na szczęście bagaż bezpiecznie doleciał. Zakładamy plecaki i ruszamy w stronę bramy lotniska. Na Palawanie nie ma taksówek, są za to trycykle, a ich kierowcy tłoczą się przed bramą aeroportu. Jak tylko wyszliśmy za nią słyszymy trycyklistów, który za 50PHP zawiozą nas gdziekolwiek. Cena jest niezła, jakieś 4zł, ale udajemy, że chcemy iść pieszo. Ceny zaczynają spadać, ktoś krzyczy ten piso, sir. Wydaje nam się to trochę podejrzane. Bierzemy gościa, który oferuje podwózkę za 40PHP. Jedziemy niedługo, kilkanaście minut. Z prawej i lewej strony mijamy głównie szopki z blachy falistej lub bambusa, po jakimś czasie pojawiają się zabudowania z krwi i kości, nieco wyższe, nawet dwu lub trzypiętrowe z cegieł i zaprawy. Dojeżdżamy do naszego hotelu (choć i w tym wypadku to dużo powiedziane). Trycyklista oddaje nasze plecaki bezpośrednio ochroniarzowi, który zanosi je do windy. Płacimy ustaloną kwotę i kierujemy się do recepcji. Pokój jest znacznie większy niż poprzednio. Chwilę odpoczywamy.
Decydujemy się w końcu ruszyć na miasto. Zanim jednak idziemy odkrywać Puerto Princesa, w recepcji prosimy o zarezerwowanie stolika w najlepszej lokalnej knajpie, Kaloui. Piszą o niej wszyscy, którzy tu byli, wszyscy pochlebnie. Na dworze zaczyna się nagle ściemniać, leje rzęsisty deszcz, ale jest bardzo ciepło. Odwiedzany tutejszy dyskont. Przed wyjściem ochroniarze przeszukują nasze plecaki. Patrząc na bałagan panujący wewnątrz sklepu stwierdzam, że już nigdy nie będę miał pretensji do obsługi dyskontów w Polsce. Szybki rzut oka na ceny: woda nieco drożej niż u nas, prawie same produkty filipińskie, Coca-Cola nieco droższa niż u nas, wszystko pakowane pojedynczo, wszystko gotowe natychmiast do spożycia. Praktycznie brak produktów świeżych. Ceny stosunkowo niskie, szokuje nas cena lokalnego rumu, litr za około 6zł. Bierzemy małą butelkę na spróbowanie, płacimy za nią 2zł.
Wracamy do hotelu i wykupujemy wycieczkę do podziemnej rzeki w Sabang na dzień następny. Ku naszemu zdziwieniu płacimy 2000PHP za osobę, a nie około 1200PHP, jak przeczytaliśmy w Internecie. Recepcjonista tłumaczy, że miesiąc temu ceny w Sabang zostały podniesione. No tak, zaczął się sezon turystyczny. Trochę niepokoi nas dopisek na rachunku za wycieczkę, który mówi o tym, że w przypadku anulacji to agencja turystyczna będzie decydowała czy i ile pieniędzy nam oddać. Szybko jednak o tym zapominamy, bo bierzemy trycykla i jedziemy do restauracji. W wejściu wita nas kelner, otwiera małą szufladkę i każe nam włożyć do niej nasze obuwie. W Kaloui chodzi się na boso, cała podłoga jest drewniana. Niesamowite uczucie. Siadamy przy stoliku. Zamawiamy stek z tuńczyka i krewetki. Zanim otrzymujemy to, co zamówiliśmy, obsługa przynosi nam zupę rybną z imbirem. I. nie smakuje, mi z kolei bardzo. Po chwili lądują przed nami talerze wypełnione owocami morza, ryżem, bakłażanami w tempurze i zielonymi wodorostami. Do tego lokalne piwko, San Miguel. Wszystko jest przepyszne, nic dziwnego, że znika w mig. Po daniu głównym obsługa przynosi deser na ich koszt, w połówce kokosa dostajemy pokrojone owoce posypane cukrem trzcinowym. Proste, ale świeże i smaczne. Rachunek? 700PHP za dwie osoby, czyli mniej niż 50zł. Warto dodać, że to najdroższy posiłek jaki jemy na Filipinach.


Podziemna rzeka
Budzimy się około 5:30. Szybko się szykujemy, bierzemy najpotrzebniejsze rzeczy i schodzimy do lobby. Recepcjonista po chwili mówi nam, że nasza wycieczka do podziemnej rzeki rozpocznie się z godzinnym opóźnieniem i możemy wrócić jeszcze do pokoju. Będziemy musieli się dostosować do tutejszego postrzegania czasu, bo podobnie to wygląda na całych Filipinach. O 7 wreszcie przychodzi przewodnik. Niziutki, z wyraźnym brzuszkiem, łysiejący, ale z uśmiechem od ucha do ucha. Z trudem stara się przeczytać nasze imiona, po czym gestem zaprasza nas do niewielkiego busa. Jest już tam kilkoro turystów. Po drodze zabieramy jeszcze jedną osobę z innego hotelu. Droga do Sabang to około dwóch godzin, z czego połowa po jedynej autostradzie na Palawanie. Może słowo autostrada to jednak za dużo, u nas byłaby to co najwyżej droga gminna. Kierowca jedzie dość szybko, ale pewnie. Po godzinie skręcamy w jeszcze węższą drogę, góry i doliny, same zakręty. Robimy postój na toaletę i ewentualnie szybkie jedzenie, znów pakujemy się ściśnięci do busika i w dalszą drogę. Docieramy do Sabang przed dziewiątą.
Przewodnik każe nam czekać, on sam w tym czasie załatwia wszystkie formalności i zamawia łódkę, którą dopłyniemy do podziemnej rzeki. Zagaduje nas małżeństwo z San Francisco. Mówią, że byli w Polsce, w Krakowie. Razem z nimi jest ich syn, na oko mający około 25 lat. Ma nogę w kołnierzu usztywniającym i rękę na temblaku. Zastanawiam się, jak wejdzie na chybotliwą, wyglądającą jak łupina łódkę. Z zamyślenia wyrywa mnie przewodnik, który rzuca kilka dyspozycji i prowadzi nas do łodzi. Syn małżeństwa z San Francisco nie daje rzeczywiście rady wejść do łodzi, będzie płynął na dziobie, usadowiony na plastikowym krzesełku.


Pakujemy się z I. do naszej łódki. Jeden Filipińczyk siedzi przy silniku, drugi (swoją drogą wyglądający jak hobbit ze swoimi kędzierzawymi, czarnymi włosami i małymi, również ciemnymi oczyma) biega ciągle wokół doglądając łodzi. Silnik zostaje odpalony, czujemy zapach spalin, do uszu dobiega niesamowicie głośny warkot. Łódź nabiera rozpędu, płyniemy oddaleni od brzegu o kilkadziesiąt, może kilkaset metrów. Po pół godziny docieramy na przepiękną plażę. Wychodzimy, robimy kilka zdjęć, ale przewodnik szybko zbiera nas w grupę i prowadzi w dżunglę. Długa ścieżka z desek prowadzi do kolejnej, tym razem malutkiej plaży. Dostajemy kaski, kapoki mieliśmy już od czasu płynięcia łodzią. Zostajemy załadowani na coś w rodzaju długiego kajaku. Na tyle łódki siada szczupły mężczyzna, który długim wiosłem odpycha nas od brzegu i kieruje w stronę wejścia do podziemnej rzeki. Dowiadujemy się, że wewnątrz nie wolno wydawać żadnych dźwięków, dotykać niczego, a tym bardziej pić wody, która jest skażona.
Sama podziemna rzeka ma ponad 46km długości, ale nasza wycieczka obejmuje jedynie dwa kilometry. To i tak dużo, zważywszy, że wycieczka trwa niespełna godzinę. Po raz kolejny przekonujemy się, jak niesamowita jest natura. Formacje skalne wydrążone przez wodę w ciągu setek lat robią ogromne wrażenie. Przed przyjazdem tutaj naczytaliśmy się różnych opinii na temat Sabang, ale teraz już wiemy, że te 2000PHP to były dobrze wydane pieniądze. Swój wkład w odkrywanie podziemnej rzeki mają również Włosi, którzy to, o ile dobrze pamiętam, w XIX wieku prowadzili tu badania.


Po godzinie wypływamy z jaskini. Powietrze jest wyraźnie mniej wilgotne niż wewnątrz, ale temperatura tak w środku, jak i na zewnątrz wydaje się być identyczna. Wychodzimy z łodzi, oddajemy kaski, czekamy na resztę grupy. W międzyczasie przewodnik pokazuje nam półtora metrowego warana, który skrada się w zaroślach. Docierają do nas pozostali uczestnicy wycieczki. Wracamy na naszą łódź. Na horyzoncie pojawiły się przeraźliwie ciemne chmury. Nawet Filipińczycy z łódki wydają się nieco zaniepokojeni. Silnik pracuje na pełnych obrotach, aby zdążyć dopłynąć do portu przed ulewą i wiatrem. Zauważamy, że w stronę podziemnej rzeki płynie już tylko jedna łódź, wszystkie inne zostały wstrzymane z powodu pogody.
Jemy w lokalnej restauracji (chociaż w tym wypadku to chyba za dużo powiedziane). Ryż, sos z wieprzowiną, grillowane ryby, warzywa, malutkie i słodkie banany. Wszystko całkiem smaczne, zwłaszcza, że jesteśmy nieco wygłodniali bo nie zjedliśmy porządnego śniadania. Po posiłku przewodnika znów zgarnia nas wszystkich i upycha w małym busie. Mamy jakieś dwie godziny drogi do Puerto Princesa, gdzie docieramy około 15. Podczas drogi powrotnej niemal wszyscy drzemią. Wysiadamy z busika przed naszym hotelem i idziemy do pokoju na krótką drzemkę.


Puerto Princesa
Budzimy się dość późno, zmiana czasu wciąż daje o sobie znać. Zgodnie stwierdzamy, że mogliśmy opuścić Puerto Princesa już dziś rano, ale noclegi kupowaliśmy kilka miesięcy temu i teraz pozostawało nam albo zrezygnować z jednej nocki tracąc pieniądze, albo zająć jakoś czas poznając miasto. Decydujemy się na drugą opcję. Idziemy do centrum historycznego. Potężna jak na tutejsze warunki katedra ma błękitny kolor. Wokół roznosi się zapach farby olejnej, wydaje się jakby wszystko dookoła było właśnie odmalowane. Sama budowla nie jest specjalnie piękna, ale na pewno wyróżnia się schludnością na tle otaczających nas baraków z blachy falistej. Tuż obok katedry jest szkoła, do I. podbiegają małe dziewczynki. Rzadko kiedy widzą białych, więc ich ciekawość nie jest niczym niespodziewanym.
Chodzimy w sumie trochę bez celu szlajając się po ulicach Puerto Princesa. Docieramy do największego centrum handlowego. Jest i supermarket przypominający te w Europie. Dyskutujemy o tym co musimy kupić, gdy nagle zauważamy, że wszyscy z obsługi sklepu oraz większość klientów stoi w bezruchu. Dopiero po chwili orientujemy się, że z głośników dobiegają odgłosy mszy świętej i akurat jest jej najważniejszy moment. Po chwili wszyscy pracownicy wracają do swoich obowiązków, ale tylko po to, aby zacząć tańczyć wyuczony układ do piosenki reklamującej sieć sklepów. Dla nas trochę szok, ale pozostali klienci wydają się być oswojeni z tutejszą tradycją.
W mieście wymieniamy jeszcze trochę dolarów na peso w obawie, że w kolejnym miejscu naszej podróży nie znajdziemy kantoru. Kierując się w stronę naszego hotelu odkrywamy, że tuż pod nosem mamy lokalny targ. Wszystko ściśnięte, stoiska niemal jedno na drugim. Mydło i powidło, owoce, warzywa, suszone ryby, ogromna góra kokosów, T-shirty, wypożyczalnia DVD. Czego dusza zapragnie. Raczej robimy zdjęcia niż szukamy czegoś do kupienia. Naszą uwagę przyciąga stoisko, na którym znajdują się dry bagi. Przydałby się jeden na potem. Właściciel stoiska mówi nam łamanym angielskim four hundred piso, but for you i make discount, two hundred. Opowiadamy, że przejdziemy się jeszcze i najwyżej wrócimy. Rzeczywiście 200PHP okazuje się być okazyjną ceną, więc wracamy do tego samego stoiska. Niestety dowiadujemy się, że promocja się skończyła i poniżej 400PHP nie ma szansy zejść. Odpuszczamy, słyszeliśmy, że w El Nido spokojnie znajdziemy dry baga taniej.
Odnosimy wszystkie zbędne rzeczy do pokoju i wieczorem wychodzimy jeszcze na nadmorski bulwar. Woda jest brudna i wydaje niezbyt przyjemny zapach, ale wiatr skutecznie orzeźwia i oczyszcza powietrze. Wzdłuż bulwaru otwierają się niewielkie knajpki oferujące świeże owoce morza z grilla, wszystko prawie za bezcen. Nie jesteśmy głodni, więc odpuszczamy sobie ten punkt programu. Wracamy do pokoju i kładziemy się dość szybko spać, bo następnego dnia o 5 rano wyjeżdżamy do El Nido.


Tak się podróżuje na Filipinach 1
Za podróż busikiem z Puerto Princesa do El Nido zapłaciliśmy 600PHP, ale dowiadujemy się, że standardowa cena to 500PHP. Kierowca tym razem zjawia się po nas punktualnie. Upychamy się w pojeździe, czeka nas około sześć godzin w tym wnętrzu, więc z trudem próbujemy znaleźć miejsce dla siebie. Po drodze zabieramy grupę Azjatek z innego hotelu i jedziemy na dworzec. Pomimo wczesnej pory stoi tu bezlik busików, aut i autobusów. Mija około pół godziny, zanim nasz pojazd wypełnia się po brzegi i możemy ruszyć w podróż. Na dworze jest wciąż ciemno. Jak tylko opuszczamy miasto do moich nozdrzy dociera charakterystyczny zapach marihuany. Rozglądam się dookoła i widzę, że to kierowca trzyma żarzącego się skręta w dłoni. Już wcześniej byłem nieco przerażony prędkością i jego stylem jazdy, ale teraz już wiem, że nie zmrużę oka.
Jeszcze dwie godziny jedziemy w ciemności, kierowca wydaje się pozostawać zupełnie świadomy, cały czas jednak pedał gazu trzyma wciśnięty do oporu. Trąbi na kury przebiegające przez ulicę, na bezpańskie psy również. Klakson idzie w ruch co kilka sekund. Trycykliska? Klakson! Wolne auto? Klakson! Piesi na poboczu? Klakson! Prędkościomierz pokazuje przez większość czasu od 100 do 120km/h. Na horyzoncie wstaje słońce. Dojeżdżamy do Roxas, gdzie kierowca ogłasza 30 minutową przerwę. Jemy chleb bananowy kupiony jeszcze w Puerto Princesa. Przed wejściem do samochodu podchodzi do nas chłopiec proszący o pieniądze. Właściciel baru, w którym spędziliśmy przerwę, przegania go bez skrupułów.
Szaleńcza podróż trwa dalej. Zatrzymujemy się jedynie na jakimś dziwnym checkpoincie, gdzie przedstawiciel lokalnych służb informuje nas, że do El Nido nie wolno wwozić owoców mango. Pyta nas czy mamy jakieś. Wszyscy patrzą na niego jakby urwał się z choinki. Zamyka drzwi busa i ruszamy dalej. Po drodze niektórzy pasażerowie (Filipińczycy) wysiadają, dosiadają się za to inni. Na pół godziny przed miejscem docelowym wsiada młody ojciec z synem ubranym w grubą bluzę, długie dresowe spodnie i zimową czapkę. Coś jest nie tak, myślę sobie. Po kilkunastu minutach ojciec mówi coś do kierowcy. Ten zatrzymuje się natychmiast, pomimo że stoimy na środku stromego podjazdu. Nagle chłopiec wymiotuje. Cieszymy się, że za chwilę dojedziemy do El Nido. Kierowca jest na tyle uprzejmy, że podwozi nas pod same drzwi hotelu, który zarezerwowaliśmy już wcześniej.


Plaże, woda, słońce
            Wycieczkę typu island hopping kupiliśmy dzień wcześniej. Właściwie dwie wycieczki. Tour A na dziś oraz tour C na jutro. Dostaliśmy 200PHP zniżki na każdą wycieczkę, więc w sumie zapłaciliśmy za nie 4800PHP. Rankiem przyjeżdża po nas trycykl przysłany z centrum El Nido. Po 10 minutach jesteśmy stłoczeni z innymi uczestnikami wycieczki w małym budyneczku na plaży oczekując na naszą łódź. Z niemałym rozbawieniem patrzymy na kolejne grupy brodzące w wodzie, aby dostać się do łodzi zacumowanych w znacznej odległości od plaży.
            I. zorganizowała czarny worek na śmieci, w którym umieszczamy wszystkie nasze rzeczy. Co wrażliwszy sprzęt oraz banknoty lądują w dry bagu, który kupiliśmy za jakieś 25zł dzień wcześniej. Przychodzi kobieta pracująca w biurze podróży i zaprasza nas na łódź. Jest ona jedną z większych, zabiera w sumie dwudziestu pasażerów. Dlatego też oddalona jest bardziej od plaży niż inne, musimy się tam dostać. W najgłębszym miejscu woda sięga mi brody. Niższe osoby miotane przez fale próbują dopłynąć do metalowej drabinki. Gdy wszyscy znajdujemy się na pokładzie, otrzymujemy nieźle już zużyte (ale suche!) ręczniki, aby się z większego wytrzeć. Między nas wchodzi niski Filipińczyk, który przedstawia się jako szef tej imprezy. Przedstawia nam członków załogi, w kilku prostych słowach prezentuje zarys wycieczki i ruszamy. Znów czujemy zapach spalin, łódź przyśpiesza. Niektórzy siadają na dziobie, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Po niespełna pół godziny dopływamy do pierwszego punktu wycieczki.
            Seven Commando Beach to jeden z obowiązkowych punktów programu, kiedy jest się w tej części Filipin. Biały piasek i rząd wysokich palm widoczne są już z daleka. Dowiadujemy się, że plaża swoją nazwę zawdzięcza amerykańskim wojskom, które tutaj niegdyś stacjonowały. Rój łódek przed nami. Okazuje się, że nie możemy podpłynąć zbyt blisko. Obsługa naszej łodzi każe nam skakać do wody i dopływać. Zadanie dość karkołomne dla kogoś, kto nie umie pływać. Kapok i słona woda robią jednak swoje i dopływam do plaży. Chwila na słońcu, żeby wyschnąć. I. robi w międzyczasie zdjęcia. Wiatr wieje na tyle mocno, że podnosi w górę masy piasku, który boleśnie wbija się w nogi. Nic nie szkodzi. Jest pięknie. Błękitna, czyściutka woda. Biały piasek. Bujna zieleń. Gdzieś z tyłu dochodzi krzyk sprzedawców kokosów. Mija jeszcze kilkanaście minut i widzimy, że załoga woła nas na powrót do łodzi, która teraz znajdowała się już blisko plaży i można było do niej spokojnie dojść.


          Ruszamy ponownie. Przed nami jakieś 45 minut drogi zanim dotrzemy do kolejnego punktu wyprawy. Tym razem płyniemy zdecydowanie dalej od jakiegokolwiek lądu. Fale są wysokie, ciągle wdzierają się na pokład mocząc nas i nasz dobytek bez ustanku. Na szczęście słońce mocno grzeje, a woda jest bardzo ciepła. Łódź nagle zwalnia. Zatrzymujemy się tuż obok skalistego brzegu jednej z wysepek. Do drabinki podpływa Filipińczyk z kilkoma kajakami. Płacimy z I. za wynajem jednego z nich i prosto z łodzi przesiadamy się do niego. Na początku fale są dość mocne, przez co wiosłowanie idzie ciężko, ale po kilku chwilach dopływamy do płycizny. Przez otwór w skałach niewiele szerszy od naszego kajaku wpływamy do Small Lagoon. Zupełnie inny świat. Woda cieplejsza i jaśniejsza, zero fal. Kolejne niesamowite miejsce. Jesteśmy otoczeni skałami i tropikalną fauną. Jedyną rzeczą, która psuje nam idealny nastrój są inni turyści. Sporo kajaków i dziesiątki osób nurkujących z rurką uniemożliwiają kontemplację w spokoju. Spędzamy tu jeszcze kilkanaście minut. Kątem oka dostrzegamy jednego z naszych opiekunów, który zaprasza nas na łódź.
            Już na pokładzie wycieramy się w i tak mocno przemoczony ręcznik. Teraz stoi przed nami długi stół, na którym po chwili pojawiają się najróżniejsze talerze i półmiski. Spora górka ryżu, grillowany kurczak i ryby, ogromne małże, sałatki ze świeżych warzyw, a na deser świeżutkie banany, ananas i arbuz. Wszyscy jedzą w ciszy, każdy wydaje się być wygłodniały. Gdy talerze są już puste załoga zbiera wszystkie naczynia i szef wydaje dyspozycje. Płyniemy dalej. Znów wysokie fale, które zalewają co po chwilę pokład. Po poł godziny jesteśmy zupełnie przemoczeni. Do drabinki ponownie podpływa mężczyzna z kajakami. Razem z I. wynajmujemy jeden i mając już nieco wprawy dość szybko się w nim lokujemy. Tym razem fale są jeszcze większe, przez co musimy bardzo uważać, aby kajak się nie przewrócił. Wpływamy do Big Lagoon przez sporą płyciznę. Niektóre łodzie mają na tyle niskie zanurzenie, że mogą bez problemu przez nią przepłynąć. Nasza jednak nie i właśnie dlatego musieliśmy wziąć kajak. Udaje nam się dotrzeć do miejsca, gdzie nie ma nikogo. Wokół nas znów jedynie skaliste wybrzeża, szum wody i wiatru, który porusza liście gęstych zarośli. Jest pięknie. Niestety po chwili docierają do nas inni turyści i mącą nasz spokój. Zaczynamy kierować się do wyjścia, po drodze zatrzymując się na chwilę na mieliźnie. Fale na zewnątrz jakby były jeszcze wyższe. Z trudem dopływamy do naszej łodzi. Grupa przemiłych Filipińczyków, która dopływa tuż po nas nie dała rady oprzeć się większej fali i wszyscy kończą w wodzie. Obsługa naszej wycieczki szybko wskakuje do nich i pomaga im wejść na pokład.
            Do następnego punktu wycieczki dopływamy szybko. Jest to niewielka płycizna ze skalnym dnem i koralowcami, gdzie chętni mogą ponurkować z rurką. I. wskakuje do wody i znika mi z pola widzenia na dłuższą chwilę. Wraca po dwudziestu minutach i krzyczy, że widziała ogromną rybę. Ja w międzyczasie nawiązuję rozmowę z Amerykaninem, który towarzyszył nam podczas tej wycieczki. Wymieniamy poglądy na różne tematy. Szef wycieczki przerywa naszą dyskusję i ogłasza, że zmierzamy do ostatniego punktu wycieczki, Secret Lagoon. Cumujemy znów dość daleko od plaży. Dno jest pełne kamieni i ostrych skał. Marynarze nakazują nam wziąć nasze klapki lub jakiekolwiek inne obuwie, aby nie poranić nóg. Z trudem docieramy do niewielkiego otworu w skałach, przez który wchodzimy do Secret Lagoon. Niewielkie bajorko z mętną i stosunkowo chłodną wodą. Po tym co dziś widzieliśmy, nie robi to na nas większego wrażenia. Szybko robimy kilka zdjęć i wracamy na łódź. Po drodze jedna z większych fal rzuca mnie na skałę, na pokładzie zauważam, że mam rozbite kolano. Skóra jest jednak na tyle rozmoczona przez słoną wodę, że nic nie czuję, więc nawet nie zwracam na to większej uwagi.
            Do El Nido mamy około godziny drogi przez wzburzone morze. Dopływamy na miejsce cali przemoczeni i mocno zmęczeni, ale zadowoleni. To był piękny dzień. Szkoda, że już się kończy.


Medical Center czyli co?
Budzimy się wcześnie rano. I. idzie do recepcji dowiedzieć się co z naszą dzisiejszą wycieczką. Okazuje się, że z powodu silnego wiatru została ona odwołana. Otrzymujemy bez większego problemu nasze pieniądze i zaczynamy myśleć, jak zająć czas. Ruszamy na plażę w stronę Corong Corong. Po kilkuset metrach przez miasto schodzimy do morza. Wiatr przyjemnie zawiewa od strony wody, piasek jest mokry i ubity. Odpływ odsłonił szeroką połać mielizny. Spacerujemy przez prawie godzinę, po czym decydujemy się rozłożyć ręczniki i odpocząć. Kilkanaście metrów dalej leżą inni turyści. Jest spokojnie i cicho. Otwieram nieco już ugrzanego San Miguela i zasypiam na chwilę. Relaks zupełny. Chyba pierwszy raz podczas wyjazdu. Zostajemy na plaży do wczesnych godzin popołudniowych, decydujemy się wrócić do El Nido, aby coś zjeść.
Świeża ryba i ogromne krewetki z grilla podane z ryżem są pyszne. Lokal umiejscowiony na samej plaży pozwala nam oglądać osoby wracające z wycieczki, którą my odbyliśmy wczoraj. Po jedzeniu wracamy na chwilę do pokoju. I. mówi, że się źle czuje. Nie jest dobrze, wygląda blado i ma ostrą biegunkę, a leki zabrane z Polski nawet w podwójnej dawce nic nie dają. Zaczyna wymiotować i mdleje. Ja w międzyczasie staram się dodzwonić do naszego ubezpieczyciela. Po kilku nerwowych próbach konsultant mówi mi, że są w stanie zorganizować pomoc jedynie w przeciągu pięciu godzin, bo w rejonie, gdzie aktualnie się znajdujemy nie mają żadnych zakontraktowanych placówek. Postanawiam szukać lekarza na własną rękę. W recepcji dowiaduje się, że w El Nido jest tylko jedna prywatna klinika, a sam personel medyczny nie przyjedzie do hotelu. Próbuję przekonać recepcjonistkę, aby zadzwoniła do kliniki i zawołała lekarza, ale nie ma rady. Tutaj lekarz nie odwiedza chorych, to chory musi udać się do niego.
I. zwleka się z łóżka, schodzi na dół i łapiemy trycykla. Kierowca wykorzystuje okazję i widząc, że nie mamy wyboru kasuje od nas dwukrotność. Nie zwracam na to uwagi. Klinika okazuje się być małym, brudnym budynkiem wciśniętym w inne jemu podobne. W środku siedzi na skromnej ławeczce kilkoro chorych. Nie wiadomo kto jest lekarzem, kto pacjentem, a kto pielęgniarką. Podchodzi do nas drobna Filipinka, na oko mająca z osiemnaście lat. What happend again?, pyta. Patrzę na nią ogłupiały. Widząc mój wzrok mówi you look all the same i zaczyna się śmiać. Przyjmuje nas niezwłocznie widząc stan I. Poważne odwodnienie i zatrucie. Okazuje się, że to wina tutejszej wody, której przecież i tak nie piliśmy. Zęby również myliśmy wodą butelkowaną, ale lekarka precyzuje, że the water here is really infected. I. dostaje kroplówkę i mam wrócić po nią o 2 w nocy. Dziwię się w czasie rozmowy z lekarką, że przecież jedliśmy to samo i bardzo uważaliśmy, a teraz tylko I. zachorowała. Otrzymuję zdawkową odpowiedź you will be sick tomorrow. Znów wybucha śmiechem.
Wracam do pokoju i zabieram się za sprzątanie po nieszczęśliwych wypadkach z przed kilku godzin. Przepakowuje nasze plecaki, ustawiam budzik na pierwszą trzydzieści w nocy, chociaż wiem, że i tak prawdopodobnie nie zmrużę oka. Budzik dzwoni o ustalonej godzinie. Leżę jeszcze chwilę, po czym ubieram się i na piechotę idę do kliniki. Po drodze nie spotykam nikogo. Słyszę jedynie odgłosy dobiegające z zarośli. Na miejscu okazuje się, że I. jest osłabiona, ale już czuje się lepiej. Lekarki nie ma, pielęgniarka wyjmuje igłę i mówi, że możemy iść po opłaceniu należności. 5000PHP za jedynie kroplówkę i trzy rodzaje leków. Masakra, myślę sobie, ale płacę bez mrugnięcia okiem. Kierujemy się w stronę naszego pokoju, ale I. jest na tyle słaba, że łapiemy trycykla, który już za rozsądną cenę podwozi nas do hotelu. Idziemy spać.
Kolejny dzień przynosi poprawę stanu I. Przez kilka dni będzie musiała jeść ryż, ale jest już zdecydowanie lepiej. Popołudniu idziemy nawet na plażę i jemy w tej samej knajpie, gdzie poprzedniego dnia. Wracamy do pokoju dość wcześnie, aby I. mogła nabrać sił. Mieliśmy jechać tego dnia na Nacpan Beach, gdzie mieliśmy zarezerwowany domek na plaży. Z tego jednak nici. Myślimy, że może uda nam się zrobić jednodniową wycieczkę do tego miejsca nazajutrz. W nocy budzi mnie jednak potworny ból brzucha. Nie chcąc się męczyć wymuszam wymioty. Pół godziny potem przychodzi jednak biegunka. Nauczeni już dniem poprzednim idziemy do kliniki. Jest głęboka noc. Ochroniarz przed drzwiami kliniki informuje nas, że jest ona zamknięta i mamy przyjść jutro rano. Zrezygnowani odpuszczamy i tak też robimy. Rano przyjmuje mnie ta sama lekarka, która przyjęła I. Otrzymuję kroplówkę i ten sam zestaw leków. Z niepokojem patrzę, jak pielęgniarka bez rękawiczek wbija mi igłę (ta na szczęście jest sterylna). Po kilku godzinach czuję się jak nowo narodzony. Rachunek tym razem, nie wiedzieć czemu, jest o 500PHP niższy. Ki diabeł?


Tak się podróżuje na Filipinach 2
            Niemal cały dzień spędzamy w największym centrum handlowym w Manili. Z Palawanu przylecieliśmy niedługo po południu, a autobus do Banaue mamy dopiero o 22. Na dwie godziny przed planowanym odjazdem łapiemy taksówkę i przez ponad godzinę przemierzamy całe miasto. Docieramy do terminala autobusowego z dużym zapasem. O dziwo za kurs płacimy śmieszne pieniądze, jakieś 15zł za ponad 10km. Autobus już stoi, ale jeszcze nie pozwalają nam wejść. Terminal to barak z blachy falistej. Idę do okienka z moim biletem w wersji elektronicznej. Dostaję papierowy świstek, z którym możemy już wejść do autobusu. Jego wnętrze wygląda gorzej niż się spodziewałem. Obskurne fotele, mało miejsca, nieprzyjemny zapach. Jest jednak Wifi i klimatyzacja, która da nam nieźle w kość w nocy. O dziwo połączenie jest dosyć szybkie, co skutecznie pomaga nam zabić czas do planowanej godziny odjazdu.
            Autobus nie odjeżdża o czasie. Kwadrans po dziesiątej wchodzi grupa młodych Izraelitów, którym kierowca każe usiąść na środku, w przejściu między siedzeniami. Patrzą na niego ze zdziwieniem. Pomagam jednemu z nich otworzyć taborecik schowany dotychczas w podłokietniku fotela. Wybuchają śmiechem i składają krzesełko, po czym decydują się położyć w przejściu. Mijają kolejne minuty, powinniśmy byli wyruszyć ponad pół godziny temu. Znów wchodzi kierowca i mówi leżącym w przejściu chłopakom, że muszą usiąść na taboretach, bo leżąc zajmują dwa miejsca, a każdy z nich wykupił tylko jedno. Znów wybuchają śmiechem, ale robią co im kazano. W międzyczasie kierowca dopycha kolejnych pasażerów w przejściu i teraz naprawdę wydaje mi się, że już nikt więcej się nie zmieści. Mamy godzinne opóźnienie, kierowca przeciska się przez cały autobus, aby od każdego odebrać bilet. Wyjeżdżamy.
            Klimatyzacja szybko daje o sobie znać. Mam na sobie grubą bluzę i kurtkę puchową, a mimo to nie jest mi zbyt ciepło. Próbuję zasnąć, ale marznie mi nos i dłonie. Przystanek! Ratunek! Wychodzimy na zewnątrz, pomimo tego, że jest późno w nocy, powietrze wciąż jest bardzo ciepłe. Wykorzystujemy kwadrans postoju na ogrzanie się i toaletę, po czym niczym akrobaci znów musimy dostać się do naszych siedzeń. Kolejne trzy godziny w mrozie, kolejny postój. Udaje mi się zasnąć na chwilę, po czym się budzę. Znów zasypiam. Jest siódma rano, autobus skręca ciągle to w lewo, to w prawo. Za oknem gęsta mgła i deszcz. Z jednej strony urwisko, z drugiej góra. Droga jest bardzo wąska. O ósmej rano dojeżdżamy do Banaue. Ścierpnięci i zmarznięci. Na dworze pada, jest wyraźnie chłodniej niż w Manili. Puchowa kurtka może okazać się niewystarczająca.


Ryż, wszędzie ryż
Wynajmujemy pokój za 500PHP w tutejszym schronisku. Jeden z przewodników prowadzi mnie do dużej mapy i pokazuje najciekawsze punkty w okolicy. Proponuje dwie wycieczki, na dziś i na jutro, za 6000PHP w sumie. Trochę dużo, tym bardziej, że w Internecie znaleźliśmy mnóstwo tańszych, a równie ciekawych opcji. Dziękuję mu i decydujemy z I., że musimy chwilę się przespać. Budzimy się około południa. Za oknem wciąż pada, ale nie jest to deszcz, który zniechęciłby nas do wyruszenia w teren.
Ten sam przewodnik zagaduje nas w jadalni. Podczas gdy jemy owsiankę, aby chociaż trochę się rozgrzać, on opowiada o okolicznych atrakcjach i oferuje znów swoje usługi. Tym razem ceny są jednak znacznie niższe. Za 1200PHP oferuje trycykl, który zawiezie nas do Hapao oraz na najbardziej popularne punkty widokowe w Banaue. Pytam go czy to ostateczna cena, on oferuje nam specjalną zniżkę 200PHP. Decydujemy się jednak iść do centrum miasta, aby poszukać trycykla tam. Kierowca z punktu turystycznego wsiada na swój motocykl i dogania nas, oferuje nam podróż za 800PHP. Wiemy, że spokojnie znaleźlibyśmy kogoś, kto zawiózł by nas za połowę tej ceny, ale zaczyna padać, a tak naprawdę wcale nie chciało nam się iść do centrum. Akceptujemy ofertę i wsiadamy do trycykla.
Kilkanaście minut wyboistej krętej drogi i zatrzymujemy się na pierwszym punkcie widokowym. Widać już tarasy ryżowe, ale krajobraz wciąż nie jest zachwycający. Przynajmniej nie są to obrazki, których się spodziewaliśmy. Kilka zdjęć i jedziemy dalej. Kolejny punkt widokowy jest już o niebo lepszy, a widoki rzeczywiście zapierają dech w piersiach. Gęsta mgła unosi się teraz jedynie w najwyższych partiach tarasów, w dole widać ciemno zielone pola zalane wodą. Znów kilka zdjęć i jedziemy dalej. Po drodze musimy zatrzymać się w punkcie turystycznym, gdzie należy uiścić jakiś podatek. 30PHP za osobę. Podajemy swoje dane i możemy ruszać do Hapao. Deszcz zaczyna padać coraz mocniej. Spodnie mam już całkowicie przemoczone. Po pół godziny mam dosyć tej podróży, ale na szczęście docieramy do celu. Taras widokowy jest niczym innym, jak kawałkiem betonu przykrytym blachą falistą. Chociaż nie pada na głowę. Trycyklista rzuca do nas take your time i siada obok jakiegoś lokalsa.



Powroty bywają bolesne
            Wróciliśmy do Manili wcześniej niż planowaliśmy. Wszyscy nas przestrzegali przed tym miastem. Że nas okradną, że zgwałcą, wywiozą i porwą, że zabiją. Po taki preludium podchodzimy do stolicy Filipin z dużą dozą nieufności. Jak się okazuje, niepotrzebnie. Nocujemy na obrzeżach najbogatszej dzielnicy miasta, Makati. Hotele są czyste, zadbane, obsługa uprzejma i pomocna. Pierwszego dnia jesteśmy wycieńczeni po ostatnich dwóch nockach w autobusie. Śpimy do późnego popołudnia, wstajemy i decydujemy się znaleźć coś do jedzenia. Makati to głównie potężne wieżowce. Na ulicy jest dość mało aut, może dlatego, że to niedziela. Mijają nas głównie Toyoty i jeepneye (narodowy środek Filipin, długie jeepy wojskowe przerobione na użytek cywilny, jest ich tu wszędzie pełno, a słychać je z daleka, bo stare silniki diesla hałasują niemiłosierne i strasznie kopcą).
            Docieramy do centrum handlowego. Okazuje się, że najbardziej ekonomicznym i najbardziej lekkostrawnym posiłkiem na nasze osłabione po chorobie żołądki są wołowe burgery. Jeszcze przed jedzeniem szpikujemy się solidną dawką leków przeciwwymiotnych, przeciwbiegunkowych i antybiotykiem, który ma pomóc zwalczyć pasożyty. Burgery okazują się przepyszne, mięso jest świeże, idealnie doprawione i soczyste. W duchu modlę się jedynie, aby nam nie zaszkodziły. Niepotrzebnie, choroba wydaje się być tylko złym wspomnieniem. Nazajutrz mamy wracać do domu, warto zrobić jakieś zakupy, może nie pamiątki, ale cokolwiek chcielibyśmy przywieźć do Polski.
        Spośród produktów, z których słyną Filipiny od razu odrzuciliśmy suszone ryby. Nie pogardziliśmy za to suszonymi owocami mango, które co ciekawe swoje kosztują. Do koszyka trafia również kilka paczek cukru kokosowego (dla nas zupełna nowość, nigdy o nim nie słyszeliśmy) i olej kokosowy. Rachunek jest zaskakująco niski. Na wyjazd zabraliśmy w sumie 400 dolarów, z czego prawie sto wydaliśmy na lekarzy, a wciąż zostawało nam sporo pieniędzy. Nie szczypiemy się więc i kupujemy kilka innych mniejszych lub większych, raczej nie niezbędnych, produktów. Brakuje nam europejskiego jedzenia, na ryż, którym żywiliśmy się od czasu choroby, nie możemy już patrzeć. Po drugiej stronie ulicy widzimy lokal popularnej sieci sprzedającej wypasione kanapki. Smakuje nam jakbyśmy jedli je po raz pierwszy w życiu. Czas wracać. Taksówka na lotnisko i 35 godzinna podróż przed nami. Pomimo wzlotów i upadków, lepszych i gorszych momentów, żal nam opuszczać Filipiny. Trudno opisać ten kraj w kilku prostych słowach, ale największe wrażenie (poza atrakcjami turystycznymi i nieskalaną ludzką stopą przyrodą) wywierają na nas mieszkający tu ludzie. Wbrew pozorom, wszechobecna bieda uszlachetnia. Europejczycy mogą uczyć się do Filipińczyków pogody ducha, uczciwości i nastawienia do życia. Paalam Pilipinas!



niedziela, 29 stycznia 2017

Che cosa bolle in pentola… – styczeń 2017

Comiesięczny przegląd włoskich internetów


Styczeń był wyjątkowo tragicznym miesiącem dla mieszkańców Bel Paese. Nie będę w dzisiejszej edycji Che cosa bolle in pentola… rozpisywał się o kolejnych wstrząsach w centralnych Włoszech, ani o lawinie, która pochowała żywcem ponad 20 osób w ruinach hotelu Rigopiano w miejscowości Farindola. Nawet jeśli bardzo skutecznie unikacie jakichkolwiek doniesień medialnych, prawdopodobnie nie byliście w stanie nie usłyszeć o powyższych katastrofach. Nie znaczy to jednak, że dzisiejszy wpis będzie, jak to mawiają Włosi, tutto rose e fiori

źródło: www.pbs.twimg.com

Na początku miesiąca w wieku 84 lat zmarł jeden z najwybitniejszych językoznawców włoskich, Tullio de Mauro. Jego wkład w lingwistykę jest niezaprzeczalny, również tę wykraczającą poza granice Italii. De Mauro był członkiem Accademia della Crusca, autorem tak ważnych dla języka włoskiego dzieł jak Grande dizionario italiano dell’uso czy Storia linguistica dell’Italia unita. Dzięki jego tłumaczeniu Cours de linguistique générale Ferdinanda de Saussura stał się powszechnie znany wśród włoskich kręgów humanistycznych. De Mauro był również osobą, która niezwykle sprawnie łączyła naukowe zaangażowanie z życiem codziennym, dzięki czemu wyniki jego badań mogły znajdować zastosowanie chociażby we współczesnym systemie edukacji. Przez rok pełnił również funkcję Ministra Edukacji, a za swoje zasługi został odznaczony w 2001 roku Orderem Gran Croce al Merito della Repubblica Italiana. Dla mnie zaś był on jedną z tych osób, która nauczyła mnie miłości do języka (nie tylko włoskiego), dzięki której poznałem potęgę każdego wypowiadanego słowa, dzięki której w końcu mogłem ukończyć z powodzeniem studia wyższe. Śmierć Tullio de Mauro to dla narodu włoskiego strata porównywalna do odejścia Umberta Eco.
Smutnych doniesień ciąg dalszy. W pierwszych dniach nowego roku na włoskich portalach społecznościowych rozpętała się prawdziwa burza wokół wypowiedzi przewodniczącego Parco Cinque Terre. Vittorio Alessandro po wizycie w niemieckim obozie zagłady Auschwitz napisał na swoim profilu na portalu Facebook: „Dobra, zagłada… ale przyniosła mnóstwo turystów.”. W odpowiedzi na ostrą krytykę Alessandro tłumaczył się, że nie miał zamiaru nikogo obrazić, a chciał jedynie zwrócić uwagę na problem masowej turystyki w miejscach kultu. Tłumaczenie to wydaje się o tyle dziwne, że jego post zawierał jedynie wspomniane wyżej zdanie, beż żadnych dodatkowych wyjaśnień. Pomimo licznych wniosków o dymisję przewodniczącego Parco Cinque Stelle, osoby zasiadające w radzie regionu Liguria nie biorą pod uwagę odwołania z funkcji Alessandro.
Poniekąd zahaczyliśmy już o politykę, pójdę więc dalej w tym kierunku. W lutym Parlament Europejski wybrał nowego przewodniczącego. Funkcję tę obejmie Antonio Tajani zasiadający we frakcji Europejskiej Partii Ludowej, we Włoszech należący natomiast do Forza Italia (do samego przewodniczącego tego ugrupowania, słynnego Ex-Cavaliere, jeszcze w dzisiejszym wpisie powrócę). Tajani urodził się w Rzymie, początkowo jego kariera nie miała nic wspólnego z polityką, był on bowiem dziennikarzem pracującym najpierw dla czasopisma Il Settimanale, a później prowadzącym program informacyjny w Radio 1 oraz zarządzającym gazetą Il Giornale. Od 1994 roku związał się z Silviem Berlusconim i od tego też roku pojawił się w Parlamencie Europejskim. Konkurentem Tajaniego do fotela przewodniczącego Parlamentu Europejskiego był inny Włoch, członek Partito Democratico i europejskiego Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów, Gianni Pitella.

źródło: www.blog.matteorenzi.it

Nie tak dawno rozpisywałem się o przegranym przez Mattea Renziego referendum w sprawie reformy konstytucyjnej oraz jego dymisji, a ten już wrócił do sfery publicznej w odnowionej formie. Idąc za przykładem swojego oponenta, przewodniczącego Movimento 5 Stelle, szef PD założył bloga. Strona ma stać się platformą, dzięki której były premier pozostanie w kontakcie ze swoimi zwolennikami. Sam Renzi inaugurował bloga słowami „Prędzej czy później, przyszłość powróci”. Większość obserwatorów komentuje jednak to nowe otwarcie z pewnym sceptycyzmem. Trudno będzie powtórzyć sukces bloga Beppe Grillo, który sam okrzyknął go już dawno temu jako „pierwszy magazyn wyłącznie on-line”, zaznaczając tym samym, że jest to platforma o określonej linii politycznej, a nie witryna służąca jedynie publikowaniu szerszemu gronu swoich przemyśleń.
Tak, drodzy Czytelnicy, tak, dochodzimy do jednego z głównych bohaterów dzisiejszej Pentoli. Silvio Berlusconi skończył 80 lat. Ex-Cavaliere po wielu zawirowaniach wydaje się wychodzić na prostą. Pomimo, że skandale nie opuszczają go ani na chwilę (pojawiły się kolejne oskarżenia w sprawie Ruby), Berlusconi kontynuuje swoją działalność polityczną. O byłym premierze zrobiło się głośniej tuż po przegranym przez PD referendum konstytucyjnym. Został on wtedy zaproszony do stołu negocjacyjnego przez prezydenta Mattarellę na równi z przewodniczącymi innymi stronnictw. Były właściciel Milanu wciąż odgrywa niemałą rolę we włoskiej polityce i ma za sobą potężny elektorat. Pomimo procesów sądowych, wielu polemik i krytyk, a także sędziwego wieku, wydaje się, że Berlusconi jest na fali wznoszącej i może jeszcze sporo namieszać w Palazzo Montecitorio.

źródło: www.ilasmagazine.com



Styczeń we Włoszech to na szczęście nie tylko smutne wieści i zawirowania polityczne. Poniżej przytaczam kilka ciekawych informacji, na które się natknąłem w mijającym miesiącu, a które nie wymagają szczegółowego komentarza:
Juve ma nowe logo! Drużyna z Turynu odeszła od historycznej tarczy w biało-czarne pasy. Zwolenników nowego logo jest nie mniej niż przeciwników. Nigdy nie sposób zadowolić wszystkich, ale trzeba przyznać, że zmiana jest znacząca i nieco… zaskakująca.
Włoski krajobraz to dla większości z nas łagodne wzgórza, pola skąpane w słońcu, stary dom z kamienia i wysokie ciemnozielone cyprysy. Pamiętajcie jednak, że zima w Bel Paese jest równie piękna! Przekonacie się o tym oglądając zdjęcia z Piemontu.
Dom we Włoszech za 1 euro? Temat powraca niczym bumerang, kolejne gminy decydują się na sprzedaż opuszczonych nieruchomości za symboliczną kwotę osobom, które zagwarantują, że w najbliższych latach podejmą się ich renowacji. Sprawdźcie gdzie we Włoszech możecie kupić dom za nieco ponad 4 złote.
Rzym w swojej historii już raz musiał stawić opór barbarzyńcom. W styczniu wandale najechali raz jeszcze stolicę Włoch niszcząc mury Koloseum. Na zewnętrznych ścianach areny czarnym sprayem namalowano obraźliwe hasła, sprawcy do dziś nie są znani służbom porządkowym.
Włoskie społeczeństwo na wszystkie możliwe sposoby próbuje zachęcić imigrantów do integracji. W jednej z zaniedbanych winnic w Ligurii do pomocy zaproszono przybyszów z Afryki. Ramię w ramię z Włochami uprawiają oni pod Genuą szczep bianchetta.

źródło: www.scramblerducatifoodfactory.it

Wina biologiczne, naturalne i wegańskie zdobywają coraz większe grono zwolenników. Nic dziwnego, że rynek wychodzi im naprzeciw. Nie dziwią też artykuły w prasie fachowej na ten temat. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak rozpoznać na półce wino wegańskie, rzućcie okiem tutaj.
Stało się! Marka Ducati otworzyła pierwszy lokal typu cibo&motori. Włoskiej marce udało się zgrabnie połączyć włoską miłość do designu i jedzenia. Restauracja Ducati Scrambler powstała nie gdzie indziej, jak w… Bolonii.
I na zakończenie, drodzy Czytelnicy, informacja szczególna. Przez najbliższy miesiąc na Italianizzato nie ukaże się prawdopodobnie żaden wpis… A to dlatego, że wyruszam na poszukiwanie materiałów do kolejnych artykułów. E dai che comincia ‘sta villeggiatura!

źródło: www.sinemahzen.com

czwartek, 19 stycznia 2017

Il conformista è uno che di solito sta sempre dalla parte giusta

O konformistach włoscy geniusze literatury


Istnieją słowa, które niezależnie od epoki i okoliczności nie wychodzą z użycia, a ich znaczenie w każdej sytuacji opisuje dane zjawisko w pełni. W świecie, w którym posługiwanie się żelazną niemal dotychczas opozycją prawica-lewica nie ma już większego sensu, istnieją wciąż terminy, które do otaczającej nas rzeczywistości politycznej pasują wręcz wzorcowo. Wśród słów tych jedno jest niczym kameleon. Dostosowuje się i zmienia formę, aby zawsze znaleźć się na wierzchu, aby zawsze móc wcisnąć się w usta tego czy innego publicysty bądź polityka. Znamienny jest tym bardziej fakt, że wyraz ten sam w sobie oznacza zachowanie godne pożałowania, które do zdolności wspomnianego gada można śmiało przyrównać.

Conformismo - tendenza a conformarsi, anche solo in apparenza, a dottrine, usi, opinioni prevalenti socialmente e politicamente. Il conformista tende infatti a fare proprie, in modo passivo, le dottrine politiche e religiose seguite dalla maggioranza dei componenti del gruppo cui appartiene. In senso più ampio, il conformista è visto come accezione negativa di chi si adatta facilmente alle opinioni o agli usi prevalenti, alla politica ufficiale, alle disposizioni e ai desideri di chi è al potere. [L'Enciclopedia on-line Treccani]
Konformizm [łac.] - 1. ujednolicenie danej grupy społecznej pod względem określonej normy zachowania; 2. konformizm normatywny w grupie umożliwia jej zachowanie spójności i przetrwanie; 3. konformizmem nazywa się również zmianę zachowania lub opinii jednostki zgodnie z naciskiem grupy; 4. u podłoża konformizmu leży potrzeba akceptacji ze strony innych ludzi oraz unikanie kary w postaci odrzucenia ze strony grupy; w sytuacjach niejasnych zachowanie innych osób stanowi także źródło informacji o właściwym zachowaniu; przeciwieństwem konformizmu jest nonkonformizm. [Encyklopedia PWN on-line]

            Idealna symetria znaczeniowa pomiędzy powyższymi terminami jest mi dziś bardzo na rękę. Trudno byłoby wszak opisywać po polsku koncept campanilismo, który  naszej kulturze jest raczej obcy. W przypadku konformizmu sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, bo wielu przecież politycznych (i nie tylko!) kameleonów wydał polski naród, a dzisiejsze czasy są niechlubną tego kontynuacją. Nie inaczej sprawy miały się i mają nadal w Bel Paese. Właśnie dlatego o conformismo chętnie pisali niegdyś, między innymi, wielcy włoscy literaci (jaka szkoda, że brakuje dziś podobnych głosów rozsądku…).
            Inspiracją do niniejszego wpisu stała się książka Alberta Moravii, Il Conformista (polski tytuł Konformista). Rok 1938, faszyzm przeżywa swój złoty okres. Popiersia Duce stoją w każdej państwowej placówce, a nie brakuje ich również w domach co bardziej gorliwych zwolenników reżimu. Duża część włoskiego społeczeństwa opowiada się za Mussolinim i jego wizją państwa, ale to nie ona stanowi większość. W przewadze są ci, którzy do faszyzmu podchodzą na chłodno, kalkulując niczym w rachunku zysku i strat. Rząd, jak każdy inny. Przyjdzie i na niego czas, na razie jednak warto okazać swoje umiarkowane poparcie, bo jest na fali wznoszącej. Podobnie myśli główny bohater powieści, Marcello Clerici.
            Życie Marcella jest naznaczone od najmłodszych lat poszukiwaniem normalności (i pomyśleć, że żyjemy dziś w epoce, w której każdy chce być indywidualistą, a ostatecznie większość kończy i tak w worku z etykietą masa). Bohater powieści Moravii od dzieciństwa porównuje siebie i swoje zachowania do innych. Chce być taki, jak inne dzieci, aby później przypominać pozostałych nastolatków. Wszedłszy w wiek dorosły życzy sobie być jak inni dorośli. Palić te same papierosy, mieć tak samo urządzone mieszkanie, w takiej samej kamienicy. Poślubić równie pospolitą, niewyróżniającą się kobietę, a później spłodzić z nią dzieci, te też jak najbardziej podobne do potomstwa sąsiadów. Wychowywać je tak samo, jak czyni to większość społeczeństwa, posłać do tych samych szkół (do których zawoziłby je takim samym autem jak inni). Krótko mówiąc, słowem klucz do życia pana Clericiego jest normalność.


            Nie inaczej sprawy mają się pod względem życia politycznego i religijnego u Marcella. Po krótkim bilansie wszystkich za i przeciw decyduje się wesprzeć reżim Mussoliniego (ale w pewnych granicach, nie chce przecież uchodzić za osobę wyróżniającą się z tłumu). Na podstawie tego samego rachunku zysków i strat bierze ślub kościelny, chociaż do katolicyzmu było mu równie daleko co do faszyzmu. Obsesyjne poszukiwanie normalności i konformistyczne podejście do życia prowadzi Clericiego w prostej linii do katastrofy. Jedna pomyłka prowadzi go do kolejnych, wmawia on sobie jednak przy tym, że tak powinien zrobić, bo w ten sposób czynią inni i dzięki temu będzie ich przypominał. Refleksja przychodzi pod koniec. Wojska włoskie znajdują się w odwrocie, przystąpienie do wojny tak hucznie ogłoszone przez Mussoliniego okazuje się błędem, faszyzm upada i w tej atmosferze Marcello zdaje sobie sprawę, że większość społeczeństwa tym razem się myliła. Przez jego głowę przechodzi myśl, którą równie dobrze można by zaaplikować do rzeczywistości otaczającej nas dzisiaj:

Całe nasze życie – pomyślał sarkastycznie, zdejmując z krzesła marynarkę i wkładając ją na siebie – jest na raty… ale te ostatnie są największe i nie spłacimy ich nigdy.

            Nie był Moravia jedynym włoskim intelektualistą, który dzięki celnym uwagom z powodzeniem krytykował postawę konformistyczną. O ile u wspomnianego pisarza negacja naśladowania innych objawiała się przede wszystkim na przykładzie faszyzmu, o tyle dalej poszedł włoski piosenkarz i kompozytor Giorgio Gaber, włączając w swoją krytykę większość współczesnych prądów politycznych.
            Jestem człowiekiem nowym – śpiewa Gaber – aż tak nowym, że porzuciłem faszyzm. Jestem czułym altruistą, jestem orientalistą, a ostatnio poczułem się nawet socjalistą. Mówię wam, naprawdę jestem człowiekiem nowym, jestem zwolennikiem zmian, antyrasistą, animalistą, feministą. Stałem się nawet federalistą, marksistą i pacyfistą. Konformista – kontynuuje piosenkarz – to ktoś, kto stoi zawsze po słusznej stronie. To ktoś, kto na podorędziu zawsze ma kilka trafnych odpowiedzi. Naśladuje innych i, żyjąc w swoistym raju, nie zwraca już na to uwagi. To wreszcie ktoś, kto zanurza się w morzu większości, kto płynie zgodnie z prądem rzeki, unosi się niejako na jej powierzchni. Żyje i to już mu wystarcza.





Książkę Konformista warto przeczytać wraz z wywiadem rzeką z autorem powieści zatytułowanym Życie Alberta Moravii (A. Elkann). Na podstawie powieści Moravii wielki włoski reżyser, Bernardo Bertolucci, nakręcił film o takim samym tytule, do obejrzenia którego oczywiście zachęcam, aby w pełni zrozumieć antykonformistyczny przekaż Alberta Pincherlego (prawdzie nazwisko autora książki).