____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka włoska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2017

Il conformista è uno che di solito sta sempre dalla parte giusta

O konformistach włoscy geniusze literatury


Istnieją słowa, które niezależnie od epoki i okoliczności nie wychodzą z użycia, a ich znaczenie w każdej sytuacji opisuje dane zjawisko w pełni. W świecie, w którym posługiwanie się żelazną niemal dotychczas opozycją prawica-lewica nie ma już większego sensu, istnieją wciąż terminy, które do otaczającej nas rzeczywistości politycznej pasują wręcz wzorcowo. Wśród słów tych jedno jest niczym kameleon. Dostosowuje się i zmienia formę, aby zawsze znaleźć się na wierzchu, aby zawsze móc wcisnąć się w usta tego czy innego publicysty bądź polityka. Znamienny jest tym bardziej fakt, że wyraz ten sam w sobie oznacza zachowanie godne pożałowania, które do zdolności wspomnianego gada można śmiało przyrównać.

Conformismo - tendenza a conformarsi, anche solo in apparenza, a dottrine, usi, opinioni prevalenti socialmente e politicamente. Il conformista tende infatti a fare proprie, in modo passivo, le dottrine politiche e religiose seguite dalla maggioranza dei componenti del gruppo cui appartiene. In senso più ampio, il conformista è visto come accezione negativa di chi si adatta facilmente alle opinioni o agli usi prevalenti, alla politica ufficiale, alle disposizioni e ai desideri di chi è al potere. [L'Enciclopedia on-line Treccani]
Konformizm [łac.] - 1. ujednolicenie danej grupy społecznej pod względem określonej normy zachowania; 2. konformizm normatywny w grupie umożliwia jej zachowanie spójności i przetrwanie; 3. konformizmem nazywa się również zmianę zachowania lub opinii jednostki zgodnie z naciskiem grupy; 4. u podłoża konformizmu leży potrzeba akceptacji ze strony innych ludzi oraz unikanie kary w postaci odrzucenia ze strony grupy; w sytuacjach niejasnych zachowanie innych osób stanowi także źródło informacji o właściwym zachowaniu; przeciwieństwem konformizmu jest nonkonformizm. [Encyklopedia PWN on-line]

            Idealna symetria znaczeniowa pomiędzy powyższymi terminami jest mi dziś bardzo na rękę. Trudno byłoby wszak opisywać po polsku koncept campanilismo, który  naszej kulturze jest raczej obcy. W przypadku konformizmu sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, bo wielu przecież politycznych (i nie tylko!) kameleonów wydał polski naród, a dzisiejsze czasy są niechlubną tego kontynuacją. Nie inaczej sprawy miały się i mają nadal w Bel Paese. Właśnie dlatego o conformismo chętnie pisali niegdyś, między innymi, wielcy włoscy literaci (jaka szkoda, że brakuje dziś podobnych głosów rozsądku…).
            Inspiracją do niniejszego wpisu stała się książka Alberta Moravii, Il Conformista (polski tytuł Konformista). Rok 1938, faszyzm przeżywa swój złoty okres. Popiersia Duce stoją w każdej państwowej placówce, a nie brakuje ich również w domach co bardziej gorliwych zwolenników reżimu. Duża część włoskiego społeczeństwa opowiada się za Mussolinim i jego wizją państwa, ale to nie ona stanowi większość. W przewadze są ci, którzy do faszyzmu podchodzą na chłodno, kalkulując niczym w rachunku zysku i strat. Rząd, jak każdy inny. Przyjdzie i na niego czas, na razie jednak warto okazać swoje umiarkowane poparcie, bo jest na fali wznoszącej. Podobnie myśli główny bohater powieści, Marcello Clerici.
            Życie Marcella jest naznaczone od najmłodszych lat poszukiwaniem normalności (i pomyśleć, że żyjemy dziś w epoce, w której każdy chce być indywidualistą, a ostatecznie większość kończy i tak w worku z etykietą masa). Bohater powieści Moravii od dzieciństwa porównuje siebie i swoje zachowania do innych. Chce być taki, jak inne dzieci, aby później przypominać pozostałych nastolatków. Wszedłszy w wiek dorosły życzy sobie być jak inni dorośli. Palić te same papierosy, mieć tak samo urządzone mieszkanie, w takiej samej kamienicy. Poślubić równie pospolitą, niewyróżniającą się kobietę, a później spłodzić z nią dzieci, te też jak najbardziej podobne do potomstwa sąsiadów. Wychowywać je tak samo, jak czyni to większość społeczeństwa, posłać do tych samych szkół (do których zawoziłby je takim samym autem jak inni). Krótko mówiąc, słowem klucz do życia pana Clericiego jest normalność.


            Nie inaczej sprawy mają się pod względem życia politycznego i religijnego u Marcella. Po krótkim bilansie wszystkich za i przeciw decyduje się wesprzeć reżim Mussoliniego (ale w pewnych granicach, nie chce przecież uchodzić za osobę wyróżniającą się z tłumu). Na podstawie tego samego rachunku zysków i strat bierze ślub kościelny, chociaż do katolicyzmu było mu równie daleko co do faszyzmu. Obsesyjne poszukiwanie normalności i konformistyczne podejście do życia prowadzi Clericiego w prostej linii do katastrofy. Jedna pomyłka prowadzi go do kolejnych, wmawia on sobie jednak przy tym, że tak powinien zrobić, bo w ten sposób czynią inni i dzięki temu będzie ich przypominał. Refleksja przychodzi pod koniec. Wojska włoskie znajdują się w odwrocie, przystąpienie do wojny tak hucznie ogłoszone przez Mussoliniego okazuje się błędem, faszyzm upada i w tej atmosferze Marcello zdaje sobie sprawę, że większość społeczeństwa tym razem się myliła. Przez jego głowę przechodzi myśl, którą równie dobrze można by zaaplikować do rzeczywistości otaczającej nas dzisiaj:

Całe nasze życie – pomyślał sarkastycznie, zdejmując z krzesła marynarkę i wkładając ją na siebie – jest na raty… ale te ostatnie są największe i nie spłacimy ich nigdy.

            Nie był Moravia jedynym włoskim intelektualistą, który dzięki celnym uwagom z powodzeniem krytykował postawę konformistyczną. O ile u wspomnianego pisarza negacja naśladowania innych objawiała się przede wszystkim na przykładzie faszyzmu, o tyle dalej poszedł włoski piosenkarz i kompozytor Giorgio Gaber, włączając w swoją krytykę większość współczesnych prądów politycznych.
            Jestem człowiekiem nowym – śpiewa Gaber – aż tak nowym, że porzuciłem faszyzm. Jestem czułym altruistą, jestem orientalistą, a ostatnio poczułem się nawet socjalistą. Mówię wam, naprawdę jestem człowiekiem nowym, jestem zwolennikiem zmian, antyrasistą, animalistą, feministą. Stałem się nawet federalistą, marksistą i pacyfistą. Konformista – kontynuuje piosenkarz – to ktoś, kto stoi zawsze po słusznej stronie. To ktoś, kto na podorędziu zawsze ma kilka trafnych odpowiedzi. Naśladuje innych i, żyjąc w swoistym raju, nie zwraca już na to uwagi. To wreszcie ktoś, kto zanurza się w morzu większości, kto płynie zgodnie z prądem rzeki, unosi się niejako na jej powierzchni. Żyje i to już mu wystarcza.





Książkę Konformista warto przeczytać wraz z wywiadem rzeką z autorem powieści zatytułowanym Życie Alberta Moravii (A. Elkann). Na podstawie powieści Moravii wielki włoski reżyser, Bernardo Bertolucci, nakręcił film o takim samym tytule, do obejrzenia którego oczywiście zachęcam, aby w pełni zrozumieć antykonformistyczny przekaż Alberta Pincherlego (prawdzie nazwisko autora książki). 

piątek, 15 kwietnia 2016

…zabiorę cię ze sobą//Niccolò Ammaniti

Problemy małego Moroniego


Chłopak z biednej rodziny. Miejscowy play-boy. Ruda i skromna nauczycielka. Arogancki i bezczelny prześladowca. Dziewczyna z dobrego domu. Katapulta. Rower. Brat pasterz. Ojciec alkoholik. Nieporadna matka…
Mógłbym wymieniać tak w nieskończoność. Książka, która ostatnio wpadła mi w ręce, i którą przeczytałem w kilka wieczorów z niesłychaną przyjemnością, zawiera w sobie to wszystko i jeszcze więcej. Elementy na pozór w żaden sposób ze sobą nie powiązane, postaci wydające się pochodzić z zupełnie innych bajek. A mimo to Ammaniti stworzył spójną historię opartą na kilku głównych wątkach, które w ostatecznym rozrachunku okazują się mieć ze sobą o wiele więcej wspólnego niż tylko zakończenie. Rzadko kiedy z zapartym tchem zdarza mi się czytać książkę opowiadającą o dziewięcioletnim chłopcu i jego perypetiach. Może dlatego, że w opowieść wplecione są problemy świata dorosłych. Mało tego, problemów tego typu w …zabiorę cię ze sobą pojawia się całe mnóstwo.
Głównego bohatera, Pietra Moroniego, poznajemy w momencie dla niego tragicznym. Chłopiec dowiaduje się, że nie został dopuszczony do kolejnej klasy, przez co jego marzenia o liceum i być może studiach zostają pogrzebane. Moment ten jednak jest jedynie przyczółkiem do snucia historii, która znajduje się u jego źródła. Nie początek i nie koniec są tu najważniejsze, liczy się to, co pomiędzy nimi.
Trudno pisać o tej książce tak, aby nie pozbawić (przyszłych) czytelników radości ze śledzenia przygód małego Pietra. Na kolejnych stronach poznajemy jego sytuację rodzinną, najbliższą przyjaciółkę, najgorszego wroga, nauczycieli i… No właśnie. W opowieść o, jakby nie było, dzieciach, wplecione są wątki dotyczące dorosłych i ich problemów. Pojawia się małomiasteczkowy żigolo, który podbija serce skromnej nauczycielki; pojawia się patologiczna rodzina, w której najbardziej dorosłym okazuje się najmłodszy; pojawiają się wreszcie piękne domy bogatych ludzi, którym w życiu się poszczęściło. Kolaż historii szczęśliwych i tragicznych (ze zdecydowaną przewagą tych drugich) stworzony przez autora porywa czytelnika bez reszty.
Dominujący w książce gorzko-tragiczny ton nie jest czynnikiem zniechęcającym, rzekłbym że jest wręcz przeciwnie. Początkowo skromna, napisana nieco wulgarnym językiem, historia wydaje się być banalna i nie zasługująca na szczególną uwagę. Sytuacja zmienia się z każdą kolejną przeczytaną stroną. Autor roztacza przed czytelnikiem świat pełen smutnej groteski, a jego interpretację zostawia czytelnikowi…


P. s. Swoją interpretację świata Ammanitiego stworzył również Vasco Rossi.


poniedziałek, 29 lutego 2016

Che cosa bolle in pentola… – luty 2016

Comiesięczny przegląd włoskich internetów


            Koniec miesiąca oznacza na Italianizzato kolejny wpis z serii Che cosa bolle in pentola… Niemal już tradycyjnie przedstawiam Wam subiektywny wybór włoskich doniesień prasowych z ostatnich trzydziestu (dwudziestu dziewięciu) dni. Bez zbędnego owijania w bawełnę przejdźmy do sedna.
            20 lutego o poranku znajdowałem się w księgarni w centrum Lecco. Już miałem wychodzić, gdy rzuciła mi się w oczy wystawka z książkami napisanymi przez Umberto Eco. W samym jej środku ustawiono czarno-białe zdjęcie piemonckiego pisarza z dwoma datami: 1932-2016. Zajęło mi dłuższą chwilę dotarcie do sedna tej informacji. W momencie, gdy zrozumiałem, że Eco zmarł, podszedł do mnie starszy Włoch, który najwidoczniej wyszedł na poranny spacer ze swoim psem. Widząc zakłopotanie, które rysowało się na mojej twarzy powiedział: „È morto poveretto, stanotte è morto”. Słowa odbiły się echem w mojej głowie…
            19 stycznia odszedł wielki autorytet, jeden z głosów rozsądku, w który wsłuchiwali się wszyscy Włosi. Nieoceniony semiolog, a szerzej językoznawca, niezrównany pisarz i dziennikarz. Pogrzeb odbył się 24 lutego w Mediolanie. Na ceremonii pożegnalnej, która miała zdecydowanie laiki charakter (Eco po początkowej fascynacją religią w latach młodości odszedł od Kościoła katolickiego w późniejszym okresie życia), pojawiły się tysiące osób chcących oddać po raz ostatni hołd pisarzowi.

źródło: lastampa.it

            Z przykrością donoszę o odejściu jeszcze jednej ważnej włoskiej postaci, Renata Bialettiego. 16 lutego odbył się pogrzeb człowieka, który zrewolucjonizował sposób picia kawy we Włoszech. Jego kawiarka podbiła najpierw rynek krajowy, a dziś można już stwierdzić, że zawojowała cały świat i stała się jednym z najważniejszych elementów w wystroju wielu kuchni. Prochy człowieka, który stał się pierwowzorem niepowtarzalnego „omino coi baffi”, zgodnie z wolą jego dzieci, złożono w wielkiej kawiarce. Pogrzeb odbył się w rodzinnej miejscowości Bialettiego, w Verbenie. Na ceremonii poza rodziną pojawili się przyjaciele oraz pracownicy jego firmy.
            O śmierci ojca Sassicai donosił natomiast na swoim blogu Luciano Ferraro. Giacomo Tachis uważany był za jednego z najwybitniejszych włoskich enologów. Pracę w winnicy zaczynał u innej legendy włoskiego winiarstwa, Piera Antinoriego. Chociaż urodził się w Piemoncie, to świat dowiedział się o nim dzięki niesamowitej toskańskiej Sassicai. Był jednym z tych, którzy w winie widzieli samą naturę i zdecydowanie krytykowali zaprzęganie chemii pod jakąkolwiek postacią do prac w winnicy i przy produkcji wina (o czym też świadczą jego bliskie stosunki z ruchem Slow Food). Tachis zmarł w wieku 82 lat, od dłuższego czasu był poważnie chory.

źródło: slowfood.it

            Przechodzimy do informacji nieco bardziej pozytywnych, a przynajmniej mniej negatywnych. Obraz mafii, który rysuje się w głowie laika zazwyczaj zawiera w sobie takie elementy jak Ojciec Chrzestny głaszczący kota, czarne rewolwery oraz eleganckie stroje. Prawda jest jednak zupełnie inna. O mało znanej poza granicami Włoch mafijnej działalności możecie przeczytać na portalu L’Espresso. Opublikowano tam niedawno artykuł opisujący handel mozzarellą oraz owocami przez organizację kryminalną. Jak możecie się przekonać podczas lektury, mafia to nie tylko ogromne pieniądze inwestowane w handel bronią, narkotykami czy nieruchomości. Równie ważną gałęzią mafijnej organizacji są między innymi rolnictwo czy turystyka.
Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Jakby w odpowiedzi na artykuł, o którym pisałem wyżej, na włoskich stronach pojawił się tekst pochodzący z 1992 roku, w którym dziennikarz gazety La Repubblica, Sandro Viola, wyrażał swoją krytykę na temat jednej z najważniejszych postaci zwalczających mafię we Włoszech, Giovanniego Falconego. Artykuł uchodził dotychczas jako niemożliwy do odnalezienia, jak jednak widać, w przyrodzie nic nie ginie.

źródło: writersguilditalia.it

Falcone to rzecz jasna jedna z ikon Sycylii. Inną postacią równie charakterystyczną dla tej wyspy, chociaż będącą jedynie owocem literackiej wyobraźni, jest komisarz Montalbano. Wymyślony przez Andreę Camilleriego bohater znany jest na całym Półwyspie Apenińskim, a jego przygody śledzą setki tysięcy fanów. Po ogromnym sukcesie serii książek, włoska telewizja publiczna wyprodukowała serial opierający się na kryminałach Camilleriego. Chciałbym podzielić się z Wami moim niedawnym odkryciem, pomimo, że nie jest ono de facto niczym nowym dla kogoś, kto śledzi wszystkie doniesienia dotyczące komisarza Montalbano. RAI wyprodukowało również serial Il Giovane Montalbano. Poszczególne odcinki dostępne są w całości tutaj.
Jeśli już mowa o kinematografii – kolejny włoski reżyser zatriumfował podczas festiwalu w Berlinie. Gianfranco Rosi otrzymał statuetkę za swój ostatni film dokumentalny opowiadający o imigrantach, którzy od lat docierają na włoską wyspę Lampedusę. Meryl Streep okrzyknęła ten film godnym Oscara. Przy tej okazji polecam Wam również zapoznać się z poprzednią produkcją wyreżyserowaną przez Rosiego: „Sacro G.R.A.”. Film opowiada o życiu ludzi mieszkających wokół obwodnicy Rzymu (Grande Raccordo Anulare).

źródlo: hano.it

Pomimo, że plotki i ploteczki ze świata gwiazd mało mnie interesują (tak w Polsce, jak we Włoszech), nie mogę przemilczeć faktu, że w lutym odbył się po raz kolejny festiwal w San Remo. 66. edycja wzbudziła jak zwykle wiele komentarzy, z których zdecydowana większość nie dotyczyła wcale wykonywanych utworów, a raczej ubioru gwiazd i ich zachowań. Na tym poprzestanę, a kto zainteresowany, może sam przeczytać.
Na koniec dwie krótkie informacje. Jedna dla tych, którzy posiadają przypadkiem 1€ (słownie: jeden euro) na zbyciu i chcieliby kupić dom we Włoszech. Druga dla tych, którzy mają nieco więcej w portfelu, a chcieliby spróbować wina produkowanego przez Stinga, które jednocześnie jest jednym z najlepszych 100 win włoskich minionego roku.


piątek, 12 lutego 2016

Vieni a ballare in Puglia, Puglia, Puglia...

Caparezza

źródło: filrouge.it

Rzadko kiedy z moich głośników płynie hip-hop lub rap. Nie jest mi po drodze z takimi gatunkami muzycznymi i jakoś nie mogę się do nich przekonać. Czasem jednak pojawia się na horyzoncie artysta lub zespół, który sprawia, że warstwa muzyczna i estetyczna schodzi na drugi plan, na pierwszy natomiast wysuwa się przekaz. Do takich twórców należy Caparezza.
Pochodzący z Apulii Michele Salvemini, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Caparezzy, nie wstydzi się swoich korzeni i dumnie je pokazuje w swojej twórczości. Wystarczy spojrzeć na jego pseudonim artystyczny – Caparezza to słowo dialektalne, które po włosku brzmi testa riccia, czyli „kręcona głowa” (spójrzcie na fryzurę Capy, aby się przekonać skąd taki pseudonim). Mało tego, jednym z jego najbardziej znanych utworów jest ten, w którym zaprasza do Apuli (Vieni a ballare in Puglia). Artysta nie stroni przy tym od krytycznych uwag i surowych wyroków, jest świadomy wad i problemów, z którymi zmaga się jego rodzinny region.
Caparezza to przedstawiciel gatunku na wymarciu, jest on jednym z niewielu współczesnych artystów włoskich, którzy trzeźwym okiem patrzą na otaczającą ich rzeczywistość i bez zawahania wyrażają niepochlebne opinie nie bojąc się przy tym konsekwencji. Odrzucają powtarzalne schematy i proste teksty. Caparezza to niewątpliwie artysta zaangażowany, który zręcznie łączy niebanalny przekaz z wpadającą w ucho melodią i łatwym do zapamiętania refrenem. Dzięki takiemu połączeniu treść jego utworów dociera do setek tysięcy (nie tylko) Włochów.
W twórczości Salveminiego znajdujemy odniesienia zarówno do aktualnej polityki krajowej (mało kto otwarcie śpiewał Legalize the premier za czasów Berlusconiego), jak i tej światowej (Avrai ragione tu). Nie brakuje utworów skupiających się na twórczości artystycznej (Il secondo secondo me, China Town) czy problemach dotykających włoskie społeczeństwo (Non me lo posso permettere, Eroe).
Na wstępie pisałem o „schodzeniu warstwy estetycznej i muzycznej na drugi plan”. Warto wspomnieć, że u Caparezzy ważną rolę odgrywają wszystkie komponenty, i tak przekaz nie jest „dopieszczany” kosztem muzyki czy estetyki teledysków. Aby się o tym przekonać zapraszam do przesłuchania play listy stworzonej specjalnie na potrzeby tego artykułu, chociaż zaznaczam, że Caparezza to muzyczna studnia bez dnia i warto sięgnąć po całe albumy artysty.




środa, 13 stycznia 2016

Io non mi sento italiano...

...po polsku


Panie Prezydencie, proszę o wybaczenie, to nie moja wina,
ale nie mam pojęcia czym jest ta nasza ojczyzna.
Być może się mylę, to byłaby piękna myśl,
ale boję się, że stała się brzydką poezją…


Nie, wbrew pozorom nie mam zamiaru pisać listu otwartego do Prezydenta RP. Nie mam też zamiaru ganić go lub wychwalać. Podążając za stoickimi ideałami, wolę wstrzymać się od komentowania poczynań politycznych którejkolwiek ze stron. Słowa przytoczone we wstępie zostały wypowiedziane przez pewnego Mediolańczyka w innym okresie, w innym kraju i w innym kontekście. Jak sami jednak widzicie, wydają się one być nader uniwersalne i aktualne nawet dziś.


Poziom debaty publicznej w ostatnich latach w naszym kraju został sprowadzony do poziomu retoryki rynsztokowej. W jazgot politycznych karierowiczów idealnie wpasowali się przedstawiciele mediów. Nie mam zamiaru opowiadać się po którejkolwiek ze stron, bowiem manipulacje, kłamstwa i wypowiedzi godne pożałowania padają tak z ust przedstawicieli prawicy, jak i lewicy. Nie zdziwię się, gdy coraz więcej Polaków zacznie cytować inne słowa wybitnego Mediolańczyka:

Ja nie czuję się Włochem (Polakiem)
i na szczęście lub niestety wiem o tym...

Jedne „elity” odchodzą, inne wygodnie rozsiadają się w ich fotelach (chociaż nie wiem czy słowo „elity” jest tutaj uzasadnione, obrady sejmu nie dostarczają ku temu przesłanek). Nie ma żadnego znaczenia, czy należysz do władzy ustępującej, czy wstępującej – liczy się to, czy umiesz dostosować się do nowych realiów. Zmień barwy, zmień poglądy, zmień sumienie i moralność, idź za słowami:

Jestem nowym człowiekiem,
tak nowym, że już od dawna nie jestem nawet faszystą,
jestem czułym altruistą, orientalistą…

I te słowa zostały wypowiedziane kilkadziesiąt lat temu przez pewnego mieszkańca Mediolanu. Ich autorem jest człowiek, który pomimo, że z polityką nie miał nic wspólnego, orientował się w jej realiach lepiej niż nie jeden politolog. Człowiek, w którym obywatelska troska przejawiała się w tym, co potrafił najlepiej – w twórczości artystycznej. Człowiek, który dostrzegał hipokryzję rządzących jak nikt inny i jak nikt inny opisywał ją za pomocą tych słów:

Konformista, to człowiek, który zazwyczaj stoi po dobrej stronie…
Konformista trenuje w morzu większości…
Konformista żyje i już to mu wystarcza…



Mediolańczykiem, który pokusił się o tak dobitne podsumowanie rządzących był Giorgio Gaber. Artysta bliski sercom wszystkich Włochów. Artysta świadomy swojej roli nie tylko na scenie, ale także (jeśli nie przede wszystkim) w społeczeństwie. Twórca, który nie bał się ostrych słów, który nie wahał się wytykać błędów władzy i społeczeństwa. W końcu człowiek, który podał najkrótszą i chyba najbardziej trafną definicję wolności:

Wolność to uczestnictwo.




czwartek, 31 grudnia 2015

Che cosa bolle in pentola… – grudzień 2015

Comiesięczny przegląd włoskich internetów


Święta, święta i po świętach. Wybaczcie ten nieco tendencyjny wstęp, ale piszę dzisiejszą Pentolę dojadając ostatnie pierogi z kapustą i grzybami, a następnie popijając z wolna gorący barszcz... Czas biegnie nieubłaganie, nawet się nie obejrzymy, a na Italianizzato ukaże się kolejna, styczniowa, edycja niniejszej rubryki. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do początku grudnia.
W pierwszym tygodniu miesiąca kulturalną rubrykę internetowego serwisu La Stampa przejął Lorenzo Jovanotti. Piosenkarz przez jeden dzień nadzorował pracę wspomnianego działu oraz odpowiadał na pytania fanów. Dwudziestu szczęśliwców, wybranych spośród internautów, którzy zgłosili swoje pytania, miało okazję spotkać się z Jova w siedzibie gazety na specjalnej konferencji. Jovanotti opowiadał między innymi o swoim najnowszym albumie. Pojawiło się również pytanie od nauczyciela: „Jaką piosenkę polecasz, aby zachęcić dzieci z V klasy podstawówki do refleksji?”. Jak widać, artysta znajduje słuchaczy w różnych grupach społecznych, a mylą się ci, którzy sądzą, że jest to piosenkarz trafiający jedynie do młodzieży.


Miałem nadzieję nie nadużywać w dzisiejszej Pentoli świątecznej tematyki, ale jak się przekonacie, jest to niemożliwe. Piętnaście lat temu, właśnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia, zmarł Giacomo Bologna, ojciec założyciel jednej z najbardziej rozpoznawalnych winnic Piemontu. Człowiek, który nadał nowy smak, nowy sens i nowy charakter szczepowi Barbera. Wspomnienia córki wielkiego Bologni opisał Luciano Ferraro na swoim blogu DiVini. Pozostaje mi jedynie odesłać do recenzji La Monelli, którą opublikowałem na Italianizzato jakiś czas temu, oraz zacytować słowa następczyni założyciela winnicy Braida:

Tak narodziła się La Monella – buntownicza i żywa Barbera. Mój ojciec kochał Jazz i twierdził, że w winie znajduje się muzyka. Otwierał butelkę i zbliżał ucho do kieliszka. Myślałam, że jest szalony. Miał rację, każda butelka zawiera w sobie inne dźwięki.

            Z tematyki enologicznej płynnie przechodzimy do tej gastronomicznej. Portal Food 24 opublikował w pierwszych tygodniach grudnia ciekawy artykuł o occie balsamicznym z Modeny. Poszukiwacze dobrych smaków mogli przeczytać o sposobie produkcji, regulacjach prawnych oraz o tym… gdzie można nauczyć się jak degustować ocet balsamiczny i czego potrzeba, aby móc produkować go w domu.

źródło: winefoodfestivalemiliaromagna.com

            Zostańmy jeszcze na chwilę w Emilii-Romanii. Parma, po Bolonii jedno z najważniejszych miast regionu, zostało docenione przez UNESCO i otrzymało tytuł „miasta kreatywności gastronomicznej”. Powiedzmy sobie szczerze, tego typu odznaczenie dla Parmy to tylko formalność. Jakby dla podsumowania tego, co napisałem powyżej, Emilia-Romania została uznana w grudniu przez Lonely Planet za „włoski raj gastronomiczny”.
            Gdybyście natomiast szukali najlepszego Panettone we Włoszech, musicie udać się do Bazylikaty. Wcześniej jednak udajcie się na stronę Gambero Rosso, gdzie została opublikowana lista najlepszych producentów tego świątecznego ciasta. Jeśli chcielibyście zmierzyć się z mistrzami włoskiego cukiernictwa i udowodnić (sobie i im), że jesteście równie dobrzy w tym fachu, skorzystajcie z przepisu na Panettone, który prezentowałem na Italianizzato.

źródło: roma.repubblica.it

            Wybaczcie, że dzisiejszy wpis w dużej mierze opiera się na różnego rodzaju zestawieniach, ale chyba już taki urok ostatniego miesiąca w roku. Ósmego grudnia Bazylika Św. Piotra w Rzymie stała się Arką Noego. Na fasadzie świątyni wyświetlano zdjęcia autorstwa fotografów z całego świata. Obrazy przedstawiały ludzi, zwierzęta i rośliny, a pokaz został zorganizowany w hołdzie papieżowi-ekologowi.
            Wbrew pozorom, Polska i Włochy mają ze sobą sporo wspólnego. Włoskie media doniosły w grudniu o najnowszym projekcie ich rządu, karcie dużej rodziny. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Włoska karta przeznaczona będzie dla rodzin z co najmniej trzema dziećmi niepełnoletnimi. Zniżki obejmą między innymi transport publiczny, kulturę, opiekę medyczną i inne usługi.

źródło: i.ytimg.com

            Polska myśl techniczna dotarła na Sycylię. W grudniu realną formę przybrał kontrakt zawarty między władzami wyspy, a polską firmą produkującą pociągi. Cztery tabory Vulcano będą jeździły na tak zwanej trasie Circumetnea (jak łatwo się domyślić okalającej sycylijski wulkan), której historia sięga 1889r., a zatem początków kolei parowej na wyspie.
Skoro już mowa o Etnie. W grudniu wulkan znów dał o sobie znać. Erupcja była widoczna z kilkudziesięciu kilometrów, a pył wulkaniczny dotarł do Kalabrii i innych południowych regionów Włoch. Na szczęście nie odnotowano większych szkód (poza niemałym zamieszaniem w ruchu lotniczym).

źródło: tgcom24.mediaset.it

Na zakończenie wróćmy jeszcze na moment do świątecznych klimatów. Zastanawialiście się kiedyś jak wygląda Boże Narodzenie w rodzinach mafijnych? Mnie również nigdy nie przyszło to do głowy. Gdyby jednak naszły Was takie przemyślenia, możecie sięgnąć po artykuł opublikowany przez portal l’Espresso.
Tym akcentem kończę dzisiejszą Pentolę, a Wam drodzy Czytelnicy, życzę felice anno nuovo!


piątek, 25 grudnia 2015

De André a Natale

Testament De André

źródło: ilpost.it

Daleki jestem od publikowania wpisów, które w dużej mierze opierają się na zdjęciach, cytatach, filmach lub tekstach innych osób. Tym razem jednak zrobię wyjątek. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałbym Wam zaprezentować tłumaczenie utworu, który już od dobrych kilku lat towarzyszy mi zawsze w ostatnich dniach grudnia.
Zdaję sobie sprawę, że zadanie, którego się podjąłem jest karkołomne, bowiem jakakolwiek próba tłumaczenia dzieła stworzonego przez wielkiego artystę może zostać porównana do spaceru po cienkim lodzie. Jestem w pełni świadom niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą każde tłumaczenie dzieła literackiego (bo w tym wypadku zdecydowanie mówić należy o sztuce pisarskiej, a nie o prostym utworze, który powstał z myślą o zarobku). Jedno słowo, jeden przecinek lub jego brak, jedna literka – liczy się wszystko, wszystko ma znaczenie…
Nie zgłębiając się jednak w zagadnienia natury czysto translatorskiej, przejdę do sedna. Testamento di Tito (Tito – jeden ze złoczyńców, który zawisł na krzyżu obok Jezusa) to jeden z najbardziej znanych, a zarazem jeden z najgłębszych tekstów napisanych przez Fabrizio de André. Dziesięć przykazań Bożych zinterpretowanych przez tego wybitnego Genuińczyka to coś, obok czego nie da się przejść obojętnie. De André porusza serca i umysły, uderzając w samo sedno każdego z dziesięciu nakazów-zakazów. Oddam teraz głos samemu mistrzowi, prosząc Was przy tym o wyrozumiałość w kwestii oceny jakości tłumaczenia. Aby czas, w którym się właśnie znajdujemy, nie minął niepostrzeżenie w natłoku obowiązków, przyziemnych przyjemności i innych ludzkich spraw. Zachęcam do lektury, przesłuchania utworu oraz refleksji.



Często dawało mi do myślenia Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną,
Różni ludzie, którzy przybyli ze wschodu, mówili, że w głębi był taki sam,
Wierzyli w innego od Ciebie, ale nie uczynili mi nic złego,
Wierzyli w innego od Ciebie, ale nie uczynili mi nic złego.

Nie wzywaj imienia Pana Boga nadaremno.
Z nożem wbitym w bok wykrzyczałem swoją winę i Jego imię.
Może był zmęczony, może zbyt zajęty i nie usłyszał mojego bólu,
Może był zmęczony, może zbyt daleko, naprawdę wezwałem go nadaremno.

Szanuj ojca, szanuj matkę i szanuj także ich rózgę,
Całuj rękę, która złamała ci nos, bo prosiłeś o kęs.
Gdy mojemu ojcu zatrzymało się serce, nie czułem bólu,
Gdy mojemu ojcu zatrzymało się serce, nie czułem bólu.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił, to łatwe dla nas złodziei,
Wchodzić do świątyń pełnych ciał sług i ich panów,
Przywiązanych do ołtarzy, z gardłami poderżniętymi niczym zwierzęta,
Przywiązanych do ołtarzy, z gardłami poderżniętymi niczym zwierzęta.

Piąte mówi nie kradnij i być może tego przestrzegałem,
Gdy po cichu opróżniałem pełne kieszenie tych, którzy wcześniej ukradli.
Ale ja bezprawnie łupiłem w moim imieniu, oni w imię Boga,
Ale ja bezprawnie łupiłem w moim imieniu, oni w imię Boga.

Nie czyń tego, co nieczyste, to znaczy nie trwoń nasienia...
Zapładniaj kobietę zawsze, gdy ją kochasz – tak staniesz się wiernym człowiekiem,
Później chęć zniknie i dziecko pozostanie, wiele z nich zabije głód.
Być może pomieszałem przyjemność z miłością, ale nie uczyniłem bólu.

Siódme mówi nie zabijaj, jeśli chcesz być godzien nieba.
Spójrzcie dziś na to boskie prawo, trzy razy przybite do drewna.
Spójrzcie jak kończy ten Nazareńczyk, umiera niczym złodziej!
Spójrzcie jak kończy ten Nazareńczyk, umiera niczym złodziej!

Nie mów fałszywego świadectwa i pomóż im zabić człowieka...
Wszyscy znają na pamięć to boskie prawo, ale zapominają o przebaczeniu,
Fałszywie świadczyłem na Boga i na mój honor, nie czuję z tego powodu bólu,
Fałszywie świadczyłem na Boga i na moje imię, nie czuję z tego powodu bólu.

Nie pożądaj rzeczy bliźniego swego, nie pożądaj jego żony
Powiedzcie to tamtym, zapytajcie o to tych, którzy mają kobietę i cokolwiek…
W łóżkach już pełnych miłości nie doznałem bólu.
Wczorajsza zawiść się nie skończyła, dziś wieczór zazdroszczę wam życia.

Ale teraz, gdy nadchodzi wieczór i zmrok, zdejmuje mi ból z oczu,
Słońce zachodzi w dali za wydmami, aby zranić inne noce,
Obserwując tego umierającego człowieka, matko, czuję ból,
W litości, która nie czuje żalu, matko, nauczyłem się miłości.


poniedziałek, 9 listopada 2015

Adoro fare il baccano…

…czyli o hałasie Gianny Nannini.

źródło: media.cinquequotidiano.it

Gdy mówimy o włoskiej muzyce, na myśl przychodzą takie szlagiery jak „Felicità”, „Acapulco”, czy „Volare” (nawet jeśli nie jest to oficjalny tytuł piosenki, bo brzmi on „Nel blu dipinto di blu”). Młodsi czytelnicy mogą nie znać wymienionych utworów, ale szybko nadrobią zaległości i dorzucą Erosa Ramazzottiego, Andreę Bocellego i Laurę Pausini.
A co, jeśli Wam powiem, że we włoskiej muzyce jest jeszcze sporo do odkrycia i warto wyjść poza schematy? Mało tego, powiem Wam również, że włoska scena muzyczna wydała na świat jedną z najbardziej barwnych gwiazd rocka kiedykolwiek. Trudno uwierzyć? Cóż… o Giannie Nannini w Polsce mówi się mało, a szkoda, bo zrobiła ona niemałą karierę w Italii (i na świecie), i co najważniejsze: jest jednym z ostatnich przedstawicieli „starego, dobrego rocka”.
Bohaterka dzisiejszego wpisu to toscana D.O.C., co często jest podkreślane przez nią samą. Gianna Nannini urodziła się w Sienie już ponad sześćdziesiąt lat temu. Do roli jednej z najbardziej rozpoznawanych gwiazd włoskiego rocka przygotowywała się od najmłodszych lat pobierając nauki gry na instrumentach i śpiewu. Jej kariera to przykład niezwykłego zaangażowania i dużej świadomości społecznej, połączonych z niebywałą chęcią osiągnięcia zamierzonych celów. Już od pierwszego albumu widać, jak dużą uwagę poświęca ona sprawom kobiet na świecie, a kolejne wydawnictwa jedynie rozszerzają i potwierdzają aspiracje piosenkarki. Nannini szybko wypracowuje swój charakterystyczny styl, który towarzyszyć jej będzie przez wszystkie lata kariery. W swoich tekstach nie boi się podejmować trudnych tematów, śpiewa o miłości i nienawiści, ale śpiewa też o problemach dzisiejszych społeczeństw.

źródło: love-food-wine.blogspot.com

Włoski show biznes w dzisiejszej odsłonie nie faworyzuje takich artystów, jak Gianna Nannini. Preferuje się piosenkarzy kontrowersyjnych w złym tego słowa znaczeniu. Nie liczy się zaangażowanie społeczne, na nic przemyślane teksty i racjonalne działania krytykujące negatywne zjawiska. Liczą się przyziemne skandale, proste teksty i jeszcze prostszy przekaz (a najlepiej jego brak), które są w stanie szybko zapaść w ucho. Jak zatem wytłumaczyć to, że Nannini wciąż jest obecna (i to jeszcze jak!) na scenie, jej rzesza fanów nadal się powiększa, a ona sama wydaje się być z każdym rokiem coraz młodsza?
Na przekór wszystkim i wszystkiemu Nannini w 2014 roku wydała album składający się w całości z wykonywanych przez nią coverów. Na płycie znalazło się siedemnaście utworów najważniejszych włoskich piosenkarzy ostatnich dekad ubiegłego stulecia. Gianna zaadoptowała między innymi piosenki Fabrizia de André, Francesca Gucciniego, Lucia Battistiego czy Domenica Modugno (i zataczamy krąg, bowiem mowa o wspomnianym na wstępie „Nel blu dipinto di blu”), przedstawiając je w nieco rockowej, charakterystycznej dla niej, odsłonie. Kończę moje przemyślenia, prezentując dwie play listy. Jedna z nich do mój subiektywny wybór największych hitów piosenkarki. Druga natomiast zbiera wszystkie utwory z albumu Hitalia. Buon ascolto!






czwartek, 23 lipca 2015

Piosenka o słońcu, Lucio Battisti

O jednej z najjaśniejszych gwiazd włoskiej sceny muzycznej

źródło: www.radioeco.it

Było listopadowe popołudnie. Wspólnie ze znajomymi przechadzałem się po niewielkim miasteczku Orta, które znajduje się tuż nad jeziorem o takiej samej nazwie. Ciasne uliczki, długie cienie rzucane przez budynki, pierwsze chłodniejsze powiewy zimowego powietrza, które jednak nie przeszywały do cna, a tylko na chwilę wywoływały gęsią skórkę. Ostatnie promienie słońca jakby chciały jeszcze na chwilę zatrzymać wspomnienie lata i nagle… e le tue corse, l’eco dei tuoi no. O no, mi stai facendo paura…
Słowa piosenki nie były tylko echem w moich uszach, a rzeczywiście rozchodziły się w krętej uliczce. Dźwięki dochodziły z jednego z klimatycznych barów, jakich tu wiele. Nie znałem tytułu, nie znałem autora, znałem jedynie tekst… o mare nero, mare nero, Mare ne… tu eri chiaro e trasparente come me…
Nie mogąc sobie przypomnieć skąd znam tę piosenkę i dlaczego jej słowa tak głęboko zapadły mi w pamięć, cofnąłem się o kilka metrów i wszedłem do baru, skąd dobiegał charakterystyczny głos piosenkarza. Przy barze (a właściwie opierając się o niego) stała pani w średnim wieku, pucowała kieliszek i nuciła pod nosem.... più allegro tutto sembra. E d’improvviso quel silenzio fra noi…
Bez chwili zastanowienia przerwałem jej i zapytałem prosto z mostu pominąwszy jakiekolwiek przywitanie: „Czy wie pani kto to śpiewa?”. Po chwili ciszy padła odpowiedź: „Nie.”. „A czy wie pani chociaż jak nazywa się ta piosenka?”. „Nie”. Zachciało mi się śmiać, bowiem oprócz mnie, była to już druga osoba, która nie znała ani autora, ani tytułu tej piosenki, ale tekst na pamięć już jak najbardziej.
Później o sprawie piosenki zapomniałem. Dopiero po kilku miesiącach usłyszałem ją po raz kolejny, tym razem w radio jadąc autem gdzieś przez Piemont. Prowadzący audycję był tak miły, że podał i tytuł, i autora utworu: Lucio Battisti, La canzone del sole. Wielki Lucio, którego głosu przecież pomylić się nie da z żadnym innymi. Wielki Lucio, którego piosenki są przesycone uczuciami i emocjami, jak żadne inne! Do teraz zachodzę w głowę, jak to możliwe, że nie rozpoznałem Piosenki o słońcu tamtego dnia nad Lago d’Orta…
Co by nie zepsuć klimatycznego wstępu, po prostu oddam głos bohaterowi dzisiejszego wpisu – zapraszam do zapoznania się z twórczością Lucia Battistiego i wyborem jego największych przebojów (wśród których oczywiście La canzone del sole).