____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2017

Duomo di Milano || Basilica di Sant’Ambrogio

Bez porównania



Jeszcze zanim wyszedłem ze stacji metra zauważyłem, że na zewnątrz pada rzęsisty deszcz. Woda strumykami ściekała po schodach coraz to niżej w moją stronę. Wchodząc po kolejnych stopniach towarzyszyło mi to samo uczucie co zawsze. Do uszu dochodził gwar ludzi znajdujących się na placu. Celowo nie podnosiłem głowy ku górze, szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Będąc w połowie schodów spojrzałem przed siebie. W tym samym momencie hałas dobiegający z góry jakby zniknął gdzieś na dalszym planie. Znów serce zaczęło mi bić szybciej i znów zachodziłem w głowę jak to możliwe, że coś tak ogromnego mogło powstać jedynie dzięki pracy rąk ludzkich…

***

Przed niepozorną ścianą z czerwonej cegły nie było prawie nikogo. Kilkoro zbłąkanych turystów, dwóch czy trzech lokalnych mieszkańców i na tym koniec. Za rogiem znikali właśnie ostatni pielgrzymi, którzy większą grupą, około dziesięciu osób, zwiedzali wnętrze budowli. Wszyscy mieli w dłoniach drewniane laski, a przy plecakach przytroczone muszle św. Jakuba. Gdy ich kroki przestały dochodzić do moich uszu, ocknąłem się z zamyślenia i ruszyłem w stronę ściany, w której były jedynie dwa równe wejścia. Z nieba zaczęła padać lekka mżawka. Powietrze stało w bezruchu, a cisza spowodowana brakiem kogokolwiek wokół jedynie potęgowała mój niepokój. Wybierałem się w to miejsce już tyle razy i dopiero teraz dane mi było tu dotrzeć.

***

            Jak tylko znalazłem się na placu otoczyło mnie kilkoro ciemnoskórych sprzedawców, na których włosi mówią nieco pogardliwie vucumprà (od włoskiego Vuoi comprare?, które w ustach mieszkańców Czarnego Kontynentu staje się mało wyraźnie i przypomina wspomniany neologizm). Jeden z nich próbował zawiązać mi na nadgarstku tandetną bransoletkę ze sznurków, inny wciskał w dłoń garść kukurydzy i zachęcał do karmienia latających wokół chmar gołębi. Nauczony doświadczeniem stanowczo podziękowałem wszystkim, nie powstrzymałem się jednak od komentarza w języku ojczystym, na co sprzedawcy gromko krzyknęli: Polska! Kocham cię, dzień dobry. Tanio, kupić. Wyrwałem się z ich coraz ciaśniejszego uścisku. Powoli podchodziłem bliżej fasady katedry. Na placu znajdowały się setki turystów i Mediolańczyków. Wśród tych pierwszych przeważali Azjaci z najnowszymi modelami komórek pstrykający sobie selfie z Duomo. Byli też oczywiście tacy z aparatami, których obiektywy mierzyły dobre pół metra. Zawsze zastanawia mnie czy rzeczywiście są oni aż tak zaawansowani pod względem fotografii, czy po prostu podążają owczym pędem za najnowszymi trendami.
            Wróciłem myślami do rzeczywistości, gdy niechcący potrąciłem jakiegoś mężczyznę. Był dość wysoki jak na Włocha, ale co do jego pochodzenia nie miałem wątpliwości: Mediolańczyk z krwi i kości. Perfekcyjnie ułożone włosy nie świeciły się od padającego deszczu, a od nałożonego na nie żelu. Piękny grafitowy garnitur był skrojony wręcz wzorowo i leżał idealnie na właścicielu. Do tego uprasowana koszula, pod szyją nie mucha, nie krawat, a fular. Pomimo panującej pogody, w jego butach można było się przeglądać. Bela ‘sta Madunina, to jedyne słowa, które zapamiętałem z krótkiej wymiany zdań z owym osobnikiem. Nie czuł się ani przez chwilę urażony tym, że go potrąciłem. Skierowałem swoje kroki ku jednemu z głównych wejść.



            Po przejściu za ścianę z czerwonej cegły znalazłem się w prostokątnym przedsionku bazyliki, który w czasie pierwszych chrześcijan służył katechumenom, czyli osobom przygotowującym się do chrztu. Zgodnie z ówczesnym obrządkiem osoby nieochrzczone nie mogły brać udziału w mszy w pełni, w tym znajdować się wewnątrz świątyni. Przedsionek to tylko jeden z wielu elementów zaczerpniętych z pierwotnie stojącego tu kościoła. Podczas budowy aktualnej Bazyliki św. Ambrożego wzorowano się w dużej mierze na planie poprzedniej świątyni.
Dwupoziomowa fasada wykonana jest, podobnie jak reszta budowli, w przeważającej części z czerwonej cegły, materiału tak bardzo typowego dla stylu romańskiego w Lombardii. Białe wstawki, chociaż użyte w niewielkiej ilości, skutecznie odciążają fasadę i nadają jej charakterystycznej regularności. Nigdzie indziej niespotykane archetti pensili wykańczające szczyt skośnej fasady oraz wieńczące arkady okalające przedsionek są jedynym wyraźnym zdobieniem, jakie rzuca się tu w oczy. Bazylika przykuwa wzrok mimo to. Jej idealnie dobrane proporcje bazujące na prostych figurach geometrycznych wprowadzają poczucie spokoju. I taki też panował tu, gdy kierowałem się ku wejściu do wnętrza kościoła. W międzyczasie mżawka przerodziła się w regularny deszcz, ostatni turyści zniknęli z pola widzenia.

***

            Nie byłem wewnątrz Duomo od kiedy wprowadzono opłaty za wejście. Nie, ani razu nie przyszło mi do głowy, aby poskąpić dwóch euro na renowację świątyni. Zawsze jednak przerażała mnie kilkudziesięciometrowa kolejka turystów czekających aż wojskowi stojący w wejściu łaskawie zajrzą im do torebek i plecaków, po czym ktoś spojrzy na bilet uprawniający do wejścia.
            I tym razem darowałem sobie kilkugodzinne oczekiwanie, a w słuszności mojej decyzji utwierdził mnie coraz mocniej padający deszcz. Z perspektywy Galerii Vittorio Emanuele II przyglądałem się bogato zdobionej fasadzie i bocznej ścianie el Domm de Milaan. Najważniejszy kościół w Mediolanie. Nigdy nie zgadzałem się w pełni z tym stwierdzeniem. Największy, fakt. Najbardziej znany, prawda. Ale czy najważniejszy? Nawet jeśli dzisiejsi mieszkańcy stolicy Lombardii uważają statuę Mariae Nascenti wieńczącą świątynię za swoją patronkę, trudno mi się pogodzić z opinią, że to właśnie ten kościół jest najważniejszy. Czy o Mediolańczykach nie mówi się często Ambrosiani? Czy synonimem milanese w języku włoskim nie jest ambrosiano?

***

            Jak tylko przekroczyłem próg bazyliki do moich nozdrzy doszedł charakterystyczny zapach starego kościoła. Minęło kilka chwil zanim wzrok przystosował się do panującego tu półmroku. Świątynia wewnątrz nie zachwyciła mnie już tak bardzo, jak jej zewnętrzna część. Bezwiednie ruszyłem w stronę ołtarza. To za nim, w absydzie, znajduje się jeden z największych skarbów.
            Tuż przy ołtarzu za ramię chwycił mnie starszy Włoch. Najwidoczniej zrozumiał, że mówię w jego języku, bo czytałem informację turystyczną o dziwo napisaną tylko w jednym języku. Quest’altare è tutto d’oro. Ten ołtarz jest cały ze złota, zagadnął. Krótka wymiana zdań nie dotyczyła jednak bogato zdobionego ołtarza znajdującego się przed nami. Sempre quando ho tempo, faccio una passeggiata qua. Przychodzę tu na spacer zawsze, gdy mam czas. Słuchając jego opowieści o św. Ambrożym, historii budowy samej bazyliki i najnowszych dziejów świątyni pomyślałem, że ów miły starszy Włoch musi mieć dużo wolnego czasu i robić wspomniane spacery nader często. Na pożegnanie życzył mi szczęścia (przynajmniej tyle zrozumiałem z kilku zdań w dialetto milanese) i wskazał drogę do krypty znajdującej się pod głównym ołtarzem. Ciasne wnętrze w kształcie półkola służyło wybranym do modlitwy przed samym patronem bazyliki. Znajduje się tu bowiem ciało św. Ambrożego, obok którego spoczywają dwaj męczennicy – Gerwazy i Protazy.



            Ponad 108 metrów wysokości, ponad 158 metrów długości i ponad 93 metry szerokości. Setki skrupulatnie rzeźbionych w marmurze wzorów i kolejne setki wykonanych z tego samego materiału figur. Tysiące detali niewidocznych z miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Całość robi ogromne wrażenie i jednocześnie przytłacza. Zawsze, gdy stoję przed Duomo di Milano, przychodzi mi na myśl Wieża Eiffla z Paryża. Nie da się przejść obok niej obojętnie. Jedni odwracają obcesowo od niej wzrok, uważając, że jest to najbrzydsza konstrukcja w mieście, inni hołubią jej i nie wyobrażają sobie stolicy Francji bez niej. Podobnie jest z katedrą w Mediolanie. Jej bryła znana jest niemalże każdemu. Nawet osoby, które nigdy w życiu nie były w stolicy Lombardii, rozpoznają jej największą (ale nie najważniejszą!) świątynię bez zawahania. Nic dziwnego, zaraz po Bazylice św. Piotra w Rzymie i Katedrze Najświętszej Marii Panny w Sewilli, jest to trzeci największy kościół na świecie. Moloch powstały po to, aby onieśmielać rywali, aby pokazać jak potężni są władcy Mediolanu. Budowana przez ponad pół wieku świątynia połączyła tysiące żywotów. Klamrą spinającą początek i koniec budowy stały się dwie postaci o ambicjach dalece wykraczających poza ludzkie pojęcie, Gian Galeazzo Visconti i Napoleon Bonaparte. Pierwszy z nich w 1386r. rozpoczął budowę największej świątyni ówczesnego świata, drugi nakazał jej dokończenie w 1805r., miał bowiem w głowie już plan na jej zaangażowanie w przyszłym (niedoszłym) koronowaniu króla Włoch zjednoczonych po francuską egidą… Chwała historii za to, że el Domm de Milaan nie przyczynił się do planów cesarza zza Alp!


sobota, 30 stycznia 2016

Che cosa bolle in pentola… – styczeń 2016

Comiesięczny przegląd włoskich internetów


Pierwszy miesiąc nowego roku już prawie za nami. Skupmy się zatem na krótkim podsumowaniu mijających tygodni. O czym donosiły włoskie media? Jakie wydarzenia przyciągały uwagę mieszkańców Bel Paese? Przekonacie się o tym czytając rubrykę Che cosa bolle in pentola…!
            Problem smogu w kontekście Polski to przede wszystkim problem Krakowa. Lekarstw na ten problem może i jest dużo, ale trudno znaleźć lekarza prowadzącego, który wziąłby na siebie odpowiedzialność za jakąkolwiek drastyczną kurację. Tak więc Kraków nadal boryka się z gęstą atmosferą i czuwa spokojnie spowity oparami spalin… Pocieszającym wydaje się być fakt, że nie tylko stolica Małopolski musi stawić czoła smogowi. Również Mediolan i Rzym, a także inne większe włoskie miasta musiały zmagać się z zanieczyszczeniami powietrza w styczniu. Choć problem w kontekście tych miast nie jest nowy, to skutecznych rozwiązań wciąż brak. Falę krytyk i pochwał wywołał pomysł władz stolicy Lombardii – na trzy dni całkowicie wstrzymano ruch samochodowy w mieście. Jest to na pewno jakieś rozwiązanie, ale chyba nie zadziała ono na dłuższą metę. Włoskie prawo przewiduje, że każde miasto w kwestii walki ze smogiem może podejmować działania według własnego uznania i powagi sytuacji. Niektóre włoskie metropolie wprowadzają tzw. targhe alternate – w dni parzyste na ulice mogą wyjeżdżać auta z rejestracjami, które kończą się parzyście, w dni nieparzyste – pojazdy z rejestracjami nieparzystymi. Inni poszli za przykładem Turynu, gdzie oferuje się darmowy (lub po prostu zniżki) transport publiczny dla posiadaczy aut. A smog jak wisiał, tak dalej wisi…

źródło: images2.corriereobjects.it

            Rozwiać (dosłownie i w przenośni) problem dużych włoskich miast mógłby wiatr, który ostatnio nawiedził Apeniny. Podmuchy wiatru dochodziły do 238 km/h (!). Straż pożarna musiała interweniować jeszcze na kilka dni po przejściu nawałnicy, służby przez kilka dób naprawiały zerwane sieci elektryczne, bowiem bez prądu pozostało mnóstwo większych i mniejszych miejscowości na obszarze dotkniętym przez huragan.
Na brak wiatru z pewnością nie mogą narzekać osoby, które nadzorują ostatni etap produkcji wina musującego z winnicy Cave Mont Blanc. Proces ten bowiem odbywa się na wysokości 2200m n. p. m., na zboczu Mont Blanc, czyli najwyższej góry Europy. Druga fermentacja, mająca na celu „zamusowanie” wina, zachodzi w butelkach. Według ekspertów i pomysłodawców ciśnienie i temperatura, które panują na tej wysokości, odpowiadają za bardziej wyrafinowane i delikatne musowanie. Prawda? Czy może chwyt marketingowy? Istnieje chyba tylko jeden sposób, aby się przekonać…
            Ciekawe co o tym pomyśle powiedziałby „Król Barbaresco”, Angelo Gaja? Na to pytanie odpowiedź jeszcze się nie pojawiła. Ostatnimi czasy ukazał się za to całkiem pokaźny wywiad z jednym z najważniejszych włoskich producentów wina. Gaja opowiada między innymi o swoich winnicach, o wyrównywaniu rachunków z Toskanią oraz o tym, dlaczego nie zacznie robić Franciacorty.

źródło: wein.germana.de

            Skoro już na dobre wszedłem w tematykę winiarską, czuję się w obowiązku przytoczyć informację o niezwykłej rocznicy. Chianti Classico kończy w tym roku… 300 lat! Z okazji urodzin konsorcjum zrzeszającego producentów Chianti, w majowym Giro d’Italia dziewiąty etap zostanie zadedykowany właśnie tej apelacji. Portal Il Sole 24 Ore opublikował artykuł opisujący najnowsze dzieje dotyczące słynnego włoskiego Czarnego Koguta, a znajdziecie go tutaj. W celu uczczenia rocznicy proponuję wznieść toast kieliszkiem Chianti Classico Riserva di Fizzano.

źródło: rometour20.net

            Jeśli chcielibyście uczcić 300-lecie Chianti Classico nieco bardziej, proponuję sięgnąć do karnawałowego przepisu na ciambelle di patate. Jeśli nie znacie włoskiego, nie obawiajcie się, podobny przepis znajdziecie na Italianizzato.
Oskary, Oskary i po Oskarach… tak zapewne mógłbym zacząć Pentolę za miesiąc. Nie nagrody są wszakże najważniejsze, a ludzie, którzy je otrzymują. Bo to ludzie są w stanie tworzyć zapierające dech w piersiach kreacje. Do takich twórców z pewnością zalicza się Giuseppe Tornatore. Na portalu Repubblica opublikowano wywiad ze słynnym włoskim reżyserem. Tornatore trzeźwym okiem ocenia otaczającą nas rzeczywistość i w nawiązaniu do swojego ostatniego filmu zauważa: „Technologia jest cudowna, ale to my czynimy ją przeklętą”.
 Na zakończenie pozwolę sobie wspomnieć o spotkaniu premiera Włoch z trzema wybitnymi reżyserami. Tutaj możecie posłuchać co mówili Benigni, Tornatore oraz Sorrentino po spotkaniu z Renzim.

źródło: ilgiornale.it



środa, 13 stycznia 2016

Io non mi sento italiano...

...po polsku


Panie Prezydencie, proszę o wybaczenie, to nie moja wina,
ale nie mam pojęcia czym jest ta nasza ojczyzna.
Być może się mylę, to byłaby piękna myśl,
ale boję się, że stała się brzydką poezją…


Nie, wbrew pozorom nie mam zamiaru pisać listu otwartego do Prezydenta RP. Nie mam też zamiaru ganić go lub wychwalać. Podążając za stoickimi ideałami, wolę wstrzymać się od komentowania poczynań politycznych którejkolwiek ze stron. Słowa przytoczone we wstępie zostały wypowiedziane przez pewnego Mediolańczyka w innym okresie, w innym kraju i w innym kontekście. Jak sami jednak widzicie, wydają się one być nader uniwersalne i aktualne nawet dziś.


Poziom debaty publicznej w ostatnich latach w naszym kraju został sprowadzony do poziomu retoryki rynsztokowej. W jazgot politycznych karierowiczów idealnie wpasowali się przedstawiciele mediów. Nie mam zamiaru opowiadać się po którejkolwiek ze stron, bowiem manipulacje, kłamstwa i wypowiedzi godne pożałowania padają tak z ust przedstawicieli prawicy, jak i lewicy. Nie zdziwię się, gdy coraz więcej Polaków zacznie cytować inne słowa wybitnego Mediolańczyka:

Ja nie czuję się Włochem (Polakiem)
i na szczęście lub niestety wiem o tym...

Jedne „elity” odchodzą, inne wygodnie rozsiadają się w ich fotelach (chociaż nie wiem czy słowo „elity” jest tutaj uzasadnione, obrady sejmu nie dostarczają ku temu przesłanek). Nie ma żadnego znaczenia, czy należysz do władzy ustępującej, czy wstępującej – liczy się to, czy umiesz dostosować się do nowych realiów. Zmień barwy, zmień poglądy, zmień sumienie i moralność, idź za słowami:

Jestem nowym człowiekiem,
tak nowym, że już od dawna nie jestem nawet faszystą,
jestem czułym altruistą, orientalistą…

I te słowa zostały wypowiedziane kilkadziesiąt lat temu przez pewnego mieszkańca Mediolanu. Ich autorem jest człowiek, który pomimo, że z polityką nie miał nic wspólnego, orientował się w jej realiach lepiej niż nie jeden politolog. Człowiek, w którym obywatelska troska przejawiała się w tym, co potrafił najlepiej – w twórczości artystycznej. Człowiek, który dostrzegał hipokryzję rządzących jak nikt inny i jak nikt inny opisywał ją za pomocą tych słów:

Konformista, to człowiek, który zazwyczaj stoi po dobrej stronie…
Konformista trenuje w morzu większości…
Konformista żyje i już to mu wystarcza…



Mediolańczykiem, który pokusił się o tak dobitne podsumowanie rządzących był Giorgio Gaber. Artysta bliski sercom wszystkich Włochów. Artysta świadomy swojej roli nie tylko na scenie, ale także (jeśli nie przede wszystkim) w społeczeństwie. Twórca, który nie bał się ostrych słów, który nie wahał się wytykać błędów władzy i społeczeństwa. W końcu człowiek, który podał najkrótszą i chyba najbardziej trafną definicję wolności:

Wolność to uczestnictwo.




niedziela, 20 grudnia 2015

Panettone, czyli smak włoskich świąt

Przepis na świąteczną babkę z Mediolanu


Czego powiedzieć o mieszkańcach północnych Włoch nie można, to zdecydowanie tego, że mają oni dużo wolnego czasu i cierpliwości. Zabiegani Lombardczycy, dla których każda minuta jest na wagę złota czasami jednak są w stanie zwolnić, wrzucić na niższe obroty lub po prostu odpocząć. Takim czasem z pewnością są Święta Bożego Narodzenia, a już na pewno wspólne spotkania przy stole.
Pomimo, że mieszkańcy Lombardii (z Mediolańczykami na czele) są ludźmi pracy, których codzienność składa się z szybkiego śniadania, szybkiego obiadu i jeszcze szybszej kolacji, to jeśli mowa o Natale, sprawa ma się zupełnie inaczej. Wspomnieć tu również należy o tym, że pod względem kulinarnym Lombardczycy nie różnią się zbytnio od reszty Włochów – uwielbiają jeść, a jeszcze bardziej o jedzeniu rozmawiać i potrafią spędzić na tych dwóch czynnościach bardzo dużo czasu (jeśli go akurat mają).
Przykładem lombardzkiego kulinarnego lenistwa (i cierpliwości zarazem) jest z pewnością panettone, lub jak mówią mieszkańcy Mediolanu, panettün. Jest to nic innego, jak drożdżowa babka, którą tradycyjnie przygotowuje się w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Początkowo przysmak ten pojawiał się jedynie na stołach Mediolańczyków, z czasem jednak zyskał fanów w całych Włoszech, a w ostatnich latach zachwycają się nim Europejczycy i mieszkańcy innych kontynentów.
Powstaniu przepisu na panettone towarzyszą dwie legendy. Jedna z nich mówi o człowieku, który zatrudnił się w piekarni, ponieważ spodobała mu się córka właściciela owego zakładu. Chcąc podnieść zyski piekarza i zaimponować mu tym samym, wymyślił nowe ciasto, które zaczęto sprzedawać w czasie Świąt Bożego Narodzenia.
Druga z najbardziej prawdopodobnych legend mówi natomiast o kucharzu Ludwika Sforzy (znanego również jako Ludovico il Moro lub… Ermellino, czyli gronostaj. Jeśli przyszło Wam na myśl skojarzenie z obrazem Da Vinciego, który znajduje się w Krakowie, to wiedzcie, nie jesteście w błędzie, ale stanowi to temat na odrębny wpis). Wspomniany kucharz miał przygotować kolację świąteczną dla swojego pana, ale w spiżarni pozostało niewiele. Z pomocą nadszedł pomywacz, który korzystając z resztek przygotował pierwsze na świecie panettone. Która z tych dwóch legend jest tą prawdziwą, zdecydować nie sposób. Być może każda z nich kryje w sobie ziarnko prawdy, my jednak pozostawmy ten dylemat, a przejdźmy do samego przepisu.

Składniki I:
·         100g mąki pszennej
·         2g suszonych drożdży
·         1 łyżeczka miodu
·         60ml mleka

Składniki II:
·         200g mąki pszennej
·         2g suszonych drożdży
·         60g cukru
·         2 jajka
·         60g masła

Składniki III:
·         200g mąki pszennej
·         Skórka starta z 1 cytryny
·         100g rodzynek
·         40g skórki pomarańczowej
·         40g kandyzowanego cedru
·         2 całe jajka i 3 żółtka
·         100g cukru (połowę można zamienić na miód)
·         100g masła
·         Laska wanilii

Przygotowanie prawdziwego panettone wymaga od kucharza dużo cierpliwości, bowiem trwa ono trzy dni. Dlatego też podzieliłem składniki na trzy części, aby było wiadomo, jakie składniki będą nam potrzebne każdego dnia.
Zaczynamy od przygotowania tego, na co Włosi mówią biga, a co jest dość trudne do przetłumaczenia na język polski. Jest to zaczątek ciasta z dodanymi drożdżami, który w następnych krokach będzie powodował rośnięcie naszego panettün. Mąkę, letnie mleko, miód oraz suszone drożdże dokładnie mieszamy w dość dużej misce i odstawiamy w ciepłe miejsce na mniej-więcej 2 godziny. Po tym czasie ciasto powinno podwoić swoją objętość. Umieszczamy je w lodówce na całą noc.
Następnego dnia wyjmujemy ciasto z lodówki i zostawiamy na 1-2 godziny, aby nabrało temperatury pokojowej. Dodajemy następnie do niego kolejną porcję mąki, miękkie masło, cukier, jajka i jeszcze odrobinę drożdży. Mieszamy dokładnie, a następnie postępujemy tak samo, jak dnia poprzedniego – zostawiamy ciasto na 2 godziny w ciepłym miejscu, aby po tym czasie umieścić je w lodówce.
Ostatniego dnia wyjmujemy ciasto, doprowadzamy do temperatury otoczenia i dodajemy pozostałe składniki. Całość należy bardzo dobrze wymieszać i odstawić do wyrośnięcia do momentu, gdy ciasto podwoi swoją objętość (może to trwać nawet do trzech godzin). Następnie formę z wysokimi brzegami (może być tortownica) wykładamy papierem i przekładamy do niej ciasto. Znów czekamy… Gdy ciasto zaczyna „wychodzić” z formy, to znak, że możemy przystąpić do pieczenia panettone.
Wkładamy formę do piekarnika nagrzanego do 160-170 ͦ C (grzanie góra i dół) wraz z filiżanką wody, która parując sprawi, że ciasto się nie zeschnie. Po około 30-40 minutach zwiększamy temperaturę do 180 ͦ C i pieczemy przez kolejne 20 minut. Po tym czasie góra panettone powinna być ciemno brązowa, a ciasto w środku puszyste i miękkie. Gdy wyjęte z piekarnika panettone wystygnie, zdejmujemy obręcz okalającą ciasto i możemy je pokroić. Buon, dolce, Natale!