____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 czerwca 2017

Byliśmy tacy zakochani… || C’eravamo tanto amati

Obraz społeczeństwa w oczach Bruna Vespy


            Republika Włoska jako taka narodziła się zaledwie nieco ponad 150 lat temu. Nadal spotykam się z zaskoczeniem i niedowierzaniem, kiedy przypominam o tym tu i ówdzie. Te wszystkie piękne wąskie uliczki, ta niesamowita kuchnia oparta (wydawać by się mogło) na wielowiekowych tradycjach, ta kultura i ten klimat. To wszystko powstało jedynie półtorej wieku temu? Nic bardziej mylnego. Republika Włoska, napisałem, narodziła się nieco ponad 150 lat temu. Włosi, natomiast, i ich cały dorobek kulturowy są o wiele starsi niż większość innych europejskich nacji. Na temat historii Imperium Rzymskiego, średniowiecznych państw-miast czy w końcu Zjednoczenia Włoch powiedziano już jednak wiele. Niedawno ukazała się za to książka autorstwa znanego włoskiego dziennikarza, Bruna Vespy, w której próbuje on przybliżyć zmiany społeczne ostatnich 150 lat, czyli czasu, kiedy Republika Włoska zaistniała formalnie.

            Są takie momenty i wydarzenia w historii najnowszej Włoch, o których nie sposób nie mieć pojęcia interesując się tym krajem. Duce i jego fasci di combattimento, boom economico lat ’60, następujące po nich lata ’70-’80 najczęściej określane jako Anni di piombo za sprawą licznych zamachów aż po końcówkę XX wieku z Maxiprocesso na czele – o wszystkim tym napisano już dziesiątki książek i nakręcono równie wiele filmów dokumentalnych. Aby jednak poznać prawdziwą codzienność ówczesnych Włochów, należy sięgnąć do prac badawczych. Chcąc dowiedzieć się czym żyli dwudziestolatkowie epoki Mussoliniego, do jakich kobiet wzdychali mężczyźni w czasie boomu ekonomicznego, a czego nie znosiły robić normalne włoszki w latach ’80, trzeba by niemało się natrudzić, aby dotrzeć do wiarygodnego źródła. CZYTAJ WIĘCEJ...


sobota, 27 maja 2017

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica św. Jakuba

Dziennik z wyprawy po Sandomierskim Szlaku Winiarskim



           Przemierzaliśmy Sandomierszczyznę na rowerach od kilku dni. Wciąż jednak nie dotarliśmy do głównego celu naszej wyprawy, miasta od którego tereny te brały swoją nazwę. Odwiedzaliśmy kolejne winnice poznając ich właścicieli, oglądając uprawy winorośli i degustując wina produkowane na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Przed nami pozostawał jednak bardzo ważny punkt programu. Punkt, bez którego wszystkich pozostałych być może dziś nawet by nie było. Przez te kilka dni na dwóch kółkach nikt z nas nie miał czasu, aby zadać sobie pytanie o początki winiarstwa w okolicach Sandomierza. Kto i dlaczego właściwie rozpoczął uprawę winorośli w tym zakątku Polski? Jaki wpływ miała ona na kolejne pokolenia tutejszych mieszkańców i czy rzeczywiście można dziś mówić o wielowiekowej tradycji? Na wszystkie te pytania odpowiedzi znaleźliśmy goszcząc w Winnicy św. Jakuba należącej do Dominikanów. Idźmy (jedźmy) jednak po kolei… CZYTAJ WIĘCEJ...

niedziela, 12 marca 2017

Duomo di Milano || Basilica di Sant’Ambrogio

Bez porównania



Jeszcze zanim wyszedłem ze stacji metra zauważyłem, że na zewnątrz pada rzęsisty deszcz. Woda strumykami ściekała po schodach coraz to niżej w moją stronę. Wchodząc po kolejnych stopniach towarzyszyło mi to samo uczucie co zawsze. Do uszu dochodził gwar ludzi znajdujących się na placu. Celowo nie podnosiłem głowy ku górze, szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Będąc w połowie schodów spojrzałem przed siebie. W tym samym momencie hałas dobiegający z góry jakby zniknął gdzieś na dalszym planie. Znów serce zaczęło mi bić szybciej i znów zachodziłem w głowę jak to możliwe, że coś tak ogromnego mogło powstać jedynie dzięki pracy rąk ludzkich…

***

Przed niepozorną ścianą z czerwonej cegły nie było prawie nikogo. Kilkoro zbłąkanych turystów, dwóch czy trzech lokalnych mieszkańców i na tym koniec. Za rogiem znikali właśnie ostatni pielgrzymi, którzy większą grupą, około dziesięciu osób, zwiedzali wnętrze budowli. Wszyscy mieli w dłoniach drewniane laski, a przy plecakach przytroczone muszle św. Jakuba. Gdy ich kroki przestały dochodzić do moich uszu, ocknąłem się z zamyślenia i ruszyłem w stronę ściany, w której były jedynie dwa równe wejścia. Z nieba zaczęła padać lekka mżawka. Powietrze stało w bezruchu, a cisza spowodowana brakiem kogokolwiek wokół jedynie potęgowała mój niepokój. Wybierałem się w to miejsce już tyle razy i dopiero teraz dane mi było tu dotrzeć.

***

            Jak tylko znalazłem się na placu otoczyło mnie kilkoro ciemnoskórych sprzedawców, na których włosi mówią nieco pogardliwie vucumprà (od włoskiego Vuoi comprare?, które w ustach mieszkańców Czarnego Kontynentu staje się mało wyraźnie i przypomina wspomniany neologizm). Jeden z nich próbował zawiązać mi na nadgarstku tandetną bransoletkę ze sznurków, inny wciskał w dłoń garść kukurydzy i zachęcał do karmienia latających wokół chmar gołębi. Nauczony doświadczeniem stanowczo podziękowałem wszystkim, nie powstrzymałem się jednak od komentarza w języku ojczystym, na co sprzedawcy gromko krzyknęli: Polska! Kocham cię, dzień dobry. Tanio, kupić. Wyrwałem się z ich coraz ciaśniejszego uścisku. Powoli podchodziłem bliżej fasady katedry. Na placu znajdowały się setki turystów i Mediolańczyków. Wśród tych pierwszych przeważali Azjaci z najnowszymi modelami komórek pstrykający sobie selfie z Duomo. Byli też oczywiście tacy z aparatami, których obiektywy mierzyły dobre pół metra. Zawsze zastanawia mnie czy rzeczywiście są oni aż tak zaawansowani pod względem fotografii, czy po prostu podążają owczym pędem za najnowszymi trendami.
            Wróciłem myślami do rzeczywistości, gdy niechcący potrąciłem jakiegoś mężczyznę. Był dość wysoki jak na Włocha, ale co do jego pochodzenia nie miałem wątpliwości: Mediolańczyk z krwi i kości. Perfekcyjnie ułożone włosy nie świeciły się od padającego deszczu, a od nałożonego na nie żelu. Piękny grafitowy garnitur był skrojony wręcz wzorowo i leżał idealnie na właścicielu. Do tego uprasowana koszula, pod szyją nie mucha, nie krawat, a fular. Pomimo panującej pogody, w jego butach można było się przeglądać. Bela ‘sta Madunina, to jedyne słowa, które zapamiętałem z krótkiej wymiany zdań z owym osobnikiem. Nie czuł się ani przez chwilę urażony tym, że go potrąciłem. Skierowałem swoje kroki ku jednemu z głównych wejść.



            Po przejściu za ścianę z czerwonej cegły znalazłem się w prostokątnym przedsionku bazyliki, który w czasie pierwszych chrześcijan służył katechumenom, czyli osobom przygotowującym się do chrztu. Zgodnie z ówczesnym obrządkiem osoby nieochrzczone nie mogły brać udziału w mszy w pełni, w tym znajdować się wewnątrz świątyni. Przedsionek to tylko jeden z wielu elementów zaczerpniętych z pierwotnie stojącego tu kościoła. Podczas budowy aktualnej Bazyliki św. Ambrożego wzorowano się w dużej mierze na planie poprzedniej świątyni.
Dwupoziomowa fasada wykonana jest, podobnie jak reszta budowli, w przeważającej części z czerwonej cegły, materiału tak bardzo typowego dla stylu romańskiego w Lombardii. Białe wstawki, chociaż użyte w niewielkiej ilości, skutecznie odciążają fasadę i nadają jej charakterystycznej regularności. Nigdzie indziej niespotykane archetti pensili wykańczające szczyt skośnej fasady oraz wieńczące arkady okalające przedsionek są jedynym wyraźnym zdobieniem, jakie rzuca się tu w oczy. Bazylika przykuwa wzrok mimo to. Jej idealnie dobrane proporcje bazujące na prostych figurach geometrycznych wprowadzają poczucie spokoju. I taki też panował tu, gdy kierowałem się ku wejściu do wnętrza kościoła. W międzyczasie mżawka przerodziła się w regularny deszcz, ostatni turyści zniknęli z pola widzenia.

***

            Nie byłem wewnątrz Duomo od kiedy wprowadzono opłaty za wejście. Nie, ani razu nie przyszło mi do głowy, aby poskąpić dwóch euro na renowację świątyni. Zawsze jednak przerażała mnie kilkudziesięciometrowa kolejka turystów czekających aż wojskowi stojący w wejściu łaskawie zajrzą im do torebek i plecaków, po czym ktoś spojrzy na bilet uprawniający do wejścia.
            I tym razem darowałem sobie kilkugodzinne oczekiwanie, a w słuszności mojej decyzji utwierdził mnie coraz mocniej padający deszcz. Z perspektywy Galerii Vittorio Emanuele II przyglądałem się bogato zdobionej fasadzie i bocznej ścianie el Domm de Milaan. Najważniejszy kościół w Mediolanie. Nigdy nie zgadzałem się w pełni z tym stwierdzeniem. Największy, fakt. Najbardziej znany, prawda. Ale czy najważniejszy? Nawet jeśli dzisiejsi mieszkańcy stolicy Lombardii uważają statuę Mariae Nascenti wieńczącą świątynię za swoją patronkę, trudno mi się pogodzić z opinią, że to właśnie ten kościół jest najważniejszy. Czy o Mediolańczykach nie mówi się często Ambrosiani? Czy synonimem milanese w języku włoskim nie jest ambrosiano?

***

            Jak tylko przekroczyłem próg bazyliki do moich nozdrzy doszedł charakterystyczny zapach starego kościoła. Minęło kilka chwil zanim wzrok przystosował się do panującego tu półmroku. Świątynia wewnątrz nie zachwyciła mnie już tak bardzo, jak jej zewnętrzna część. Bezwiednie ruszyłem w stronę ołtarza. To za nim, w absydzie, znajduje się jeden z największych skarbów.
            Tuż przy ołtarzu za ramię chwycił mnie starszy Włoch. Najwidoczniej zrozumiał, że mówię w jego języku, bo czytałem informację turystyczną o dziwo napisaną tylko w jednym języku. Quest’altare è tutto d’oro. Ten ołtarz jest cały ze złota, zagadnął. Krótka wymiana zdań nie dotyczyła jednak bogato zdobionego ołtarza znajdującego się przed nami. Sempre quando ho tempo, faccio una passeggiata qua. Przychodzę tu na spacer zawsze, gdy mam czas. Słuchając jego opowieści o św. Ambrożym, historii budowy samej bazyliki i najnowszych dziejów świątyni pomyślałem, że ów miły starszy Włoch musi mieć dużo wolnego czasu i robić wspomniane spacery nader często. Na pożegnanie życzył mi szczęścia (przynajmniej tyle zrozumiałem z kilku zdań w dialetto milanese) i wskazał drogę do krypty znajdującej się pod głównym ołtarzem. Ciasne wnętrze w kształcie półkola służyło wybranym do modlitwy przed samym patronem bazyliki. Znajduje się tu bowiem ciało św. Ambrożego, obok którego spoczywają dwaj męczennicy – Gerwazy i Protazy.



            Ponad 108 metrów wysokości, ponad 158 metrów długości i ponad 93 metry szerokości. Setki skrupulatnie rzeźbionych w marmurze wzorów i kolejne setki wykonanych z tego samego materiału figur. Tysiące detali niewidocznych z miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Całość robi ogromne wrażenie i jednocześnie przytłacza. Zawsze, gdy stoję przed Duomo di Milano, przychodzi mi na myśl Wieża Eiffla z Paryża. Nie da się przejść obok niej obojętnie. Jedni odwracają obcesowo od niej wzrok, uważając, że jest to najbrzydsza konstrukcja w mieście, inni hołubią jej i nie wyobrażają sobie stolicy Francji bez niej. Podobnie jest z katedrą w Mediolanie. Jej bryła znana jest niemalże każdemu. Nawet osoby, które nigdy w życiu nie były w stolicy Lombardii, rozpoznają jej największą (ale nie najważniejszą!) świątynię bez zawahania. Nic dziwnego, zaraz po Bazylice św. Piotra w Rzymie i Katedrze Najświętszej Marii Panny w Sewilli, jest to trzeci największy kościół na świecie. Moloch powstały po to, aby onieśmielać rywali, aby pokazać jak potężni są władcy Mediolanu. Budowana przez ponad pół wieku świątynia połączyła tysiące żywotów. Klamrą spinającą początek i koniec budowy stały się dwie postaci o ambicjach dalece wykraczających poza ludzkie pojęcie, Gian Galeazzo Visconti i Napoleon Bonaparte. Pierwszy z nich w 1386r. rozpoczął budowę największej świątyni ówczesnego świata, drugi nakazał jej dokończenie w 1805r., miał bowiem w głowie już plan na jej zaangażowanie w przyszłym (niedoszłym) koronowaniu króla Włoch zjednoczonych po francuską egidą… Chwała historii za to, że el Domm de Milaan nie przyczynił się do planów cesarza zza Alp!


piątek, 8 kwietnia 2016

W góry czy nad jezioro?

Lecco-Bellagio-Varenna
 
źródło: eccolecco.it

Gdy zjecie już kolejny talerz sycącej polenty, gdy wychylicie następny kieliszek Valcalepio lub Moscato di Scanzo, a mury miejskie Città Alta nie będą już dla Was żadnym wyzwaniem, zapragniecie czegoś innego. Tak się składa, że Bergamo to idealna baza wypadowa zarówno w góry, jak i nad jezioro(a).
            Dosłownie o rzut kamieniem od Bergamo znajduje się Lago d’Iseo, ale to nie ono przyciąga większość turystów. Nazwy Como-Maggiore-Garda powtarzają się niczym mantra w przewodnikach najlepszych wydawnictw. I takim samym echem odbijają się w głowach italofilów. Pomimo, że ostatnie z wymienionych jezior znajduje się o ponad 100km od Bergamo, dojazd do niego jest bardzo prosty. Sama Peschiera del Garda, czyli jedna z najchętniej odwiedzanych miejscowości nad tym jeziorem, znajduje się na głównej trasie łączącej Bergamo z Veroną. Równie łatwo dotrzeć jest nad Lago Maggiore oraz Como. Ja wybrałem się na zwiedzanie miejscowości leżących nad tym drugim.
            Jezioro Como to trzecie pod względem wielkości jezioro Włoch, a w klasyfikacji wyprzedzają je dwa zbiorniki wymienione wyżej. Jest to jednocześnie najgłębsze jezioro na Półwyspie Apenińskim. Trzymając się faktów, powinienem właściwie mówić nie o jeziorze, a „jeziorach”. Como jest bowiem zazwyczaj dzielone na Lago di Como oraz Lago di Lecco, niektórzy silą się na dodawanie tu trzeciej części: Ramo di Colico.

Widok na Lecco.

            Moją podróż zacząłem od miejscowości leżącej nad jeziorem Como i jednocześnie znajdującej się najbliżej Bergamo. Mowa o Lecco, dojedziemy tam pociągiem. Bezpośrednie połączenie kolejowe z Bergamo do Lecco kosztuje 3,60 euro. Pociągi jeżdżą co godzinę, a sama podróż trwa około 40 minut. Bez zbędnej zwłoki przesiadłem się na autobus, który miał mnie zawieźć do Bellagio, miejscowości powszechnie uznawanej za „perłę jeziora Como”. Bilet kosztuje niecałe 3 euro, ale dużo do życzenia pozostawia częstotliwość kursowania wspomnianego autobusu (co 1,5-2h). Trasa biegnie wzdłuż zachodniego brzegu jeziora Lecco, warto mieć aparat fotograficzny na podorędziu, bo widoki są przepiękne (wliczając w to panoramę Lecco).
            Bellagio to niewielka miejscowość znajdująca się w miejscu, w którym Lago di Como łączy się z Lago di Lecco w jedno. Jest to znany wśród Włochów i Francuzów kurort wypoczynkowy. Niestety nie znajdziemy tu wiele atrakcji; urok tego miejsca polega na jego położeniu oraz zabudowie. Dwie równoległe arterie – jedna tuż nad brzegiem jeziora, druga o kilkanaście do kilkudziesięciu metrów wyżej – połączone są ze sobą rzędami długich schodów, do których ciasno przyklejone są kolorowe kamienice. Poza tym wiele drogich hoteli oraz nieustępujących im cenami restauracji. Tu i ówdzie jednak przebijają się znaki przeszłości, jak chociażby XII wieczna Bazylika S. Giacomo, czy niektóre zabudowania wyraźnie różniące się od innych. Zbudowane z szarych kamieni niskie budynki mieszkalne oraz charakterystyczne arkady nad niektórymi rzędami schodów to nieliczne pozostałości budownictwa z XII i XIII wieku typowego dla tego regionu.

Widok na Bellagio.

            Będąc w Bellagio z pewnością trzeba udać się na Punta Spartivento – miejsce, w którym Lago di Lecco i Lago di Como łączą się ze sobą. Znajduje się tu falochron, po którym spacerując można „wyjść” w jezioro, by lepiej zobaczyć obydwie gałęzie jeziora. Właściwie na tym kończą się „atrakcje” Bellagio. Dwie, maksymalnie trzy godziny to czas, jaki zajmie nam spokojne zwiedzanie miejscowości. Nawet wliczając w harmonogram obiad lub kawę, wystarczy nam pół dnia, aby się tu zadomowić i zobaczyć właściwie wszystko.
         Z Bellagio warto udać się promem do Varenny. Jest to połączenie używane standardowo przez mieszkańców miejscowości leżących nad jeziorem. Bilety są tanie, łodzie pływają często i oferują nawet przeprawę dla aut. Nie wiedzieć czemu wpadłem na ten pomysł trochę za późno, mając już w kieszeni bilet powrotny do Lecco i siedząc w autobusie, który właśnie pokonywał kolejne zakręty trasy przebytej wcześniej tego samego ranka.

Widok na jezioro z Punta Spartivento.

            Lecco z kolei to jedna z dwóch najważniejszych miejscowości nad jeziorem. Drugą z nich jest Como, od której to jezioro wzięło swoją nazwę. Przechadzając się po Lecco nie sposób nie zauważyć komu mieszkańcy są wierni i komu po dziś dzień oddają hołd. Znajdujący się w centrum miasta ogromny pomnik Alessandra Manzoniego nie pozostawia złudzeń. Dodać do tego należy znajdującą się kilkadziesiąt do kilkuset metrów dalej willę należącą do rodziny pisarza, gdzie on sam spędził swoje dzieciństwo i młodość. Przechadzając się nad brzegiem jeziora Lecco (to jest wschodniej części jeziora Como) w głowie pojawiają się pierwsze słowa największego dzieła Manzoniego i prawdopodobnie jednego z najważniejszych dzieł w historii Włoch: Quel ramo di Lago di Como…
            I jak tu się dziwić mieszkańcom Lecco? Czyż Manzoni swoimi Promessi Sposi nie położył bazy dla dzisiejszego języka włoskiego? Czyż nie dokonał on rewolucji językowej i nie zabrał głosu w jednym z najważniejszych sporów przed i pozjednoczeniowych Włoch? Takiej postaci należna jest pamięć, tym bardziej jeśli umiejscowił on akcję swojego dzieła między innymi nad jeziorem Como…








wtorek, 8 marca 2016

Bergamo

Miasto na wzgórzu

Bergamo Alta o zachodzie słońca.

Już podczas wchodzenia na pokład samolotu doskonale wiedziałem dokąd lecę tym razem. Młody Włoch, na oko dwudziestolatek, rozmawiając ze swoimi towarzyszami podróży posługiwał się odmianą języka włoskiego charakterystyczną dla górskich dolin. W jego głosie wydawało się pojawiać echo, podobne do tego, które w przedalpejskich dolinach towarzyszy turystom podczas pieszych wędrówek. Język włoski wymieszany z dialektem oraz okraszony niecodzienną barwą głosu zdradzał pochodzenie owego młodzieńca. Tak, to był pierwszy znak, który potwierdzał, że wybieram się do Bergamo.

Nazwa miasta w lokalnym dialekcie...

...słówko "bottega" w dialetto bergamasco.

Położenie miasta wydaje się w pełni usprawiedliwiać pochodzenie jego nazwy. Miasto na wzgórzu – bo właśnie to oznacza nazwa Bergamo – zostało założone około IV wieku przed naszą erą (chociaż pierwsze ślady osadnictwa pochodzą aż z XII w. p. n. e.) przez ludy celtyckie. Na przestrzeni wieków padało ono łupem kolejnych mocarstw i ludów. Zainteresowali się nim rzecz jasna Rzymianie, którzy zaadaptowali oryginalny toponim Bèrghem, nazywając osadę Bergomum. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego miasto zajęli barbarzyńcy (a dokładniej Longobardowie), którzy z kolei w VIII w. naszej ery musieli uznać wyższość Franków. Od końca XI wieku Bergamo cieszyło się niezależnością i stanowiło niepodległe miasto. Dopiero po serii wojen z Brescią (czego dowodem widocznym do dziś jest niechęć mieszkańców Bergamo do ludzi z Brescii i vice versa) miasto wstąpiło do Ligi Lombardzkiej w celu wspólnej walki przeciwko Barbarossie. Dwa wieki później popadło ono w zależność od Viscontich z Mediolanu. Pomimo, że wzmocnili oni struktury obronne Bergamo, musieli ulec potędze Wenecjan, którzy w pierwszej połowie XV wieku przejęli władzę w mieście. Ci postanowili kontynuować prace rozpoczęte przez Viscontich i dalej rozbudowywali mury obronne. Po serii krótkich zawirowań politycznych miasto znalazło się pod wpływem Austriaków, by ostatecznie zostać włączonym przez Garibaldiego do nowopowstałego państwa, Republiki Włoskiej, w 1861r. (a i w samym zjednoczeniu Włoch mieszkańcy Bergamo odegrali ważną rolę, o czym informuje dopisek „Città dei Mille” widniejący na tablicach stojących przy wjeździe do miasta).

Fragment zachowanych w całości do dnia dzisiejszego murów wokół Città Alta.

Tak wygląda w skrócie historia Bergamo, a ślady każdego z jej elementów znajdują się w mieście do dziś i są przy tym łatwe do zauważenia. Wystarczy jedynie bacznie obserwować. Miasto podzielone jest na dwie części – Bergamo Alta i Bergamo Bassa. Pierwsza z nich, jak sama nazwa wskazuje, znajduje się na wzgórzu. Jest to najstarsza część, co nie znaczy, że Bergamo Bassa jest tworem nowożytnym. Wręcz przeciwnie, naukowcy odkryli również tutaj ślady wczesnego osadnictwa. Faktem pozostaje jednak, że obrona miasta, które znajdowało się na wzgórzu była zdecydowanie łatwiejsza. Trudna do zdobycia osada miała więcej możliwości ku rozwojowi, aniżeli ta, która położona była u jej stóp (wystarczy spróbować dostać się do Città Alta chociaż raz na piechotę, aby się o tym przekonać). Dodatkowym elementem zapewniającym mieszkańcom Bergamo Alta spokój były potężne mury miejskie (i są nadal, wszak Bergamo to jedno z niewielu włoskich miast, które może poszczycić się w pełni zachowanymi murami miejskimi do dziś).

Widok na Bergamo Bassa z Fortecy.

Nie powinno zatem dziwić, że na przestrzeni wieków miasto wyrosło na prężny ośrodek, w którym miejsce znajdywali ludzie różnej maści. Bergamo bardzo szybko wyrosło na lokalną potęgę handlową, o czym świadczą ślady zachowane do dziś (między innymi Piazza Mercato delle Scarpe, która bierze nazwę od tutejszej korporacji szewców, a która jednocześnie stanowiła centrum handlowe miasta). To właśnie z Bergamo pochodzą ludzie o tak znamienitych nazwiskach jak Moroni, Colleoni, Donizetti, Amadeo czy Fra’ Galgario.

Piazza Vecchia.

Centrum Città Alta stanowi Piazza Vecchia – główny plac, przy którym znajduje się Palazzo della Regione. Jest to jeden z najstarszych włoskich pałaców publicznych, początki jego budowy sięgają aż 1199r. Tuż obok znajduje się Torre Civica, jeden z najwyższych punktów w mieście, skąd roztacza się widok nie tylko na Bergamo Bassa, ale także na okoliczne wzgórza i doliny. Przy dobrej widoczności w oddali mrugają jasne światła Mediolanu. Drugim, po Piazza Vecchia, placem miasta,jest Piazza del Duomo. Jak sama nazwa wskazuje, znajduje się przy niej katedra.
Stojąc przed nią i próbując uchwycić fasadę w obiektywie mojego aparatu, za ramię złapał mnie starszy Włoch. Mówiąc w dialekcie i pokazując jednocześnie ręką kazał mi cofnąć się o kilka kroków. Czyżby fotograf? Bez namysłu uczyniłem to, a on dodał jedynie „in dietro ancora” – jeszcze do tyłu. Cofnąłem się zatem jeszcze o kilka metrów. Moim oczom ukazała się złota figura wieńcząca kopułę katedry. Włoch z nieskrywaną satysfakcją w głosie pokazał na nią palcem i skwitował: „Sant’Alessandro, patrono”. Ostatnie promienie słońca padały na posąg przedstawiający opiekuna miasta…

Sant'Alessandro, patron miasta Bergamo.

Tuż obok katedry znajduje się Basilica di Santa Maria Maggiore z perłą lombardzkiego renesansu, Kaplicą Colleonich. Właśnie przez nią niektórzy nazywają miasto lombardzką Florencją. Trudno zdecydować kto ma większe prawo do czucia się urażonym, mieszkańcy Florencji czy Bergamo? Prawda jest jednak taka, że wspomniana Kaplica Colleonich ma wiele wspólnego z renesansem toskańskim. Powstała ona na życzenie Bartolomeo Colleoniego, urodzonego w Bergamo (jego nazwiskiem nazwano również główną ulicę w Città Alta) kondotiera, który jednakże większość życia spędził w Wenecji, a nie w rodzinnym mieście. Autorem kaplicy, która miała pełnić rolę mauzoleum, jest inny mieszkaniec miasta na wzgórzu – Giovanni Antonio Amadeo.

"Przyklejona" do Bazyliki Santa Maria Maggiore Kaplica Kolleonich.

W poszukiwaniu pięknych widoków (a takich w Bergamo nie brakuje) warto udać się w trzy miejsca. Pierwszym z nich jest wspomniana już Torre Civica. Drugie to Rocca, potężna forteca zbudowana w połowie XIV wieku, z której to można dojrzeć panoramę Bergamo Bassa oraz budynki należące do starego miasta (w celu podziwiania tych drugich najlepiej udać się tam o zachodzie słońca). Ostatnim miejscem są Mura Venete – mury miejskie, które otaczają Città Alta. Rozciąga się z nich widok na nowszą część Bergamo oraz znajdujące się w oddali doliny i wzgórza. Spacer w dół murów o poranku lub zmierzchu to prawdziwa uczta dla oczu. Dodatkowo przechadzkę można urozmaicić podziwianiem dwóch bram miejskich. Na dowód panowania Republiki Weneckiej od XV wieku obydwie z nich ozdobione są Lwem Św. Marka (ten sam symbol z resztą znajduje się na Palazzo della Regione przy Piazza Vecchia).
Bergamo ma oczywiście do zaoferowania znacznie więcej. Tak zaczynając od historii, przechodząc przez język, teatr, a na tradycjach enogastronomicznych kończąc. Wiedzą o tym mieszkańcy miasta, którzy w iście włoskim rytmie to zapełniają ulice starego miasta do tego stopnia, że trudno się tam przecisnąć, to kryją się w swoich mieszkaniach i skupiają wokół stołów na wspólnym posiłku, którym nierzadko jest polenta. W kolejnych wpisach przybliżę między innymi kuchnię regionu oraz lokalne apelacje winiarskie. Już niebawem dalsza część podróży! Inne artykuły opowiadające o Bergamo znajdziecie klikając w obrazek poniżej:


                


 
Tablica upamiętniająca Donizzettiego.


Funicolare, czyli kolejka która wynosi turystów do Città Alta.


Jedna z bram miejskich.


Palazzo della Regione.


Wykopaliska sięgające czasów Imperium Rzymskiego tuż przy Piazza Vecchia.

Główna ulica w Città Alta - Via Colleoni.

czwartek, 15 października 2015

Pistoia

Mała Florencja


            Docieramy do kolejnego i niestety już ostatniego miejsca na trasie toskańskiej wędrówki Italianizzato. Dziś o Pistoi. To położone w północnej części regionu miasto zostało założone przez Rzymian w okolicach II wieku przed Chrystusem, chociaż badania archeologiczne wykazały, że już wcześniej istniała tu niewielka osada etruska (a jakże!). Po upadku Imperium Rzymskiego, wielokrotnie atakowana i podbijana przez ludy barbarzyńskie, Pistoia zdołała odbudować swoją pozycję i stała się w XII wieku wolnym miastem. Związki ze Sieną i Pizą w tym okresie pobudzały tkankę miasta do rozwoju, a procesarskie stronnictwo Gibelinów, które przeważało w Pistoi, skutecznie uniemożliwiało Florencji podporządkowanie jej sobie. Od tego czasu można mówić o stopniowym rozwoju miasta, które bez większych wstrząsów dotrwało do dnia dzisiejszego.

Florencja czy Pistoia?

            Na ustach wielu znawców pojawia się ironiczny uśmieszek, kiedy słyszą jak niektórzy turyści nazywają Pistoię małą Florencją. Tak, to nie błąd: miasto, które nigdy z dzisiejszą stolicą regionu nie miało po drodze, właśnie w ten sposób bywa czasami nazywane. Z pewnością pewne podobieństwa da się zauważyć, ale porównywanie Pistoi do Florencji, tak na poziomie politycznym, jak i artystycznym, jest dużym nadużyciem. Chyba, że mówimy o atmosferze miasta – tu się zgodzę, jest coś w klimacie miasta, co przypomina o stolicy Toskanii.

Fasada Duomo di Pistoia

            Czym zająć się podczas wizyty w Pistoi? Co zobaczyć, a co sobie odpuścić? Dokąd się udać? Z pewnością należy zobaczyć Piazza del Duomo. Jest to jeden z najpiękniejszych w Toskanii (jeśli nie we Włoszech) średniowiecznych placów miejskich z dobrze zachowaną  zabudową wokół niego. Skoro o budynkach mowa, to właśnie przy Piazza del Duomo znajdują się najważniejsze i największe budowle świeckie i sakralne. Jak sama nazwa wskazuje, stoi tu Duomo di Pistoia (katedra poświęcona św. Zenonowi). Początki tego kościoła sięgają X wieku. Na uwagę zasługuje fasada świątyni, która jest swoistym połączeniem stylu romańskiego pizańskiego (wystarczy spojrzeć na górną część frontu) ze stylem charakterystycznym dla świątyń budowanych we Florencji (dolna część frontu, wyłożona białym i zielonym marmurem, przypomina kościół San Miniato al Monte). Środkowy łuk fasady kryje sklepienie beczkowe ozdobione kasetonami wykonanymi przez Andreę della Robbię.
            Tuż obok Duomo znajduje się wieża, Torre del Campanile. Ta 67 metrowa budowla była budowana w dwóch etapach, przez co zauważyć tu można niespójność stylów architektonicznych. Dolna część pochodzi z XII wieku, górna natomiast z XV wieku. Dodatkowo wieża była wielokrotnie odbudowywana i przebudowywana na skutek częstych trzęsień ziemi, jakie spotykało się w regionie pod koniec średniowiecza.


            Dzwonnica nie jest jednak jedyną wieżą, która znajduje się przy Piazza del Duomo. Na tej samej ścianie placu, ale w przeciwnym rogu, stoi Torre di Catilina. Stanowi ona idealnie zachowany przykład typowych średniowiecznych domów, na jakie mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi (o podobnych konstrukcjach, tzw. wieżach mieszkalnych, pisałem przy okazji wycieczki do Bolonii). Wieża swoją nazwę wzięła od rzymskiego polityka Katylina, który oskarżony o zdradę zginął w 62r. p. n. e., a jego ciało pochowano właśnie w miejscu dzisiejszej Torre di Catilinia.
            Wracając jeszcze na moment do budowli sakralnych – naprzeciwko Duomo di Pistoia znajduje się Battistero di San Giovanni Battista in Corte. Jest to jedno z czterech baptysteriów w Toskanii, które stoją osobno, nie stanowiąc integralnej części świątyni. Przy elewacji baptysterium pracował Nicola Pisano (o którym pisałem już przy okazji Duomo di Siena i ambony jego autorstwa).


            Przy Piazza del Duomo stoją również Antico Palazzo Vescovi (były Pałac Biskupi), Palazzo Pretorio (gmach sądu) oraz Palazzo del Comune. Pierwszy z nich stanowił niegdyś siedzibę biskupów (sam św. Zenon, patron najważniejszej świątyni w mieście, był biskupem). W Palazzo Pretorio można zobaczyć świetnie zachowane ławę sędziowską, krzesło skazańca i kamienne podesty dla publiki. W wybudowanym w stylu gotyckim Palazzo del Comune dziś mieści się muzeum miejskie oraz chyba jedna z najbardziej znanych rzeźb XX-wiecznego rzeźbiarza urodzonego w Pistoi, Marino Mariniego (nota bene w mieście znajduje się również muzeum całkowicie poświęcone jego twórczości).


            Odchodząc na zachód od głównego placu trafiamy na Piazza della Sala, który z kolei jest jednym z najstarszych w Pistoi. Jego nazwa pochodzi z czasów najazdów barbarzyńskich. Przy Piazza della Sala mieściła się kamienica zwana sala regis, w której mieszkał gubernator. Środek placu zdobi studnia Pozzo del Leoncino, dar Medyceuszy dla miasta. Kierując się jeszcze bardziej na zachód możemy odwiedzić Chiesa della Madonna del Carmine. Kopuła tej świątyni do złudzenia przypomina florencką kopułę Brunelleschiego (i znów wracamy do punktu wyjścia – Mała Florencja).
            Sam nie wiem, dlaczego zostawiłem to na koniec, ale czas na największą atrakcję Pisoti, która ściąga tu co roku tysiące turystów – Ospedale del Ceppo. Jest to wciąż działający szpital założony w 1277r. (wyobraźcie sobie moją minę, gdy zwiedzając wnętrze Ceppo, obok sklepu z pamiątkami spotykałem chorych czekających na swoją kolejkę…). Jego fasadę zdobi siedem paneli z terakoty stworzonych przez Giovanniego della Robbię. Artysta przedstawił na nich Siedem Uczynków Miłosierdzia.


 Odkrywaj Toskanię z Italianizzato klikając poniżej!


piątek, 9 października 2015

Freski Piera della Franceski

Wczesnorenesansowy mistrz pędzla


            Opisując Arezzo wielokrotnie podkreślałem, że miasto to jest bardzo wymagające względem odwiedzających je turystów. Dziś idę o krok dalej, bowiem mam zamiar skupić się na największym dziele Piera della Franceski. Namalowane przez niego freski w Kościele San Francesco stanowią kamień milowy w historii malarstwa włoskiego, będąc jednocześnie jednym z pierwszych dzieł wczesnego renesansu. Zdaję sobie sprawę, jak wielkie i trudne zarazem zadanie sobie wyznaczyłem. Mnie samemu docenienie (i zrozumienie) Legendy o Prawdziwym Krzyżu zajęło trzy lata. W jaki sposób zatem mogę za pomocą krótkiego artykułu przekonać do niego Was? Stanowczo odsuwając pesymistyczne nastawienie, postanowiłem, że niniejszym wpisem chcę Was jedynie skusić do odwiedzenia Arezzo, a tam, stojąc przed dziełem della Franceski zrozumiecie wszystko i wszystko wyda Wam się łatwiejsze…
            O co tyle hałasu? Mam świadomość, że nazwisko tego wczesnorenesansowego malarza wielu z Was może być nieznane lub, w co lepszych przypadkach, jedynie zasłyszane. Piero della Francesca urodził się w Borgo San Sepolcro (prowincja Arezzo) w 1415 roku. Ta malutka miejscowość w ówczesnym czasie stanowiła ważny punkt położony na granicy pomiędzy Umbrią, Marchią i Toskanią. Może właśnie ten fakt pozwolił della Francesce szkolić się u ważnych malarzy tamtych czasów, a także poznawać dzieła Masaccia, Donatella i innych poprzedników.


            Wpływy sztuki średniowiecznej, już w czasach malarza uważanej za nieco przestarzałą, widać jedynie w jego nielicznych wczesnych dziełach (jak choćby Polittico della Misericordia, który dziś znajduje się w muzeum w mieście rodzinnym malarza). Della Francesca stosunkowo szybko porzucił wcześniejsze wzorce, podążając swoją własną malarską ścieżką, którą wyznaczały idealna matematyczna perspektywa, symetria, użycie figur geometrycznych oraz charakterystyczna „jasność” barw. Malarz podporządkowywał kompozycję sztywny regułom matematycznym, dążąc do perfekcji w tej kwestii. Della Francesca w swoich dziełach starał się połączyć kunszt malarski z żelaznymi prawami logiki i matematyki, co, jak widać na podstawie wielu przypadków, udawało mu się nader często.
            Wiedząc już co nieco o twórcy, przejdźmy do samego dzieła, o którym w założeniu miał być ten wpis. Freski przedstawiające Legendę o Prawdziwym Krzyżu zostały namalowane w apsydzie kościoła San Francesco. Temat ten w czasach malarza powtarzał się często w świątyniach znajdujących się pod opieką franciszkanów. Legenda o Prawdziwym Krzyżu opowiada historię krzyża, na którym miało dokonać się życie Chrystusa. Jej początek pokrywa się niemalże z początkiem istnienia ludzi na świecie. Jak mówi legenda, Set, syn Adama, umieścił pod językiem ojca, gdy ten umierał, trzy nasiona z Drzewa Życia. Z nasion tych wyrosło drzewo, które posłużyło do budowy Krzyża Świętego. Historia przedstawiona przez Piera della Franceskę opowiada kolejne wydarzenia związane z krzyżem, a kończy się w momencie, gdy wraca on do Jerozolimy. Całej historii nie będę tutaj streszczał, gdyż jest ona łatwo dostępna w Internecie i nie ma sensu pisać tego, co zostało już napisane. Postaram się natomiast wytłumaczyć, dlaczego dzieło della Franceski jest tak ważne i uważane za przełomowe.


            Skoro historia o Prawdziwym Krzyżu była dość powszechna w czasach malarza, możemy wykluczyć hipotezę, że stanowiła ona element nowości. Zgoda, ale poza samym tematem, liczy się również sposób jego przedstawienia. Po pierwsze, Piero della Francesca nie zastosował kolejności chronologicznej. Kompozycję podporządkował zupełnie innym pryncypiom. Porzucił następstwo czasowe na rzecz ukochanej przez niego symetrii. Na przeciwległych ścianach i równych względem siebie poziomach mamy sceny namalowane według następującego klucza (patrząc z góry do dołu): sceny pozbawione tła architektonicznego, sceny na tle architektonicznym, sceny przedstawiające bitwy. Dodatkowo na najwyższych poziomach lewej i prawej ściany znajdują się początek Legendy o Prawdziwym Krzyżu (po prawej stronie, śmierć Adama) oraz jej zakończenie (po lewej stronie, scena przedstawiająca powrót krzyża do Jerozolimy).
            Czy brak porządku chronologicznego mógłby być tym, co stawia dzieło della Franceski na wyjątkowym miejscu? I tak, i nie. Zacznę od negacji: brak chronologii z pewnością nie jest tym, co sprawia, że freski z kościoła San Francesco są wyjątkowe, ale z drugiej strony… Specyficzna kompozycja zastosowana przez malarza dokłada „swoją cegiełkę” w tworzeniu wyjątkowości tego dzieła. Teraz przejdę do odpowiedzi twierdzącej. Tak, brak chronologii w czasach della Franceski był czymś rzadko spotykanym. Wiem, wiem… dziś, kiedy retrospekcje, mieszanie się przeszłości z przyszłością i inne tego typu zawirowania czasowe pojawiają się w co drugiej produkcji filmowej czy książce, nie robi to już na nas wrażenia. Wyobraźmy sobie jednak mieszkańców Arezzo w XV wieku, nieprzyzwyczajonych do takich zabiegów artystycznych. Brak chronologii z pewnością stanowił element zaskoczenia, ale też utrudniał zrozumienie historii i wymagał zaprzęgnięcia większej liczby szarych komórek do zrozumienia całości.


            Skoro napisałem, że to nie kolejność następowania po sobie fresków jest elementem decydującym o wyjątkowości tego dzieła, idźmy dalej. Freski stanowią niepowtarzalny zbiór dokumentujący nowy malarski styl, który „przebojem wdarł się” do ówczesnych pracowni artystycznych. Nie bez powodu Piera della Franceskę uważa się za jednego z pierwszych i najważniejszych zarazem przedstawicieli odrodzenia. Jego styl jest czymś zupełnie nowym, czymś czego nigdy wcześniej nie było, a co za chwile stanie się obowiązującym kanonem piękna. Co więcej, jego styl jest jednym z najpiękniejszych i najczystszych przykładów malarstwa renesansowego, pełen harmonii, symetrii i spokoju. Jeśli łatwiej będzie Wam zrozumieć, Piero della Francesca to taki trendsetter z połowy XV wieku.
            Gdybyście jednak wciąż uważali, że Piero della Francesca nie zasługuje na tyle uwagi, to już śpieszę z pomocą. Na jednej ze ścian absydy znajduje się obraz przedstawiający sen cesarza Konstantyna przed bitwą z Maksencjuszem. Sam temat ponownie nie gra tu najważniejszej roli, ważny natomiast jest sposób przedstawienia i przede wszystkim… pierwsze w historii włoskiej sztuki chiaroscuro, to znaczy użycie światłocienia! Ponownie przenieśmy się w XV-wieczne Arezzo i postawmy się na miejscu ówczesnych mieszkańców miasta. Przyzwyczajeni do rzeczywistości dwuwymiarowej, jaką dotychczas przedstawiały obrazy, do jednobarwnych szat malowanych przez twórców, do relatywnej nudy monochromatycznej, stawali oni przed „Snem Konstantyna” i w podziwie oglądali materiałowe drzwi namiotu, które sprawiały wrażenie jakby otwierały się właśnie w tym momencie. Z rozdziawionymi ustami patrzyli jak anioł, od którego bije jaskrawa łuna, pokazuje cesarzowi znak krzyża. Z zapartym tchem podążali wzrokiem za ramieniem człowieka siedzącego na łożu Konstantyna, aby następnie skierować go wzdłuż włóczni aż do anioła, a ostatecznie skupić się na twarzy samego cesarza.


            I znów wydać Wam się może, że nic w tym nadzwyczajnego. W świecie, gdzie filmy 3D i hologramy stały się niemal codziennością. W świecie, w którym człowiek tworzy alternatywne rzeczywistości, chiaroscuro della Franceski nie robi żadnego wrażenia. Musicie uwierzyć na słowo, dla ludzi żyjących w XV wieku „Sen Konstantyna” był tak samo emocjonujący, jak dla nas supernowoczesne produkcje pozwalające na stanie się częścią historii, którą oglądamy na ekranie.
            Mam nadzieję, że moim tekstem zdołałem przekonać chociaż kilkoro nieprzekonanych, dzięki czemu przy najbliższej okazji pojadą oni do Arezzo, aby zgłębić tajemnicę kunsztu Piera della Franceski. A zapewniam, że wciąż wiele pozostaje do odkrycia, bowiem freski w kościele San Francesco są dziełem wielowymiarowym, którego zrozumienie wymaga czasu, spokoju i chęci obserwatora do zanurzenia się w malarskim świecie z XV-wiecznej Toskanii. 


Odkrywaj Toskanię z Italianizzato klikając poniżej!