Są w
roku takie momenty, kiedy na stół trafiają wyłącznie tradycyjne polskie
potrawy, a kulinarni przybysze z całego świata idą w odstawkę. Nie przeczę, na
Wielkanoc czy w czasie Świąt Bożego Narodzenia i u mnie dominują dania rodzime.
Nie znaczy to jednak, że rezygnuję całkowicie z włoskich akcentów. Do italskich
ksiąg kuchennych sięgam co roku tuż przed świętami lub zaraz po nich. To dobra
odmiana dla żołądka po naszych kiełbasach, szynkach czy żurku. À propos, na
Waszym stole niebawem zawita wspomniany żurek czy torta pasqualina? A może
zdecydujecie się na zaserwowanie członkom rodziny obydwu przysmaków, jak stanie
się u mnie? Czas na kulinarny pojedynek na Italianizzato: Pasqua vs. Wielkanoc! CZYTAJ DALEJ...
Chociaż sierpień (a wraz z nim wakacje) za nami, to
patrząc za okno ma się wrażenie, że mamy pierwszą połowę lipca. Pogoda
najwidoczniej wynagradza nam deszczowe, pochmurne i chłodne letnie dni. W tej
przyjemnej aurze tworzę, i tak już spóźnione, subiektywne zestawienie
najciekawszych włoskich doniesień medialnych.
Sierpień 2016 we
Włoszech zostanie zapamiętany jako jeden z najtragiczniejszych miesięcy
ostatnich lat. Wskutek trzęsienia ziemi w centralnych Włoszech zginęło prawie
300 osób, a kolejne 400 zostało rannych. W gruzach legła niemal cała
miejscowość Amatrice, tysiące mieszkańców Lacjum, Marchii i Umbrii zostało bez
dachu nad głową. Co ciekawe wiele zabytkowych budowli przetrwało tak pierwszy,
jak i kolejne wstrząsy. Całkowitemu zniszczeniu uległy natomiast kilkuletnie
zabudowania, teoretycznie zaprojektowane i wzniesione tak, aby przetrwały nawet silniejsze trzęsienia ziemi. Natura odkryła smutną prawdę (o której swoją
drogą dość brutalnie wypowiedzieli się autorzy Charlie Hebdo), włoskie państwo jest
wciąż podatne na wpływy mafii, a macki organizacji kryminalnych są wstanie
dotrzeć dosłownie wszędzie.
źródło: www.adnkronos.com
Amatrice stało się smutnym symbolem sierpniowego
trzęsienia ziemi. W odpowiedzi na ludzką krzywdę odpowiedzieli restauratorzy.
Włoski bloger kulinarny, Paolo Campana, zaprosił właścicieli restauracji do
przekazywania 1 euro od każdego sprzedanego talerza amatriciany na rzecz
poszkodowanych. Na odzew nie trzeba było długo czekać, w krótkim czasie do
akcji przystąpiło ponad 700 lokali nie tylko z Włoch. Więcej informacji
związanych z tą inicjatywą znajdziecie na portalu Facebook wpisując hashtag
#Amatriciana.
Przejdźmy do innych wydarzeń ubiegłego miesiąca. Niemałe
zamieszanie na początku sierpnia we Włoszech wywołała ustawa, która wprowadziła
wyższy podatek na bazylię. Dotychczasowy podatek VAT na liście tej rośliny
wynosił zaledwie 4%. Za sprawą niejasnych przepisów europejskich dotyczących
ziół aromatycznych włoski rząd był zmuszony podnieść go do 5% (warto wspomnieć,
że początkowy projekt zakładał wprowadzenie stawki 10%). Ta sama ustawa z kolei
obniżyła podatek na oregano (z 22% do 5%). Protesty producentów bazylii z
Ligurii mieszają się z okrzykami radości producentów oregano z Sycylii już od
kilku tygodni. Włoskie media tymczasem donoszą, że pokłosiem wspomnianej ustawy
może być podniesienie podatku na… pomidory. A całość rozbija się o fakt, że
bazylia we Włoszech stosowana jest nie do produkcji olejków eterycznych, o czym
mowa w europejskich przepisach, a do produkcji jednego z najbardziej znanych
sosów do makaronów na świecie, pesto alla genovese. Według niektórych
parlamentarzystów należałoby zatem podnieść podatek na niektóre odmiany
pomidorów.
źródło: www.wikipedia.it
Do produkcji sosów do makaronów najlepiej nadają się
pomidory odmiany San Marzano. To właśnie o niej mowa w kontekście wyższego
podatku. Czy do tego dojdzie? Odpowiedzi na to pytanie raczej nie uzyskamy za
szybko, ale w dobie kiedy rządzący szukają oszczędności, każda możliwość brana
jest pod uwagę. Na sławę pomidorów San Marzano pracują natomiast niestrudzenie
producenci tej odmiany z Sarno i Nocery organizując San Marzano Day. Tegoroczna
edycja tego wydarzenia odbyła się pierwszego sierpnia, a więcej o nim samym
przeczytacie tutaj.
Chociaż pomidory na Półwyspie Apenińskim pojawiły się
dopiero po wyprawie Krzysztofa Kolumba do Ameryki, Włosi wiedzą jak wykorzystać
ich potencjał w pełni. A że kuchnia włoska w znacznej części jest kuchnią
ubogą, to i panie domu wiedzą jak poczynać z pomidorami, aby nic się nie zmarnowało. Pomidory suszone, pomidory marynowane w oleju, passata pomidorowa,
przyprawa ze zmielonych pomidorów… to tylko kilka przykładów na ich wykorzystanie!
źródło: www.ilfattoalimentare.it
Wakacje to czas błogiego lenistwa. Widać to również w
codziennych tytułach, które trafiają na pierwsze strony. Nie inaczej sprawy
mają się we Włoszech. W natłoku artykułów typu „zapchaj dziurę (stronę)”, dało
się jednak znaleźć kilka ciekawszych tekstów. Włoski styl znany jest na całym
świecie. Usprawiedliwione zatem wydaje się być stwierdzenie, że Włosi sprzedają nie stroje, a kulturę. A kto ciekaw historii włoskiego hymnu i jego statusu prawnego, niech poczyta tutaj.
Jedni z Was z trudem dopinają swoje walizki, inni siłują
się z rowerem, który ni jak nie mieści się w nowym bagażniku dachowym. Jeszcze
inny sprawdzają, czy wszystko zabrali i szykują prowiant na drogę. Są też i
tacy, którzy na majówkę wybrali się w tym roku nieco wcześniej, dzięki czemu
właśnie cieszą się zimnym piwem lub winem, a na grillu dochodzi pierwsza
karkówka. Zanim jednak oddamy się błogiemu lenistwu (kto, jak kto, niektórym
służba nie drużba i majowy weekend nie różni się dla nich niczym od każdego
innego…) zapraszam do zapoznania się z podsumowaniem kwietnia we włoskich
mediach.
źródło: cittadarte.emiliaromagna.it
Chociaż pogoda bywała w majówkę już lepsza, to i w tym
roku na pewno nie odmówimy sobie wielu przyjemności. Dla łasuchów będą to
zdecydowanie lody. Od pewnego czasu te produkowane tradycyjnymi metodami, przy
użyciu wyłącznie naturalnych składników, zdobywają uznanie na naszym polskim
gruncie, dzięki czemu już nie wspominamy z tak wielką tęsknotą naszego
ostatniego pobytu we Włoszech. W ocenie jakości lodów, które w najbliższych
dniach przyjdzie nam spożyć, z pewnością pomógłby kurs dla degustatorów tego
przysmaku. Tak się składa, że firma Carpigiani zorganizowała tego typu kurs.
Trwające w sumie 8 godzin zajęcia teoretyczne i praktyczne pozwalają kursantom
rozpoznać jak powinny smakować lody oraz jaką konsystencją powinny się
charakteryzować. Kurs przeznaczony jest dla producentów lodów, sprzedawców oraz
samych konsumentów. I co najważniejsze: prowadzony jest tak w języku włoskim,
jak i angielskim!
W zeszłym miesiącu pisałem o Social Młynie w Kalabrii,
który dostał nowe życie dzięki użytkownikom portalu Facebook. Dziś przenosimy
się do Ligurii, a dokładnie do prowincji Genua, gdzie powstał największy na świecie kolektywny warzywnik. W projekcie uczestniczy w sumie 2200 ochotników,
spośród których aż 120 nadzoruje prace wykonywane na bieżąco w warzywniku.
Eko-zapaleńcom przyświeca motto: „Qui le coltivazioni non sono biologiche ma
na-tu-ra-li!” (Tu uprawy nie są biologiczne, a na-tu-ral-ne!).
Pozostajemy w tematyce rolniczo-żywieniowej. Ponad rok
temu miałem okazję zachwycać się świetnymi Lambrusco w samym sercu Emilii-Romanii. Wino to zazwyczaj sprowadzane jest do prostych czerwonych
bąbelków, które ze swoimi radosnymi owocowo-fiołkowymi aromatami towarzyszy
luźnym spotkaniom w gronie znajomych. Takiemu obrazowi stanowczo sprzeciwia się Christian Bellei, zwany też mistrzem zen Lambrusco. Ostatnio udowodnił on, że
przy produkcji Lambrusco z powodzeniem można wykorzystać doświadczenia i metody
opracowane w samej Szampanii, po raz kolejny dowodząc tym samym, że Lambrusco
ma potencjał, który wystarczy jedynie umiejętnie wykorzystać.
Podczas gdy w Polsce sklepy winiarskie bazujące na
sprzedaży internetowej muszą borykać się z bezsensownymi przepisami i sławetną
już agencją PARPA, włoscy producenci cieszą się, że ich butelki trafiają do
konsumentów coraz częściej za pomocą sieci. Interesującą rozmowę na ten temat znajdziecie na portalu Il Sole 24 Ore.
źródło: vinodabere.it
Potencjał wina w sieci dostrzega sam premier Włoch, który
niedawno z okazji Vinitaly spotkał się z Jackiem Ma, założycielem największej
chińskiej platformy e-commerce Alibaba. Ponadto Matteo Renzi z powodzeniem
promuje Włochy, jako światową potęgę winiarską (jakby ktoś jeszcze o tym nie
wiedział), z dumą wręczając kolejnym przywódcom charakterystyczne drewniane
skrzyneczki, w których znajdują się wyśmienite włoskie wina (i nikt nie
sprawdza czy kosztują one 8, 80, czy 800 euro, bo włosi doskonale wiedzą, że
świetną butelkę można kupić za przysłowiowe grosze). Ostatnio taką winiarską
skrzyneczkę otrzymał sam Barack Obama.
źródło: valigiablu.it
17 kwietnia we Włoszech odbyło się referendum w sprawie platform wiertniczych, o którym wspominałem już kilka dni temu przy okazji
rubryki #ItalianizzatoLessicale. W głosowaniu, którego domagało się 9 włoskich
regionów, obywatele decydowali o wyglądzie wybrzeży na najbliższe kilkanaście,
jeśli nie kilkadziesiąt lat. Dotychczasowe prawo zezwala paliwowym potentatom na odwierty już w
odległości 20km od włoskich wybrzeży na mocy bezterminowych koncesji. Pomimo,
że obywatele powiedzieli stanowcze "nie" takim praktykom i wyrazili swoje
poparcie dla zmiany aktualnych przepisów, nic to nie dało bo do urn ruszyło
zaledwie nieco ponad 30% uprawnionych do głosowania.
źródło: elezioni.interno.it
Panama Papers. Skandal finansowy, który wstrząsnął całym
światem w ostatnich tygodniach, nie ominął również Bel Paese. W opublikowanych
dokumentach przewijają się znane osobistości z włoskiego świata mody, polityki
i biznesu. Na liście Panama Papers znaleźli się m. in. Emanuela Barilla
(nazwisko mówi samo za siebie), Silvio Berlusconi (w tym wypadku nie ma mowy o
zaskoczeniu), Daniele Fonseca (były piłkarz pochodzący z Como), stylista
Valentino czy aktor Carlo Verdone. Pełną listę Włochów zamieszanych w skandal znajdziecie na portalu Espresso.it.
W ostatnich dniach kwietnia wszystkie włoskie media
donosiły o aresztowaniu 6 osób na północy kraju, które podejrzane były o planowanie zamachów terrorystycznych. Nieoficjalnie mówi się, że celem ataków
miał być Watykan oraz ambasada Izraela w Rzymie. Wśród aresztowanych znalazła
się para pochodząca z Lecco, która w zamachu chciała pogrzebać ze sobą dwójkę
dzieci (2 i 4-latka).
źródło: progetto.vento.polimi.it
Zaczęliśmy majówką i majówką zakończymy. Wenecję od
Turynu dzieli 679km. Być może niebawem odległość tę będzie można spokojnie pokonać na rowerach. Politechnika w Mediolanie zaproponowała projekt pod nazwą
Vento, który zakłada budowę ścieżki rowerowej łączącej stolicę Wenecji
Euganejskiej ze stolicą Piemontu. Trasa ścieżki biegnie wzdłuż najdłuższej
włoskiej rzeki (Pad) i przebiega przez takie miasta jak Ferrara, Mantua czy
Mediolan. Projekt ma na celu nie tylko rozbudowę infrastruktury, ale dba też o
środowisko naturalne rejonów, przez które przebiegać ma Vento. W tym roku już
raczej za późno, ale być może ktoś zmierzy się z Vento podczas przyszłorocznej
majówki?
Wreszcie nastał ten dzień! Chyba po raz pierwszy na
Italianizzato udaję się w kulinarną podróż do Ligurii. Nie wiedzieć czemu,
niezwykle rzadko sięgam do kultury enogastronomicznej tego regionu. Jeśli
mówimy o winach, to na swoją obronę mam słabą dostępność win liguryjskich w
Polsce. Jeśli natomiast odnosimy się do potraw sensu stricto, cóż… nie znajduję okoliczności łagodzących.
Aby jednak wynagrodzić Liguryjczykom (i fanom Ligurii) te
zaniedbania, dziś zaprezentuję przepis na jedno z najstarszych i najbardziej
kojarzonych z regionem dań. Panie i Panowie, przedstawiam focaccię (znaną w
dialekcie pod nazwą a fügassa). Ten
drożdżowy placek, sowicie doprawiony liguryjską oliwą z oliwek, jest
przysmakiem uznanym w całych Włoszech, o czym świadczy przyznane mu przez Slow
Food odznaczenie.
Składniki:
·600g mąki pszennej
·400ml letniej wody
·150ml oliwy z
oliwek
·25g świeżych
drożdży
·2 łyżeczki cukru
·15g soli morskiej gruboziarnistej
·Ewentualne dodatki
na wierzch
Jak już zdążyliście zauważyć, do tego przepisu potrzebujemy
niewiele składników. Właśnie dlatego powinny one być jak najlepszej jakości.
Począwszy od mąki, przez wodę (w Ligurii uważa się, że prawdziwa focaccia może
powstać jedynie tam, bowiem nigdzie indziej nie znajdziemy tak dobrej wody), na
oliwie z oliwek i soli kończąc. [Nawiasem mówiąc: zawsze, gdy kupujecie w
sklepie włoską oliwę z oliwek czytajcie dokładnie etykiety i przywiązujcie wagę
do szczegółów. „Wyprodukowano w Ligurii” to nie to samo, co „zabutelkowano w
Ligurii” lub „rozlewane w Ligurii”. Podobnie sprawy się mają w przypadku innych
regionów znanych z produkcji oliwy.]
Według tradycyjnego przepisu (także tego przekazywanego
przez Slow Food), wyrobienie ciasta na focaccię zajmuje minimum 8 godzin. W
domowych warunkach czas ten jest jednak znacznie skracany. Zaczynamy od
rozpuszczenia drożdży w pół szklanki ciepłej wody razem z cukrem. Następnie do
miski wsypujemy mąkę, dodajemy oliwę z oliwek i prawie całą sól (zostawiamy
jedynie niewielką część, którą posypiemy wierzch gotowej focacci). Do miski
dodajemy zaczyn drożdżowy oraz resztę wody. Ciasto powinno być dość klejące.
Zostawiamy je na około godzinę w ciepłym miejscu pod przykryciem, aby wyrosło.
Po tym czasie wyrabiamy je ponownie i zostawiamy na kolejną godzinę. Czynność
powtarzamy raz jeszcze. Dzięki tym zabiegom focaccia wyjdzie puszysta i miękka
w środku, ale chrupiąca z wierzchu.
Blachę smarujemy oliwą z oliwek (w tym przepisie nie
bójmy się używać jej jak najwięcej!). Następnie wykładamy na nią ciasto.
Rozciągamy je dłońmi po całej blasze, i wykonujemy charakterystyczne wgłębienia
palcami. Focaccię, przed włożeniem do piekarnika, należy sowicie posypać
gruboziarnistą solą morską.
Podstawowy i najbardziej tradycyjny przepis nie
przewiduje żadnych innych dodatków, ale na przestrzeni lat powstało mnóstwo
wariantów powszechnie już akceptowanych na terenie całej Ligurii. Można na
wierzchu ułożyć zielone oliwki, posiekaną w paski cebulę, kawałki mozzarelli,
suszone pomidory lub anchois…
Piekarnik zaczynamy rozgrzewać dopiero wtedy, gdy
focaccia jest już na blasze (dzięki temu ciasto będzie miało jeszcze trochę
czasu na wyrośnięcie). Pieczemy w temperaturze 200 ᵒ C przez 15-20 minut.
Gotową focaccię można przechowywać przez 2-3 dni pod przykryciem. Można
spożywać ją na zimno lub nieco podgrzaną, samą lub z dodatkami (chociażby z
serami lub wędlinami). Sami Liguryjczycy chętnie sięgają po focaccię na
śniadanie, przy czym nie stronią od maczania jej w… cappuccino!
Daleki jestem od publikowania wpisów, które w dużej
mierze opierają się na zdjęciach, cytatach, filmach lub tekstach innych osób.
Tym razem jednak zrobię wyjątek. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałbym Wam
zaprezentować tłumaczenie utworu, który już od dobrych kilku lat towarzyszy mi zawsze w ostatnich dniach grudnia.
Zdaję sobie sprawę, że zadanie, którego się podjąłem jest
karkołomne, bowiem jakakolwiek próba tłumaczenia dzieła stworzonego przez
wielkiego artystę może zostać porównana do spaceru po cienkim lodzie. Jestem w
pełni świadom niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą każde tłumaczenie dzieła
literackiego (bo w tym wypadku zdecydowanie mówić należy o sztuce pisarskiej, a
nie o prostym utworze, który powstał z myślą o zarobku). Jedno słowo, jeden
przecinek lub jego brak, jedna literka – liczy się wszystko, wszystko ma
znaczenie…
Nie zgłębiając się jednak w zagadnienia natury czysto
translatorskiej, przejdę do sedna. Testamento
di Tito (Tito – jeden ze złoczyńców, który zawisł na krzyżu obok Jezusa) to
jeden z najbardziej znanych, a zarazem jeden z najgłębszych tekstów napisanych
przez Fabrizio de André. Dziesięć przykazań Bożych zinterpretowanych przez tego
wybitnego Genuińczyka to coś, obok czego nie da się przejść obojętnie. De André
porusza serca i umysły, uderzając w samo sedno każdego z dziesięciu
nakazów-zakazów. Oddam teraz głos samemu mistrzowi, prosząc Was przy tym o
wyrozumiałość w kwestii oceny jakości tłumaczenia. Aby czas, w którym się
właśnie znajdujemy, nie minął niepostrzeżenie w natłoku obowiązków,
przyziemnych przyjemności i innych ludzkich spraw. Zachęcam do lektury,
przesłuchania utworu oraz refleksji.
Często dawało mi do myślenia Nie będziesz miał bogów cudzych przede
mną,
Różni ludzie, którzy przybyli ze
wschodu, mówili, że w głębi był taki sam,
Wierzyli w innego od Ciebie, ale nie
uczynili mi nic złego,
Wierzyli w innego od Ciebie, ale nie
uczynili mi nic złego.
Nie
wzywaj imienia Pana Boga nadaremno.
Z nożem wbitym w bok wykrzyczałem swoją
winę i Jego imię.
Może był zmęczony, może zbyt zajęty i
nie usłyszał mojego bólu,
Może był zmęczony, może zbyt daleko,
naprawdę wezwałem go nadaremno.
Szanuj
ojca, szanuj matkę i
szanuj także ich rózgę,
Całuj rękę, która złamała ci nos, bo
prosiłeś o kęs.
Gdy mojemu ojcu zatrzymało się serce,
nie czułem bólu,
Gdy mojemu ojcu zatrzymało się serce,
nie czułem bólu.
Pamiętaj,
abyś dzień święty święcił, to
łatwe dla nas złodziei,
Wchodzić do świątyń pełnych ciał sług i
ich panów,
Przywiązanych do ołtarzy, z gardłami
poderżniętymi niczym zwierzęta,
Przywiązanych do ołtarzy, z gardłami
poderżniętymi niczym zwierzęta.
Piąte mówi nie kradnij i być może tego przestrzegałem,
Gdy po cichu opróżniałem pełne kieszenie
tych, którzy wcześniej ukradli.
Ale ja bezprawnie łupiłem w moim
imieniu, oni w imię Boga,
Ale ja bezprawnie łupiłem w moim
imieniu, oni w imię Boga.
Nie czyń
tego, co nieczyste, to
znaczy nie trwoń nasienia...
Zapładniaj kobietę zawsze, gdy ją
kochasz – tak staniesz się wiernym człowiekiem,
Później chęć zniknie i dziecko pozostanie,
wiele z nich zabije głód.
Być może pomieszałem przyjemność z
miłością, ale nie uczyniłem bólu.
Siódme mówi nie zabijaj, jeśli chcesz być godzien nieba.
Spójrzcie dziś na to boskie prawo, trzy
razy przybite do drewna.
Spójrzcie jak kończy ten Nazareńczyk,
umiera niczym złodziej!
Spójrzcie jak kończy ten Nazareńczyk,
umiera niczym złodziej!
Nie mów
fałszywego świadectwa i pomóż
im zabić człowieka...
Wszyscy znają na pamięć to boskie prawo,
ale zapominają o przebaczeniu,
Fałszywie świadczyłem na Boga i na mój
honor, nie czuję z tego powodu bólu,
Fałszywie świadczyłem na Boga i na moje
imię, nie czuję z tego powodu bólu.
Nie
pożądaj rzeczy bliźniego swego, nie pożądaj jego żony…
Powiedzcie to tamtym, zapytajcie o to
tych, którzy mają kobietę i cokolwiek…
W łóżkach już pełnych miłości nie
doznałem bólu.
Wczorajsza zawiść się nie skończyła,
dziś wieczór zazdroszczę wam życia.
Ale teraz, gdy nadchodzi wieczór i
zmrok, zdejmuje mi ból z oczu,
Słońce zachodzi w dali za wydmami, aby
zranić inne noce,
Obserwując tego umierającego człowieka,
matko, czuję ból,
W litości, która nie czuje żalu, matko,
nauczyłem się miłości.
W tym miesiącu zbieranie informacji
dotyczących włoskiego życia okazało się być nieco utrudnione, bowiem w czerwcu
aż dwa razy strajkowali redaktorzy Włoskiej Agencji Prasowej ANSA. Całe
szczęście są również inne źródła informacji, dzięki którym mogłem stworzyć
subiektywny wybór artykułów, który prezentuję poniżej.
W niektórych włoskich regionach w
czerwcu odbyły się wybory samorządowe. Wyniki nie pozostawiły złudzeń, centroprawicy
udało się odzyskać część regionów i większość w niektórych władzach lokalnych.
Partito Democratico nie było wstanie powtórzyć sukcesu z wyborów do PE i
poparcie dla tej partii nieznacznie spadło. Premier Włoch, Matteo Renzi, już
zapowiedział gruntowne zmiany i powrót do stylu uprawiania polityki, z którego
był znany jeszcze kilka lat temu. Opozycja zwyciężyła w Wenecji Euganejskiej
oraz w Ligurii.
W
mijającym miesiącu znalazła kontynuację sprawa rzymskiej mafii. Śledczy dokonali kolejnych 44 aresztowań, w krzyżowy ogień niewygodnych pytań dostał
się Luca Gramazio, polityk, któremu zarzuca się związki z Massimo Carminatim,
szefem organizacji kryminalnej, która działała w Wiecznym Mieście. Po raz
kolejny włoscy śledczy ujawnili sieć połączeń, w skład której wchodzili
kryminaliści, politycy oraz biznesmeni. Nad Italią wciąż wisi trauma lat ’80…
źródło: www.teatronaturale.it
Expo zaczęło się już jakiś czas
temu, ale dopiero od kilku-kilkunastu dni w Internecie można znaleźć relacje
dotyczące strefy enologicznej na wystawie. Ogromny pawilon poświęcony jest winom włoskim i nie tylko, chociaż trzeba przyznać, że te pierwsze są w
przeważającej ilości. Na Expo znalazły się rzeźby, obrazy, prezentacje
multimedialne i inne formy przekazu pokazujące świat win w niecodzienny sposób.
Nie zabrakło również degustacji (chętni mogą spróbować trzech dowolnie
wybranych win płacąc 10 euro). W wyborze pomaga specjalna aplikacja, która w
przystępny sposób pokazuje informacje na temat każdej z 1300 dostępnych
butelek.
Skoro już o winach mowa: a może by
tak stworzyć program typu MasterChef z winami w roli głównej? W styczniu
ogłoszono informację o projekcie nakręcenia programu tego typu, miałby się on
nazywać „Un’ottima annata” („Świetny rocznik”). Realizacji podjął się Mediaset,
docelowo ma powstać 8 odcinków, w których udział weźmie 8 winnic. Pisze o tym portal Vino Way.
MasterChef w winiarskiej odsłonie to
zaledwie projekt, we Włoszech powstał już jednak film z głównym udziałem producentów wina. Davide Vanni, reżyser, bloger i aktywista podjął się zadania
stworzenia filmu skupiającego się na produkcji wina. Na obrazie ujrzymy różnych
winiarzy, którzy opowiadają o swoich gospodarstwach i pracach, jakie są tak
wykonywane w ciągu całego roku.
Pesto to tradycyjne danie (a
właściwie sam sos) kuchni liguryjskiej (nie przez przypadek w nazwie mamy genovese). W dialekcie liguryjskim jego
nazwa to pestu, a głównym składnikiem
jest bazylia – bexeico (czyt.: baszeiko).
Mówi się, że już Wergiliusz opisywał pierwowzór tego sosu, ale pierwszy
prawdziwy przepis pochodzi z XIX wieku. By zrobić dobre pesto potrzeba
składników wysokiej jakości: świeżej i aromatycznej bazylii, orzeszków
piniowych, najlepszej z możliwych oliwy z oliwek i aromatycznego parmezanu. W
zamian otrzymamy produkt niezwykle smaczny, bijący o głowę te ze sklepu.
Składniki:
·100g świeżej
bazylii
·50g orzeszków
piniowych
·50g tartego
Parmigiano Reggiano
·50-70ml oliwy z
oliwek Extra Vergine
·3 ząbki czosnku
·Sól
·Pieprz
Pesto to sos opierający się na kilku składnikach
rozdrobnionych w blenderze i dobrze wymieszanych, a więc nie ma tu większych
trudności w przygotowaniu. Przygotowanie zaczynamy od podsmażenia na odrobinie
oliwy z oliwek orzeszków piniowych. Należy to robić na małym ogniu ciągle
mieszając. Gdy orzeszki nabiorą brązowego koloru zdejmujemy je z ognia i
studzimy.
Następnie umytą i osuszoną świeżą bazylię musimy obrać –
do pesto trafiają jedynie listki, łodyżki możemy ususzyć i stosować później
jako przyprawę np. do sosów. Gdy mamy już przygotowaną bazylię musimy ją
rozdrobnić w blenderze. To samo czynimy z ząbkami czosnku (można je równie
dobrze rozdrobnić w prasce). Zarówno liście bazylii, jak i czosnek trafiają do
jednej miski. Dodajemy również starty parmezan, oliwę i rozdrobnione w
blenderze, wcześniej podsmażone, orzeszki piniowe. Mieszamy wszystko dokładnie.
Doprawiamy solą i pieprzem do smaku.
Tak przygotowane pesto kładziemy do słoiczków (używałem
słoiczków, które są w miarę proste, mają regularne kształty i nie ma później
problemów z wyjmowaniem zawartości). Jeśli mamy zamiar zużyć sos „na bieżąco”,
nie musimy ich pasteryzować. Sos, który nie został poddany pasteryzacji,
przechowujemy w lodówce do dwóch miesięcy. Jeśli natomiast chcemy cieszyć się
naszym pesto przez dłuższy czas musimy słoiczki szczelnie zamknąć i na małym
ogniu pasteryzować przez minimum 30 minut. Następnie odstawiamy je do momentu,
gdy wszystkie wieczka staną się wklęsłe. Jeśli zrobiliśmy wszystko higienicznie
– pesto postoi nawet rok i nadal będzie bardzo smaczne.