____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą merlot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą merlot. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 maja 2017

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Modła

Dziennik z wyprawy po Sandomierskim Szlaku Winiarskim


          Od Płochockich wyjechaliśmy, gdy słońce już kierowało się ku horyzontowi. Ostatnie promienie ogrzewały nam twarze, ale jak tylko złocisty krąg zniknął za sadami majaczącymi przed nami, zrobiło się jeszcze chłodniej niż w ciągu dnia. Byliśmy już blisko miejsca, gdzie planowaliśmy rozbić namioty. To, co na mapie wydawało się być dość sporym lasem, w rzeczywistości okazało się niewielkim zagajnikiem. Drzewa były wciąż nagie, na gałęziach nie było nawet zapowiedzi młodych liści w postaci pączków.

          Aby nie było nas widać z niewielkiej asfaltowej drogi, musieliśmy prowadzić rowery w głąb zagajnika podmokłą dróżką przez dobre kilkanaście minut. Robiło się coraz ciemniej i chcąc rozłożyć namioty bez potrzeby korzystania ze światła latarek, musieliśmy zadowolić się tym, co znaleźliśmy dotychczas. Przygotowaliśmy teren pod obozowisko wyrzucając spróchniałe konary i wyrywając niewielkie krzewy. Rozłożenie namiotów zajęło nam dosłownie kilka chwil, Ł. w międzyczasie przykrył rowery zabezpieczając je przed wilgocią. Na noc zapowiadano temperaturę poniżej zera, więc czym prędzej zaszyliśmy się w śpiworach nie zdejmując przy tym grubych spodni i puchowych kurtek. Szybka kolacja przygotowana nad palnikiem gazowym i kilka łyków aromatycznego półsłodkiego frizzante (połączenie niezbyt udane biorąc pod uwagę obecność kaszy, sera i kiełbasy w menażkach, ale z kolei patrząc na okoliczności, najlepsze z możliwych) ukoiły nas do snu. CZYTAJ DALEJ...

czwartek, 15 grudnia 2016

Wina z krainy mafii? No way!

Costantino, Sycylia porządnie i niedrogo


            Obraz Sycylii jako terra della mafia utrwalony w świadomości społecznej przez liczne produkcje literackie i kinowe wydaje się być dzisiaj romantyczną opowieścią lat szczęśliwie minionych. Trudno polemizować z historią i po prostu nie sposób nie przyznać, że największa wyspa na Morzu Śródziemnym stała się poniekąd matczynym lokum dla najbardziej znanej niegdyś organizacji kryminalnej w Europie. Jej nazwa jeszcze kilkanaście lat temu budziła lęk u największych twardzieli. Dziś jednak z dawnego posłuchu pozostało relatywnie niewiele. Tak, tak, drodzy Czytelnicy, Cosa Nostra nie umywa się do „koleżanek po fachu”. Ani zasięgiem działania, ani brutalnością, ani też poziomem rozpoznawalności. Rozsławiona poniekąd przez Roberta Saviano Camorra, czy nawet mniej znane dla ucha polskiego obserwatora nazwy jak ‘Ndrangheta lub Sacra Corona Unita, trafiają na czołówki włoskich dzienników o wiele częściej niż wspomniana Nasza Sprawa. Wyrosła na micie Salvatore Giuliano sycylijska mafia wróciła do swojego matecznika z emigracji na skrzydłach bombowców amerykańskich w czasie II Wojny Światowej. Po kilkudziesięciu latach prosperity przyszedł czas na czystki. Maxiprocesso i sprawa zamknięta.
            Jak powszechnie wiadomo podejrzane interesy i kryminalne występki lubią kręcić się wokół dużych pieniędzy. Nic więc dziwnego, że dziś największa mafia działa w przeróżnych obszarach nie w Mezzogiorno, a na północy Włoch. Setki inwestycji realizowanych z polecenia rządowego lub też nie, zbroczone są krwią niewinnych, którzy polegli w walce z mafią (lub po prostu nieświadomie stanęli na drodze jej interesów). Wspomnieć przy tej okazji wystarczy o inwestycjach realizowanych w centrum kraju oraz tak zwanej mafii budowlanej w północno-wschodnich regionach Italii, a i tego mało! Wiele rejonów zniszczonych po katastrofach w ostatnim dziesięcioleciu zostało odbudowane tylko dzięki środkom pochodzącym wprost z organizacji kryminalnych. I pomimo zapewnień, że po tegorocznych trzęsieniach ziemi będzie inaczej, mało komu jeszcze we Włoszech chce się w to wierzyć…


            Koniec jednak tych kryminalnych wywodów i smutków. Wróćmy na ziemię, czyli na Sycylię. Dziś wyspa to nie mafia, punto e basta. Sycylia powoli staje się turystyczną potęgą, która wciąż uczy się jak w pełni wykorzystać swój potencjał. Typowo południowy chaos jest nieunikniony, ale mieszkańcy wyspy z każdym dniem, z każdym turystą zdobywają doświadczenie. Podobnie sprawa ma się z tutejszymi producentami wina. Jeszcze dziesięć lat temu trudno było mówić o jakościowych winach z Sycylii, a tania masówka podłej jakości płynęła stąd w świat szerokim strumieniem. Dziś sprawy mają się inaczej, może niewiele, ale inaczej. To właśnie tu powstają świetne wina, które cenowo z wielu przyczyn wciąż biją na głowę butelki z regionów położonych w centrum lub na północy kraju. Produkuje się tu również wiele win z niższej półki, ale wciąż dających się zdefiniować jako smaczne, porządne wino codzienne. I właśnie w tych ostatnich upatruję sukcesu Sycylijczyków. Raczej nie sposób walczyć im z prestiżem Toskanii, o Piemoncie nie wspominając. Segment win dobrych, ale w znośnych cenach wciąż za to jest nienasycony (spójrzcie co ląduje na półkach większości marketów), a Sycylia ma wszystkie narzędzia, aby go zapełnić. Niskie koszty produkcji, wieloletnie doświadczenie, dobry klimat i teren. Ba! Mało tego, są tu również lokalne szczepy, które ze spokojem mogą stać się lokomotywą nowej sycylijskiej jakości winiarskiej.
            Jednym z producentów trafiających ze swoim portfolio we wspomniany segment jest winnica Costantino. Właściciele nie mają ambicji na tworzenie win na siłę. Robią to, w czym czują się dobrzy (a trwa to już od ponad pół wieku): pokazują rodzinną wyspę przez pryzmat win. Na 55ha wapienno-gliniastej gleby uprawiają zarówno szczepy lokalne jak i te międzynarodowe. Powstają z nich wina świeże, trafiające do serca swoją prostotą i czystością. Same nazwy win wywodzą się wprost z języka (dialektu?!) sycylijskiego, co jedynie podkreśla cel i pokazuje filozofię Costantino. Sami z resztą się przekonajcie.


            Dość duże portfolio producenta dzieli się na kilka linii. Są wina tańsze, codzienne; są średniaki na niedzielę; są wreszcie co lepsze butelki z serie A. Panoramę win Costantino otwiera Làusu 2015 czyli kupaż 50/50 Grecanico i Catarratto. Samo słowo làusu (z sycylijskiego), jak wytłumaczył mi producent, oznacza giusto merito, czyli słuszna zasługa i ma określać wino, które oddaje wszystko to, co weń włożono w procesie produkcji. W nosie częstuje świeżym bukietem, w którym dominują jabłka i białe kwiaty; pojawiają się również owoce egzotyczne. Na języku rześkie, z mineralnym finiszem i ładnie zaznaczoną kwasowością. Na pewno na aperitivo, na pewno do lekkiej sałatki z krewetkami. Catarratto 2015 to z kolei mineralność, która zdecydowanie dominuje nad owocem. W kieliszku znalazło się również Grillo 2015, czyli jeszcze jeden mieszkaniec Sycylii. Duża aromatyczność, białe owoce, nuty kwiatów czarnego bzu i miodu. W ustach zupełna odwrotność słodkiego zapachu, duża wytrawność, ładny balans kwas-aromatyczność-owoc. Niemałym zaskoczeniem było dla mnie wino oparte na szczepie müller-thurgau. Właściciel Costantino wprowadził tę odmianę do winnicy za namową znajomego z północy. I bardzo dobrze! Wino bazuje na aromatach jabłek, ale jest też wyraźna nuta muszkatowa. Nieco cięższe od poprzedników, lepiej zbudowane z odrobiną cukru resztkowego. Na pewno do solidnej porcji makaronu z owocami morza!
            W kupażu chardonnay i insolii (znów 50/50) dominuje zdecydowanie to pierwsze. Zielone aromaty agrestu i gruszek wysuwają się na przód, za nimi nieco nut miodu. Wyraźna kwasowość i ładna struktura, ale trochę za mało insolii w insolii… Quarter 2015 to mieszanka złożona z czterech odmian w równych proporcjach (chardonnay, müller-thurgau, catarratto, grillo). Po spróbowaniu wszystkich poprzednich win bez trudu można było wyczuć aromatyczność grillo, zieloność chardonnay i mineralność catarratto. Gdzieś pałęta się również muszkatowość ostatniego składnika kupażu. Musiaki Sbriu (białe i różowe) to wina raczej na imprezę w gronie znajomych (samo słowo sbriu oznacza po sycylijsku nic innego, jak dobrą zabawę), niż do leniwego sączenia i zadumy. Proste, wesołe bąble. Wersja biała z herbacianym wykończeniem, wersja czerwona na bazie nero d’avola z porcją świeżych poziomek i malin.


            Serię win czerwonych otworzyło (a jakżeby inaczej!) Làusu Nero d’Avola 2015. Prosta czerwień zdominowana przez dojrzałą wiśnię i słodkawą śliwkę. Jest też trochę czereśni. Lekkie, zdecydowanie owocowe, rześkie ze szczerą kwasowością oraz dużą dozą świeżości. Nero d’Avola Syrah Aria Siciliana 2015 ma ciemną, purpurową barwę. Ciała zdecydowanie więcej niż u poprzednika, Syrah dało również nieco pieprzno-ziołowych aromatów. W ustach sporo tanin, może nieco zielonych, ale w sumie nadających winu charakteru. Zdecydowanie do solidnej porcji makaronu z tłustym sosem lub duszonej wieprzowiny. Merlot na Sycylii? Da się z tego ukręcić coś dobrego? Patrząc na Merlot Aria Siciliana 2013 raczej tak. Nie jest to znany z północy Włoch pluszak, a charakterne wino pełne aromatów śliwek i wiśni. Aksamitny owoc z kwasowym wykończeniem i ładną taniną. Ciekawe… bardzo ciekawe.


            Pozostała serie A. Capitolo Uno 2012, rozdział pierwszy. Czyste nero d’avola podkręcone dębem. Beczka w nosie nadal mocno dominująca, wino zdecydowanie potrzebuje czasu, aby się otworzyć, ale gdy to już nastąpi… Jest dużo owocu, tanin i kwasu. Dać mu do towarzystwa kawał mięsa i będzie pysznie. Nonò 2012 to niespotykany na Sycylii kupaż petit verdot i cabernet sauvignon. Również tutaj beczka z początku przykrywa wszystko inne. Po czasie pojawia się słodkawy owoc oraz waniliowe tło. Całość wydaje się mniej taniczna i kwasowa niż poprzednik, nieco już utemperowana, a co za tym idzie łatwiejsza w odbiorze.
            Takiej Sycylii pragnę. Wybitne butelki są pożądane i poszukiwane, ale nie każdy region może na nich budować swoją potęgę. A wyspa z trinacrią w tle zdecydowanie nie powinna tego robić. Znakomita większość turystów nie będzie szukać win znakomitych. Wystarczą porządne, proste, ale czyste jak łza i szczere trunki! Dodać do tego lokalną kuchnię, nieco romantycznych czasów Cosa Nostra i przepis na sukces gotowy…




Mafijną inspirację zawdzięczacie Irkowi i jego degustacji „Win z krainy mafii”.
Degustowałem podczas degustacji otwartej w ramach Targów Enoexpo 2016.

czwartek, 20 października 2016

Friuli i Abruzja, czyli o winach ciekawych

Isola Augusta || Fosso Corno


Rzadko kiedy przychodzi mi wypowiadać się na tematy ściśle związane z importem wina. Zdecydowanie wolę spoglądać na sklepowe półki z drugiej strony, jako klient i konsument. Dziś jednak będzie inaczej. Są na świecie wina, których sprzedaż wymaga dużo wysiłku. Nie są to Chianti wszelkiej maści i nie o Barolo tu mowa. W ich przypadku, niezależnie od ceny, sława wyprzedza je same i napędza sprzedaż. Co tu dużo mówić, handel takimi winami sprawia mniej kłopotu i wymaga mniej pracy aniżeli usiłowanie sprzedania win z regionów stosunkowo kiepsko rozpoznawalnych.
Istnieją mimo wszystko ludzie, którzy podejmują wyzwanie (i ryzyko!) importu win z regionów nieznanych dla większości polskich konsumentów. I chwała im za to! Szlag mnie trafia, gdy wchodząc do sklepu z winem spozierają na mnie dziesiątki butelek z Toskanii i Piemontu, same chardonnay i primitivo. Nie, nie sądzę, że takie wina nie są smaczne, nie dostarczają emocji. Czemu przecież takie Chianti zawdzięcza swoją sławę? Marketing odegrał (i nadal odgrywa) tu znaczącą rolę, ale przecież nie możemy zapominać o jakości! Mimo to, dostrzegłszy gdzieś w kącie skromną, skrytą butelkę ze schiopettino sięgam właśnie po nią i to o niej chce się dowiedzieć jak najwięcej, a najlepiej spróbować wina z jej wnętrza natychmiast. Szczepy lokalne, nierzadko nieznane szerszej publiczności nawet w kraju produkcji, regiony niekoniecznie kojarzące się z winem, butelki wewnątrz których kryją się enologiczne ciekawostki dostarczają mi najwięcej emocji.


Nie wahałem się zatem ani przez chwilę, gdy dowiedziałem się o degustacji win z Isola Augusta i Fosso Corno organizowanej przez importera Minewine w Poznaniu. Pierwsza ze wspomnianych winnic mieści się w prowincji Udine, we Friuli. Znajdujemy się zatem na północnym-wschodzie Włoch, tuż obok granicy włosko-słoweńskiej. W posiadaniu Isola Augusta znajdują się aktualnie 74 hektary winnic, uprawiane są w nich szczepy zarówno międzynarodowe, jak i lokalne. Na pytanie, które z nich leżą bliżej serca właścicieli, przedstawiciel winnicy z rozbrajającą szczerością odpowiedział: „Sprawa jest prosta, na hasło chardonnay sprzedaję do Australii czy USA cały kontener wina. Na hasło schiopettino z trudem jesteśmy w stanie uzbierać chętnych na zakup zaledwie palety”. Po takim postawieniu sprawy nie sposób dziwić się niektórym producentom (i importerom), że stawiają na dobrze znane klasyki, co do których nie ma wątpliwości, ze w mig znikną z półek. Właśnie dlatego Isola Augusta ma w swojej ofercie pinot girigio (korzenno-owocowe aromaty, nuty białych brzoskwiń i mineralne wykończenie wyczuwalne zwłaszcza w ustach) czy chardonnay (pełne owocowych aromatów charakterystycznych dla tego szczepu, smaczne acz nie wywołujące okrzyków zachwytu). Jest i sauvignon firmowany nazwiskiem założyciela winnicy, w tym wypadku można mówić o prawdziwym zaskoczeniu. Międzynarodowy szczep uprawiany we Friuli dał naprawdę wyjątkowe wino, którego aromaty przypominają kwiaty bzu. Znad kieliszka wręcz buchają intensywne nuty kwiatów łączące się z owocowym tłem. W ustach natomiast, w przeciwieństwie do tego, czego można by się spodziewać po zapachu, dość ascetycznie. Jest przyjemna rześkość, która w połączeniu z dobrą budową pozwala na wiele ciekawych połączeń kulinarnych.


Pomimo, że sauvignon od Isola Augusta wywarło na mnie niemałe wrażenie, wciąż bardziej interesowały mnie wina produkowane ze szczepów lokalnych: ribolla gialla (świeży, rześki aromat, owocowy charakter z dominującą nutą zielonych jabłek i gruszek), schiopettino (bardzo jasna barwa, dominujące nuty jagód, malin i truskawek; słodkawe wykończenie, niezwykła lekkość i łatwość picia) oraz refosco (ciepła, rubinowa barwa; w nosie wyczuwalne przyciężkawe aromaty jeżyn i wiśni oraz nieznaczne nuty likierowe; w ustach dość agresywne taniny i wysoka kwasowość, które predysponują to wino do leżakowania jeszcze przez 2-3 lata).
Nie gorszą reprezentacją podczas degustacji mogła pochwalić się winnica Fosso Corno. Główna siedziba producenta i same winogrady znajdują się w Abruzji, około 70km na północ od Pescary. Góry na zachodzie i Adriatyk na wschodzie zapewniają tutejszym winoroślom optymalne warunki do wzrostu. W niewielkiej jak na włoskie standardy, bo posiadające zaledwie 22 hektary, winnicy uprawia się jedynie dwa szczepy: montepulciano d’abruzzo oraz merlot. Ten pierwszy służy w Fosso Corno do produkcji kilku rodzajów Montepulciano d’Abruzzo, czyli flagowego DOC regionu. Merlot z kolei stanowi bazę jednego z ciekawszych win producenta, Admire (ciemna barwa, intensywnie brunatne tło; mocny, owocowy aromat z akcentami ziemistymi; w ustach merlot zdecydowanie poważniejszy niż większość jego przedstawicieli chociażby z Veneto).


Paletę Montepulciano d’Abruzzo w Fosso Corno otwiera wino Aires (prosty owocowy charakter; jeżynowo-wiśniowe usta, gdzieś w tle majaczy czarna porzeczka; bardzo pijalne pomimo stosunkowo wysokiej kwasowości). Tuż za nim plasuje się Mayro, wino dojrzewające przez 6-8 miesięcy w dużych beczkach z francuskiego dębu (czysty owocowy aromat okraszony zaledwie beczkową patyną pod postacią kory cynamonowej; dobry przykład poważnego montepulciano d’abruzzo). Jest i Il Grande, czyli wino biorące swą nazwę od pobliskiego szczytu Il Corno Grande (15% domieszka merlota, bardzo ciemna, intensywna barwa; wino zdecydowanie cięższe, charakteryzujące się potężniejszą budową niż wszystkie opisywane wcześniej, zdecydowana tanina i kwasowość). Riserva to najdłużej dojrzewające wino Fosso Corno (12 miesięcy w beczkach i kolejne 12 miesięcy w butelkach). W porównaniu do Il Grande, wino to ma już nieco utemperowaną taninę, beczka jest tu na równi wyczuwalna z owocowymi aromatami, a całość spina dobra kwasowość.


Fosso Corno to przede wszystkim porządne i smaczne wina. Czy zatem można szukać w nich czegoś ponadto, czegoś niezwykłego? Wszak Montepulciano d’Abruzzo obecne jest na sklepowych półkach w Polsce dość często. Fosso Corno wyróżnia się jednak na tle konkurentów w regionie. Właściciele winnicy podjęli współpracę z tutejszym uniwersytetem w celu wzbogacenia lokalnych tradycji winiarskich. Na abruzyjski grunt przeszczepia się tu rozwiązania znane z innych regionów (jak chociażby metoda zwana rigoverno all’uso toscano, którą w skrócie można przyrównać do ripasso znanego z produkcji Valpolicelli). W Fosso Corno eksperymentuje się również z winami passito, czyli takimi, do których produkcji służą podsuszone owoce winorośli (ponowne skojarzenie z Veneto, tym razem z Amarone, jak najbardziej uzasadnione). Wino Orsus to efekt wspomnianych eksperymentów, jest mocno skoncentrowane i gęste. Ma w sobie słodkawe nuty, które zawdzięcza metodzie produkcji, są również wygładzone, dobrze skrojone taniny. Głębia i potężna, acz elegancka budowa. Właśnie takich niespodzianek i niezwykłości warto szukać na półkach importerów!




piątek, 24 czerwca 2016

Wojna o beczkę

Pedro de Ivar Crianza 2010
           

Mówią, że o gustach się nie dyskutuje. Historia jednak nie raz już udowodniła, że to właśnie z różnic pomiędzy nimi wyrastają wielkie konflikty. Czy zatem nie lepiej jest rozwiązywać niesnaski na polu dyplomacji, aniżeli przy użyciu ciężkich dział? A co jeśli przeniesiemy ten dyskurs na winiarskie podwórko? Podwórko, na którym gusta i guściki, opinie i tezy mniej lub bardziej (raczej bardziej) subiektywne odgrywają rolę pierwszoplanową. Czy zatem lepiej jest milczeć, szukając poprawności, o gustach nie dyskutować? Unikając konfliktów, wypowiedzi na temat tego co w winie lubię, a czego zdecydowanie unikam, pomijać? Pytanie to zdaje się być retorycznym.
Do wielkich konfliktów na winiarskiej arenie z pewnością można zaliczyć spór o beczkę. Amerykańską czy francuską, obojętne. Jak okiem sięgnąć, od wieków fani wina dzielą się, niczym w polityce, na tych popierających beczkę i tych optujących za świeżą owocowością. Jest też i trzecia grupa, którą z powodzeniem można by nazwać wyborcami centrum, centro-beczkowości lub centro-owocowości (do tej ostatniej zalicza się i niżej podpisany). Są to jednak ugrupowania balansujące na granicy progu wyborczego. Pojedynek rozgrzewający emocje i burzący krew w żyłach rozgrywa się pomiędzy najbardziej zagorzałymi fanami drewnianych sztachet i ich oponentami. Nikt ani nic nie jest w stanie nieprzekonanych zachęcić. Nikt ani nic nie jest w stanie przekonanych zniechęcić. Są ci, dla których wino wciśnięte w drewniany, często nieco ciasnawy, garnitur jest uosobieniem ideału. Są też i ci, dla których wino wolne, nieskrępowane dębowym uściskiem stanowi wzorzec z Sèvre.
            Ustawiając się nieco pośrodku linii frontu, ryzykując ostrzał to z jednej, to z drugiej strony, optuję za mądrym użyciem beczki. To znaczy takim, które owocowości nie przykrywa, nie tłamsi, nie gasi. To znaczy takim, dzięki któremu podkreślona zostaje głębia owocu, uwypuklone cechy najlepsze, a ukryte te gorsze (nie znaczy to jednak, że opowiadam się za wlewaniem do dębowych beczek win, w których wady dominują). Z takim to oto podejściem zbliżyłem się do butelki Crianzy z Navarry, kupażu Tempranillo/Garnacha/Merlot leżakującego w beczkach z dębu amerykańskiego przez 12 miesięcy.
            Barwa ciemna, intensywna, bordowo-brunatna z jaśniejszymi, ceglanymi refleksami informującymi o dojrzałym wieku wina. Nos z początku zdominowany przez dębinę przykrywającą całkowicie owoc. Jest rozmaryn, jest tymianek, jest mokre drewno, a nawet skóra. Owocu jednak brak. Dopiero w drugim momencie pojawiają się podwędzane śliwki. Sprawa ma się podobnie na języku. Z początku dębina, później miękkie owoce leśne. Całość złapana w uścisku tanin, który wydaje się być niczym idealnie opinający ciało wina gorset. Nie ma trocin, nie ma drzazg. Tanina, w rzeczy samej, jest przyjemna. Całość zamyka tostowy finisz.
Wrażenia? Nieprzekonani dzięki tej butelce się nie przekonają. Przekonani z tej butelki się ucieszą. Zwolennicy centrum pozostaną na tej wygodnej i niebezpiecznej zarazem pozycji. Samo może zmęczyć, do ciężkiego mięsiwa nieocenione (średnio wysmażona wołowina, karkówka z grilla, dziczyzna…). Drugiego dnia od otwarcia wino łagodnieje, dębina ustępuje miejsca owocom.

Nazwa: Pedro de Ivar Crianza 2010
Producent: Familia Escudero
Miejsce zakupu: Słoneczna Winnica
Cena: 39zł (wino do degustacji otrzymałem od importera)
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 

piątek, 18 marca 2016

Valcalepio D.O.C.

Międzynarodowe szczepy w lokalnej odsłonie

źródło: prolocotrescore.it

„Wino z okolic Bergamo, gdzie dolina rzeki Pad łączy się z podnóżem Alp. Głównie międzynarodowe odmiany. W większości wypijane na miejscu”. Taki opis apelacji Valcalepio D.O.C. znajdujemy w najnowszym wydaniu kieszonkowego przewodnika winiarskiego autorstwa Hugha Jonsona. I chyba trudniej o krótszą, a jednocześnie bardziej trafną definicję.
Apelacja w rzeczy samej jest niewielka i skupiona wokół Bergamo. Rozciąga się od Pontidy na zachodzie, aż po Sarnico na wschodzie. Wąski poziomy pas o długości około 50km. Czy ma do zaoferowania cokolwiek interesującego dla poszukiwaczy enologicznych przygód? Cóż, nie liczcie na fajerwerki. Nie bez powodu większość win wypijana jest na miejscu. Po części z racji niewielkich rozmiarów produkcji, po części z powodu różniej jakości wytwarzanych win, Valcalepio nie miało dotychczas szansy dać się poznać szerszej publiczności. Przyćmione bardziej znaczącymi apelacjami nie jest popularne ani w samej Lombardii, ani tym bardziej we Włoszech.
Mimo to trafiają się ciekawe butelki. Produkowane tu wina nierzadko idealnie pasują do lokalnej, typowo północnej kuchni. Kieliszek dobrego Valcalepio Rosso wręcz idealnie komponuje się z polentą i mięsnym ragù. Valcalepio D.O.C. to apelacja, w obrębie której powstawać mogą cztery rodzaje wina: dwie wersje czerwone (riserva oraz wino niemające styczności z beczką), jedna wersja biała i słodkie wino produkowane z podsuszanych winogron szczepu Moscato Rosso.
Dominują tu odmiany międzynarodowe. Il vino del Colleoni, bo i tak bywa nazywane miejscowy trunek, w wersji czerwonej powstaje z kupażu Cabernet Sauvignon oraz Merlota. Biała wersja to zazwyczaj trzy szczepy: Pinot Grigio, Pinot Bianco oraz Chardonnay.


Podczas mojego wyjazdu do Bergamo miałem okazję spróbować dwóch win czerwonych sygnowanych apelacją Valcalepio D.O.C. Pierwszym z nich było Valcalepio Rosso D.O.C. 2013 produkowane przez Cantina Sociale Bergamasca (cena około 4-5 euro, wino dostępne w miejscowych marketach i mniejszych sklepach). Miało granatowo-brunatną, nie do końca klarowną, intensywną barwę. W nosie dało się wyczuć trochę mocno dojrzałych (a nawet przejrzałych) śliwek i czerwonych owoców. W zapachu pojawiła się również nieprzyjemna nuta gnilna. Pierwsze skojarzenie: listopadowa pogoda, ulice pełne brązowej mazi powstałej z liści, które niedawno opadły z drzew. W ustach podobnie nieprzyjemne odczucia. Do tego bardzo niska kwasowość, praktycznie brak tanin i nieco cukru resztkowego, który jedynie potęgował gnilne skojarzenia. Drugiego dnia jeszcze gorzej, po wyjęciu korka z szyjki butelki moje nozdrza uderzył wręcz smród gnijących owoców. Chyba jedno z gorszych winiarskich doświadczeń w ostatnim czasie, zdecydowanie odradzam zakup tej butelki i oceniam ją na:




Na szczęście drugie próbowane przeze mnie wino obroniło dobre imię Valcalepio D.O.C. Produkowany przez Eligio Magri Lyr 2012 po nalaniu do kieliszka miał granatowo-purpurową barwę. Równie intensywną, co poprzednie wino, ale też zdecydowanie żywszą i napawającą optymizmem. W nosie duża dawka ciemnych owoców: jagody, wiśnie, śliwki, jeżyny… wszystkiego po trochu. Na języku podobnie, to znaczy dominujące nuty dojrzałych owoców. Jest i dobrze wyczuwalna kwasowość, chociaż można by zażyczyć sobie jej jeszcze więcej. Tanin nie brakuje, nawet jeśli nie są one mocną stroną tego wina. Dość gęste, z dobrym ciałem i przyjemnym finiszem. Porządne, lokalne wino w dobrej cenie (w sklepach cena za butelkę to 6-8 euro). Ocena:



Oczywiście nie łudzę się, że na podstawie zaledwie dwóch butelek możliwe jest wyrobienie sobie opinii na temat całej apelacji. Valcalepio D.O.C. to dla mnie wciąż terra incognita i już teraz wiem, że przy moim następnym pobycie w Lombardii sięgnę po kolejne butelki zawierające miejscowe wino, do czego zachęcam i Was.




wtorek, 16 lutego 2016

Winne Wtorki: Kulinarny powrót do korzeni

Szukamy wina do lokalnych przysmaków

Z pewną dozą niedowierzania i podziwu dla siebie samego z każdym tygodniem zauważam, jak w mojej kuchni kolejne miejsca dotychczas obwarowane przez potrawy iście włoskie, zdobywa nasza rodzima kuchnia. Mój powrót, w pewnym sensie, do kulinarnych korzeni naznaczony jest odkrywaniem na nowo lokalnych smaków oraz przepisów, które mam w pamięci dzięki temu, co serwowała mi często na obiad mama. Wówczas zdarzało się, że gardziłem pyrami z gzikiem lub tradycyjną wielkopolską czerniną, dziś mój stosunek do regionalnych dań zmienił się o 180 stopni, a enologiczne wyprawy w nieznane traktuję jedynie jako kolejny bodziec do odkrywania przepisów, z których czerpała moja mama i babcia.
Nie dziwi więc, że z wielką chęcią przystałem na propozycję Sławka, autora bloga Enoeno, dotyczącą dzisiejszego tematu Winnych Wtorków. Drodzy Czytelnicy, szukamy dziś win pasujących do dań lub produktów, które związane są z naszymi okolicami (naszymi, tj. winnych blogerów). Kuchnia wielkopolska, jak powszechnie wiadomo, pyrami stoi. Nie bez powodu przecież Poznań znany jest jako stolica Pyrlandii. A czymże są rzeczone pyry? Niczym innym jak ziemniakami, kartoflami nazywanymi w niektórych miejscach. Plyndze, czyli placki ziemniaczane, serwowane były w moim rodzinnym domu bardzo często w piątek w towarzystwie kwaśnej śmietany. To samo tyczy się przywołanych już pyr z gzikiem (czyli ziemniaków z białym twarożkiem doprawionym cebulką/szczypiorkiem). Ciągle mam w pamięci smak szagówek, czyli takich wielkopolskich kopytek (nazwa pochodzi od charakterystycznego krojenia klusek – „na szagę”, co w gwarze poznańskiej oznacza „na ukos”). Nie zapominajmy o szarych kluskach, które w moim domu nazywane były „z pokrywki”, bowiem z ciasta na bazie tartych ziemniaków, ułożonego na metalowej pokrywce, odrywało się łyżką małe kluseczki o nieregularnym kształcie.
Kuchnia wielkopolska to jednak nie tylko pyry. To również kaczka, nieco dziczyzny oraz Rogale Marcińskie na deser (przysmak przede wszystkim kojarzony z Poznaniem). O rogalach pisałem już wcale nie tak dawno, udało mi się nawet znaleźć przyjemnego rieslinga „zza miedzy”, który na św. Marcina całkiem dobrze pasował do tradycyjnego poznańskiego Rogala Marcińskiego. Wróćmy jednak jeszcze na moment do kaczki – tę podaje się tradycyjnie w towarzystwie słodkiej modrej kapusty oraz pyz. Nie dajcie się jednak zmylić, my Wielkopolanie nazywamy tak to, co inni znają jako kluski na parze!


 Jak widać, pole do popisu niemałe. Chwała temu, kto w jednym skromnym wpisie byłby w stanie wziąć pod uwagę cały ten ogrom kulinarny i objąć go enologicznym spojrzeniem. Aby ułatwić sobie nieco sprawę, postanowiłem szukać win tylko do dwóch tradycyjnych elementów kuchni mojego regionu. Wybrałem jeden produkt oraz jedno danie.
Zgodnie z powszechnie obowiązującymi zasadami podawania potraw (nie, kuchnia regionalna nie jest ani trochę wyjęta spod tego typu restrykcji), zaczniemy od leberki wielkopolskiej. Jest to rodzaj wędliny (wątrobianki) wyrabianej z podrobów. Głównym składnikiem tego produktu jest wątroba wieprzowa. Lekko podwędzona leberka wytwarzana była na terenach Wielkopolski najczęściej w okolicach Wielkanocy. Nazwa, jak łatwo zauważyć, pochodzi od niemieckiego słówka leberwurst (dosłownie kiełbasa z wątroby).
Do sedna: do wyżej wspomnianego wielkopolskiego przysmaku proponuję musiaka z Katalonii, Cava Brut Mont Marcal. Słomkowo-złocista barwa i jabłkowo-drożdżowy nos. Do tego nuty niedojrzałego, zielonego ananasa. Wino na języku dość lekkie, rześkie i chrupkie. Zdecydowanie wytrawne. Aromat raczej z tych średnio intensywnych. Do leberki nie za mocno potraktowanej dymem wędzarniczym będzie jak znalazł. Bardziej czujnym egzemplarzom może nie podołać.

Nazwa: Cava Brut
Producent: Mont Marcal
Miejsce zakupu:
Cena: wino otrzymałem w prezencie
Rodzaj wina: białe, wytrawne, musujące
Ocena:




Po tak smakowitym wstępie czas na danie główne, pieczona kaczka z modrą kapustą i pyzami (w poznańskim tego słowa znaczeniu). Na talerzu dużo różnych smaków, ale nutą przewodnią jest słodycz (suszone śliwki lub słodkie jabłka dodane do pieczenia kaczki oraz modra kapusta doprawiona na słodko-kwaśno z przewagą tego pierwszego). W tym wypadku można pójść za radą Jakuba Małeckiego i sięgnąć po Beaujolais. W moim kieliszku wylądowało jednak inne francuskie wino. Mój wybór może nieco dziwić, ale wszelkie wątpliwości zostaną wyjaśnione w dalszej części. Zaryzykowałem kaczkę z Saint-Emilion J. Lebegue 2013.
Wino miało ciemno krwisty kolor, chociaż był on nieco rozwodniony. W ustach zdecydowanie dominowały czerwone owoce, gdzieś w tle pojawiało się nieco alkoholu. Czuć było dominację merlota w kupażu. Ogólnie rzecz ujmując zapach prosty, wygładzony, ale przyjemny. W ustach niestety słaba koncentracja aromatów, słaba kwasowość, całość jakby podzielona na pół. Są owoce, jest odrobina pikanterii na finiszu, ale mimo wszystko mało tego. W kontekście Saint-Emilion wino słabe, w kontekście promocyjnej ceny (15zł) i tego, co znalazło się na moim talerzu – wino całkiem pijalne i przyjemne. Nie ukrywam, pozycje z tej apelacji serwowane do kaczki to wybór dość odważny, ale w tym wypadku, gdy na tapecie pojawiło się wino złagodzone, zredukowane w aromatyczności i intensywności, było bardzo w porządku.

Nazwa: Saint-Emilion 2013
Producent: J. Lebegue
Miejsce zakupu: Biedronka
Cena: 30zł 15zł
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 


Inni wtorkowicze napisali:

sobota, 24 października 2015

Winne smaki znad jeziora Trasimeno

Umbryjskie klasyki w kieliszku

"W tym lokalu organizujemy odrabianie zajęć dla abstynentów." Wymowne.

            Coroczny wypad nad jezioro Trasimeno chyba już na stałe zadomowił się w moim wakacyjnym kalendarzu. Rok w rok odwiedzam to niesamowite miejsce, któremu Stwórca nie oszczędził uroku wynikającego z natury. Nie dla samej przyrody jednak przejeżdżam pół Europy. Wspomnieć w tym miejscu muszę o tle historycznym (mam na myśli bitwę Rzymian z Hannibalem u brzegów Lago Trasimeno, w której ci pierwsi ponieśli sromotną porażkę) oraz o urokach wypływających (dosłownie!) z enologicznego bogactwa. Do szczęścia nic więcej mi nie trzeba… wystarczy wspomnieć, że dwa lata temu przywiozłem z tego miejsca przyjemne Est! Est!! Est!!!, a w zeszłym roku pyszne lokalne bąbelki. A jak było w tym roku?


            Dobrze. Tylko, albo aż dobrze. Zależy jak na to spojrzeć. Aż dobrze, bo udało mi się spróbować wielu lokalnych specjałów. Tylko dobrze, bo jedynie na tyle oceniam jakość degustowanych przeze mnie win. Zaczęło się od Grechetto Poggio Bertaio IGP 2014. Było to wino o lekko zielonkawej barwie i takich też nutach wyczuwalnych przy pierwszym kontakcie z nozdrzami. Dopiero po krótszym obcowaniu z tlenem i ogrzaniu wina z kieliszka niechętnie wysunęła się owocowo-ziołowa nuta. W ustach zwiewność, średnia intensywność aromatów i taka też kwasowość. Niedojrzała papierówka i polne zioła, krótko mówiąc. Dobre na aperitivo, dobre do risotto ze szparagami lub innego warzywnego. Wino kosztowało 5 euro, a oceniłem je na:




            Drugim winem wyprodukowanym na bazie tego samego szczepu było Colli Martiani DOC 2013 od producenta poznanego przeze mnie rok wcześniej - Terre della Custodia. Pomimo, że wino było o 12 miesięcy starsze od poprzedniego, wciąż zachowywało pewną dozę świeżości i rześkości, której towarzyszyło kamienne tło. Nic to jednak nie dało, bo wino określiłem w notatkach jako „smaczne, ale bez szału, nie zapada w pamięć, tego kwiatu to pół światu”. Na dodatek kosztowało o 1,5 euro więcej niż Poggio Bertaio. Czy trzeba coś jeszcze dodać? Colli Martiani broni z kolei dopisek „dobre na upały”. Wino otrzymało ode mnie ocenę:



            Przejdźmy do umbryjskich czerwieni. Zacząłem od degustowanego już poprzednio Montefalco Rosso produkowanego przez Terre della Custodia. W tym roku nalano mi do kieliszka rocznika 2011. Cóż, nie będę krył, że nie byłem zachwycony. Nawet jeśli ciemno-wiśniowa barwa i śliwkowo-drewniany nos zachęcały do zanurzenia ust, smak wdzierał się do tej bajki niczym nieproszony gość i zamieniał ją w horror. Potężne drewniane drzazgi, żeby nie powiedzieć hebel. Średnia kwasowość i do tego trochę wiśni w cynamonie. Po długim napowietrzaniu tanina nieco słabnie, ale wciąż się za bardzo panoszy. Za dużo jej tu jak na wino za 8,5 euro, ocena to:



            Na szczęście ostatni zawodnik od tego samego producenta obronił dobre imię firmy. Colli Martani Rosso 2013 z edycji Collezione to kupaż na bazie szczepów Merlot i Sangiovese. Barwa jak u poprzednika, ciemna, intensywna. W nosie również nieco śliwki, nieco podwędzanej wiśni, nieco beczki. W ustach natomiast nie ma już wbijających się w język drzazg. Są za to wyraziste, ale dobrze skrojone taniny. Zdecydowanie miększe i lepiej wyważone niż Montefalco. Dobra kwasowość, która współgra z beczką, owocowością i taniną. Za 7 euro zdecydowanie warto, wino oceniłem na: