____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 listopada 2016

Winne Wtorki: wino Wysp Szczęśliwych

Hiszpania nieoczywista

            W 1312 roku kupiec i żeglarz pochodzący z Ligurii dopłynął do jednej z wysp położonych u zachodnio-północnych wybrzeży Afryki. Od jego nazwiska wyspę tę nazwano Lanzarote. Już wtedy kapitan Lancelotto Malocello dostrzegł potencjał drzemiący w Wyspach Kanaryjskich. Po niespełna dwóch dekadach pobytu na Wyspach Szczęśliwych musiał jednak skapitulować pod naporem rdzennych (no może nie do końca, ale o tym za chwilę) mieszkańców wysp, Guanczów.


Do rządzenia było wielu

            Zanim Wyspy Kanaryjskie trafiły pod panowanie Króla Hiszpanii, musiało upłynąć wiele lat. Pretendentów do sprawowania tu władzy na przestrzeni wieków pojawiło się wielu. Już w okolicach trzeciego tysiąclecia przed naszą erą dopłynęli tu pierwsi osadnicy z Afryki (co dziwić nie powinno, wszak Kanary leżą u wybrzeży Afryki, nawet jeśli dziś znajdują się pod jurysdykcją państwa europejskiego). Około tysiąc lat później na Wyspy Kanaryjskie dotarł tajemniczy lud Guanczów. Na jego temat wciąż krąży wiele tajemnic, badaczom do dziś nie udało się ustalić jego pochodzenia. Przez kolejne dwa tysiące lat Guanczowie żyli w izolacji, która zapewniała im względny spokój. Dopiero w 1312 na scenę wszedł wspomniany już na wstępie włoski żeglarz. Dotychczasowym mieszkańcom archipelagu po dwudziestu latach walk udało się pokonać Malocello. Ugięli się oni jednak pod kolejnym najeźdźcą. W 1402 roku na Lanzarote dotarł Jean de Béthencourt, odkrywca urodzony w Normandii, służący wówczas Królowi Kastylii. Przybycie Francuza rozpoczęło okres krwawych walk pomiędzy Hiszpanami, a Guanczami, które zakończyły się dopiero u schyłku stulecia. Skutki tych wojen widoczne są na Kanarach do dziś. Do dziś bowiem zachowały się tu jedynie niewielkie ślady obecności Guanczów, po Hiszpanach natomiast… no cóż, Hiszpanie władają wyspami nadal.

źródło: www.wikipedia.org

Wyspy wina, czyli Wyspy Szczęśliwe

            Dziś domeną Wysp Kanaryjskich jest przede wszystkim turystyka oraz uprawa bananów i pomidorów. Nie było tak jednak zawsze. Jeszcze w XVI wieku tutejsza gospodarka opierała się na produkcji cukru, a u schyłku kolejnego stulecia archipelag nazywano… „wyspami wina”. Produkcję wina z pewnością faworyzowało samo położenie wysp. Nierzadko były one ostatnim europejskim portem, w którym uzupełniano zapasy, tuż przed wyruszeniem w podróż przez Ocean Atlantycki ku Amerykom. Jak wiadomo, na statkach nie mogło zabraknąć i wina.
            Nie jest do końca jasne jakie trunki produkowano na Wyspach Kanaryjskich w wiekach XVII i XVIII. Pewne jest jednak to, że tutejszy klimat, a przede wszystkim lokalne terroir już wtedy wywierało znaczny wpływ na jakość i smak wina. Wszystkie wyspy archipelagu są pochodzenia wulkanicznego. Księżycowy krajobraz wydaje się być skrajnie niesprzyjający uprawie czegokolwiek, a mimo to lokalni producenci wina są w stanie przelać do butelek tuf wulkaniczny wyciągając z niego to, co najlepsze. Nie o terroir jednak tylko tu chodzi…

źródło: www.en.losbermejos.com

Tuf wulkaniczny w kieliszku

            Swoją wyjątkowość wina Wysp Kanaryjskich w równej mierze co terroir, zawdzięczają endemicznym szczepom. Jednym z nich jest Listán Negro. Czerwony szczep dający dość proste, owocowe wina, które najlepiej smakują niepotraktowane dębową beczką. Mnie w udziale przypadł Listán Negro od najstarszego i największego producenta na wyspach, Bodegas El Grifo. W kieliszku barwa purpurowa z ciemniejszymi refleksami. W nosie czarna porzeczka i jeżyna, ale nie one tu dominują. Owocowe aromaty mieszają się w kieliszku z zapachem asfaltu i smoły. W ustach wyraźna tanina i kwasowość. Drobne musowanie na języku, z początku wino szorstkie i mało przyjazne. Pierwsze wrażenie za nami, wino pokazuje drugą twarz; po dotlenieniu Listán wydaje się być nieco mniej szorstki w obyciu, nieco lżejszy i bardziej owocowy. Brakuje mu w pewnym momencie ciała, ale wyrazisty, lekko goryczkowy finisz zamyka ładnie całość. Z pewnością nie jest to wino z serii lekkie, łatwe i przyjemne. Wymaga skupienia i cierpliwości, aby odkryć jego wulkaniczne zalety.
            Jedno jest pewne, gdyby Portugalczycy wiedzieli jakie winiarskie terroir kryje się pod nazwą Wyspy Szczęśliwe, nie oddaliby ich Hiszpanom za Azory, Wyspy Zielonego Przylądka i Maderę. I pomyśleć, że całe to bogactwo miało kiedyś okazje stać się własnością Republiki Genui…




Nazwa: Listán Negro
Producent: El Grifo
Miejsce zakupu: w miejscu produkcji
Cena: ok. 8 euro
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 




Inni wtorkowicze napisali:

wtorek, 2 sierpnia 2016

Winne Wtorki: młodsze rodzeństwo

Le Fleuve Bleu 2015
           

W rodzeństwie, niestety, zdarza się nader często, że młodsze musi żyć w cieniu starszego. A to rodzice faworyzują pierworodnego, a to nauczyciele przyrównują jednego do drugiego nie szczędząc krytycznych uwag, a to ciotki i babcie nie pozwalają zapomnieć o tym, jak bardzo młodsze (nie) przypomina starszego. Niektórym w życiu dorosłym udaje się przełamać tę niesprawiedliwą zależność. Innym z kolei zaczyna być dobrze w roli „tego drugiego”.
Takich młodszych braci i sióstr nie brakuje również w winiarstwie. A to starszy szybciej zdobył uznanie, a to z kolei młodszy trafił na zły grunt w złym czasie, a to znowu  starszy otrzymał odpowiednią opiekę winiarza w idealnym momencie. O tym, jak bardzo skomplikowane są drzewa genealogiczne niektórych szczepów, wiedzą chyba tylko najwybitniejsi ampelografowie (a i co do tego pewności brak). Wiadomo jednak, że nieznanych, mniej cenionych lub po prostu zapomnianych młodszych braci i sióstr nie brakuje również na enologicznym poletku. Zdarzają się oczywiście i sytuacje odwrotne, kiedy to starsze z rodzeństwa musi pogodzić się z odejściem do lamusa, albo ustąpić nieco miejsca na podium młodszemu. Takim przypadkiem jest chociażby rodzeństwo pinotów. Pomimo, że czarny przedstawiciel tej rodzinki załapał się na najlepsze działki w Burgundii, niemniejszymi osiągnięciami mogą pochwalić się bracia biały i szary.


Przypadkiem analizowanym przeze mnie jest rodzeństwo grenachów. Ciemniejszego z braci przedstawiać nikomu nie trzeba. Znakomicie sprawdza się jako szczep do zadań specjalnych i daje świetne wina w wysoce niesprzyjającym klimacie. Nie zapominajmy jednak o jaśniejszym z rodzeństwa. Grenache blanc (lub garnacha blanca) to szczep pochodzący z Hiszpanii, ale swoje korzenie z powodzeniem zapuszcza również w południowej Francji i za oceanem. Genów nie da się oszukać, a zatem i biały grenache świetnie sprawdza się w upalnym klimacie, gdzie na nadmiar wody narzekać nie można. W czym zatem tkwi nieporównywalnie większy sukces grenache noir? Szczep ten upodobali sobie Francuzi z Doliny Rodanu. Kupażują go z Syrah lub wcielają w klasyczną triadę grenache-syrah-mourvèdre, ale nie brak tam i świetnych win opartych jedynie na ciemnym grenache, który stanowi tym samym jeden z winiarskich symboli regionu. Podobnie sprawa ma się w Hiszpanii, gdzie mieszanka grenache i tempranillo to po prostu szlagier. Porównywalnym powodzeniem cieszyć się za to nie może grenache blanc. Pomimo, że Francuzi uprawiają go chętnie i kupażują z innymi odmianami, nie zdobył on nigdy uznania jako podstawa win jedno odmianowych, a i w kupażach zazwyczaj jest go niewiele. Nic więc dziwnego, że na półkach, czy to w Hiszpanii, czy na południu Francji, ze świecą szukać win opartych wyłącznie na grenache blanc.
Są na szczęście pewne wyjątki. Jeden z takich wyjątków znalazłem na półkach Marks&Spencer. Butelka zamknięta metalowym kapselkiem, a wewnątrz 750ml wina zrobionego wyłącznie w oparciu o grenache blanc. Pochodzenie w tym wypadku nie powinno zaskakiwać, południe Francji. Wino o jasno słomkowej barwie. W nosie aromaty zielonego jabłka i mineralne, orzeźwiające tło. Jest i nieco gruszki. W ustach jeszcze więcej zielonkawych jabłek, chrupka kwasowość i kamienna rześkość. Proste? No i co z tego. Gdy temperatura powietrza przekracza 30˚C właśnie takie proste, ale zdecydowanie świeże i orzeźwiające wina sprawdzają się najlepiej. Niech żyje młodsze rodzeństwo!

P.s. Rodowód grenache blanc analizowałem za sprawą autorów bloga Enowersytet, Gosi i Michała, którzy zaproponowali temat na dzisiejszą edycję Winnych Wtorków.



Nazwa: Le Fleuve Bleu 2015
Producent:
Miejsce zakupu: Marks&Spencer
Cena: 28,99zł
Rodzaj wina: białe, wytrawne
Ocena: 



Inni wtorkowicze napisali:

piątek, 8 lipca 2016

Duży Ben i Faktoria Win – naczynia powiązane?

Karta Win Standard Plus Wiosna/Lato 2016

źródło: www.wiadomoscihandlowe.pl

Przestronne jak na sklep alkoholowy wnętrze. Klimatyczny, acz prosty wystrój. Miła i fachowa obsługa. Półki zapełnione regionalnymi piwami i winami z różnych stron świata. Do tego lodówki wypełnione produktami spożywczymi wręcz błagającymi o dobrego kompana w kieliszku. Są i karafki, korkociągi oraz odpowiednie szkło (wszystko w przystępnych cenach). Mało co bym zapomniał: szafa z ośmioma butelkami wina, których można przed zakupem spróbować (za darmo!). Mowa o Włoszech? Niemczech? Francji? Nie, jesteśmy w Polsce, w Poznaniu.
W stolicy Wielkopolski, przy ulicy Hetmańskiej, pojawił się pierwszy sklep sieci Duży Ben. Jest to jeden z najnowszych projektów grupy Eurocash, odpowiedzialnej również za półki Faktorii Win, które nie tak dawno przecież stanęły w wielu sklepach osiedlowych i na stacjach benzynowych. W Dużym Benie, niestety, na razie znajdziemy jedynie wina dobrze znane z poszczególnych ofert Faktorii. Na szczęście i wśród nich trafiają się ciekawe pozycje. W samym sklepie bardziej niż wina jednak, zaciekawiły mnie piwa. Szeroki wybór regionalnych trunków w przystępnych cenach, których próżno szukać w popularnych marketach czy delikatesach (nawet takich jak Piotr i Paweł czy Alma). I za to duży plus. Plus również za obecność Sudomira, wina którego recenzję przeczytacie poniżej. Można by się przyczepić, że jest to jedyna polska butelka w Dużym Benie. Równie dobrze można by się przyczepić, że u wielu innych importerów nie ma ani jednej. Nie marudźmy więc, mając nadzieję, że nowy projekt Eurocashu szybko się rozwinie, a do winiarskiego portfolio trafią nowe pozycje. Przejdźmy teraz do recenzji pięciu czerwonych win, które trafiły do najnowszej oferty Faktorii Win – Standard Plus Wiosna/Lato 2016, a które znajdziecie również na półkach Dużego Bena.


24 miesiące w beczkach z dębu francuskiego i amerykańskiego. Kupaż Cabernet Sauvignon i Tempranillo. Cena: 24,99zł. Brzmi jak początek horroru klasy B. Ku mojemu zaskoczeniu, horror ten nie jest aż taki straszny. Torre Oria Gran Reserva 2009 w nosie zaskakuje wiśniowo-jagodowym wstępem. Po zamieszaniu zapachy rozwijają się i stają jeszcze bardziej intensywne. Nie sposób nie zauważyć mocnego beczkowego tła, ale wciąż jest tylko tło, a nie dominanta. W ustach wino wydaje się twardsze niż w nosie. Spora dawka tanin, czasami zbyt suchych. Kwasowość na dobrym poziomie. Tutaj niestety beczka już zdecydowanie dominuje i przykrywa przyjemne owocowe preludium, które poznaliśmy na wstępie. Do tego dochodzi tostowo-kakaowy finisz. W skrócie? Nos przyjemny, usta nieco mniej, ocena:



Trochę jakby dla przeciwwagi, Faktoria Win w najnowszej ofercie umieściła zupełnie inne wino produkowane przez Torre Oria – Niche Bobal (34,99zł). Krwistoczerwona, intensywna i klarowna barwa. Znad kieliszka bucha dojrzała wiśnia, a nawet odrobina owoców leśnych. W ustach przyjemny balans. Taniny aksamitne, ale nie do końca wygładzone. Dużo soczystych owoców i finisz z dominującą nutą gorzkiej czekolady. Nie jest nachalne, nie zakleja. Wszystkiego jest tutaj w sam raz. W mojej ocenie jedno z przyjemniejszych win tej oferty i warte swojej ceny (nawet jeśli niektórzy twierdzą, że nie jest to klasyka gatunku, a Bobala to wino na oczy nie widziało).



Jest i przedstawiciel Sycylii w dzisiejszym zestawieniu. Butelka Colpasso Nero d’Avola w cenie 29,99zł nie zachwyca. Nie ma jednak tragedii. Prosty bukiet bazujący na śliwkowych powidłach i ciemnych owocach. W ustach zdecydowanie niska koncentracja aromatów. Finisz krótki, nieco pieprzny. Wino niezbyt ciężkie, proste, ale smaczne. Trochę tanin, trochę kwasu, trochę cukru resztkowego… aromatów też tylko trochę. Średniak ze średniej półki, cena chyba jednak za wysoka.




Zapowiadany Sudomir Rubin z Winnicy Płochockich to w mojej ocenie jedno z najlepszych win tej oferty (zarówno wśród bieli, jak i czerwieni). Za 59zł otrzymujemy wino o ciemnej, purpurowo-wiśniowej barwie. W nosie z początku same jagody. Po czasie powoli dochodzą doń inne nuty kojarzące się z leśnym poszyciem: jeżyny, maliny, nieco ściółki i mchów. W ustach dominuje zdecydowanie owoc, czysty i niczym niezmącony. Podkreślony delikatną kwasowością i taką też taniną. Gdzieś w tle przewija się nuta żelazna, ale nie jest ona na tyle intensywna, aby zaburzyć bardzo dobre wrażenie, jakie robi to wino. Brawo dla Płochockich! Aż prosi się, żeby szukać kompana wśród dań kuchni polskiej!



Ostatnia butelka tej oferty – Mythique La Cuvée 2014. Suknia ciemna, przybrudzona brunatnymi refleksami. Aromaty w nosie dość poważne. Bukiet bazujący na dojrzałej jeżynie, odrobinie ziół i przypraw. Pojawia się również nieco alkoholu. W ustach niestety dużo gorzej. Wino rozwodnione, owocowy aromat ginie gdzieś już na wstępnie, pozostaje cierpka tanina. I nawet kwasowości brak… Fatalnie doprawiony beczką finisz, dominuje mocna goryczka przypominająca mocno przypalone tosty. Cena 49,99zł w tym wypadku powala, bo nawet za jej połowę nie uważałbym, że jest to wino warte swojej ceny. Podsumowując? Oko i nos są przyjemne, usta niszczą wszystko. Chyba największe rozczarowanie tej oferty.


W kontekście całej oferty wina białe wydają się prezentować lepszy poziom. Nie ma tam żadnych perełek, ale jest za to kilka porządnych, orzeźwiających pozycji w sam raz na letni czas. Niektóre czerwienie bardzo rozczarowują, inne z kolei mocno zaskakują. Jedno jest pewne: każdy znajdzie tu coś dla siebie, chociaż wciąż mogłoby być lepiej.

Wina do degustacji otrzymałem od importera.
Białe wina z oferty Standard Plus zostały opisane w poprzednim artykule.
O czerwonych winach z tej oferty przeczytacie również u innych blogerów: Raport z win, BlurpppPrzy winie, Pisane winem, Winowacja, Winiacz, Korek od wina, Enoeno, KoalaWine Trip Into Your Soul.


piątek, 24 czerwca 2016

Wojna o beczkę

Pedro de Ivar Crianza 2010
           

Mówią, że o gustach się nie dyskutuje. Historia jednak nie raz już udowodniła, że to właśnie z różnic pomiędzy nimi wyrastają wielkie konflikty. Czy zatem nie lepiej jest rozwiązywać niesnaski na polu dyplomacji, aniżeli przy użyciu ciężkich dział? A co jeśli przeniesiemy ten dyskurs na winiarskie podwórko? Podwórko, na którym gusta i guściki, opinie i tezy mniej lub bardziej (raczej bardziej) subiektywne odgrywają rolę pierwszoplanową. Czy zatem lepiej jest milczeć, szukając poprawności, o gustach nie dyskutować? Unikając konfliktów, wypowiedzi na temat tego co w winie lubię, a czego zdecydowanie unikam, pomijać? Pytanie to zdaje się być retorycznym.
Do wielkich konfliktów na winiarskiej arenie z pewnością można zaliczyć spór o beczkę. Amerykańską czy francuską, obojętne. Jak okiem sięgnąć, od wieków fani wina dzielą się, niczym w polityce, na tych popierających beczkę i tych optujących za świeżą owocowością. Jest też i trzecia grupa, którą z powodzeniem można by nazwać wyborcami centrum, centro-beczkowości lub centro-owocowości (do tej ostatniej zalicza się i niżej podpisany). Są to jednak ugrupowania balansujące na granicy progu wyborczego. Pojedynek rozgrzewający emocje i burzący krew w żyłach rozgrywa się pomiędzy najbardziej zagorzałymi fanami drewnianych sztachet i ich oponentami. Nikt ani nic nie jest w stanie nieprzekonanych zachęcić. Nikt ani nic nie jest w stanie przekonanych zniechęcić. Są ci, dla których wino wciśnięte w drewniany, często nieco ciasnawy, garnitur jest uosobieniem ideału. Są też i ci, dla których wino wolne, nieskrępowane dębowym uściskiem stanowi wzorzec z Sèvre.
            Ustawiając się nieco pośrodku linii frontu, ryzykując ostrzał to z jednej, to z drugiej strony, optuję za mądrym użyciem beczki. To znaczy takim, które owocowości nie przykrywa, nie tłamsi, nie gasi. To znaczy takim, dzięki któremu podkreślona zostaje głębia owocu, uwypuklone cechy najlepsze, a ukryte te gorsze (nie znaczy to jednak, że opowiadam się za wlewaniem do dębowych beczek win, w których wady dominują). Z takim to oto podejściem zbliżyłem się do butelki Crianzy z Navarry, kupażu Tempranillo/Garnacha/Merlot leżakującego w beczkach z dębu amerykańskiego przez 12 miesięcy.
            Barwa ciemna, intensywna, bordowo-brunatna z jaśniejszymi, ceglanymi refleksami informującymi o dojrzałym wieku wina. Nos z początku zdominowany przez dębinę przykrywającą całkowicie owoc. Jest rozmaryn, jest tymianek, jest mokre drewno, a nawet skóra. Owocu jednak brak. Dopiero w drugim momencie pojawiają się podwędzane śliwki. Sprawa ma się podobnie na języku. Z początku dębina, później miękkie owoce leśne. Całość złapana w uścisku tanin, który wydaje się być niczym idealnie opinający ciało wina gorset. Nie ma trocin, nie ma drzazg. Tanina, w rzeczy samej, jest przyjemna. Całość zamyka tostowy finisz.
Wrażenia? Nieprzekonani dzięki tej butelce się nie przekonają. Przekonani z tej butelki się ucieszą. Zwolennicy centrum pozostaną na tej wygodnej i niebezpiecznej zarazem pozycji. Samo może zmęczyć, do ciężkiego mięsiwa nieocenione (średnio wysmażona wołowina, karkówka z grilla, dziczyzna…). Drugiego dnia od otwarcia wino łagodnieje, dębina ustępuje miejsca owocom.

Nazwa: Pedro de Ivar Crianza 2010
Producent: Familia Escudero
Miejsce zakupu: Słoneczna Winnica
Cena: 39zł (wino do degustacji otrzymałem od importera)
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 

wtorek, 5 kwietnia 2016

Winne Wtorki: tempranillo, hiszpański klasyk

Bodegas Mureda Tinto Ecológico 2013


            Kolejne święta za nami. Na stołach (prawdopodobnie) królowały wina białe. Do sałatek, jajek, majonezu i białej kiełbasy rieslingi czy inne białe klasyki z Niemiec, Alzacji a nawet Nowej Zelandii były jak znalazł. A i dla słodkich pozycji z Tokaju znalazło się miejsce przy Wielkanocnym stole. Dobrze zatem się stało, że dla odmiany, tematem dzisiejszych Winny Wtorków hiszpański klasyk – tempranillo w czystej postaci. Szczep ten Polakom niby powszechnie znany, ale wciąż mający wiele do zaoferowania i odkrycia.
            Butelkę do dzisiejszego testu kupiłem w sklepie Vininova korzystając z promocji -20% na wina hiszpańskie. Tinto Ecológico 2013 produkowane przez Bodegas Mureda i bez przeceny było zaskakująco tanie, wzbudziło moje zainteresowanie tym bardziej. No bo czego tu się spodziewać od wina kupionego w sklepie winiarskim w cenie dyskontowej? A na dodatek wina oznaczonego zielonym logo świadczącym o uprawie ekologicznej?
            Bodegas Mureda to winiarski przedstawiciel regionu Castilla-La Mancha i jeden z potentatów na lokalnym rynku. W jego piwnicach, tuż obok posiadłości, której korzenie sięgają XV wieku, znajdują się zbiorniki ze stali nierdzewnej będące w stanie pomieścić bagatela 620 tysięcy (!) litrów wina. Winnice producenta leżą w okolicach miasta Valdepeñas położonego na południu regionu. W portfolio Bodegas Mureda znajdziemy wina białe, różowe i czerwone; wina spokojne i musujące; wina organiczne i te mniej organiczne. Wybór w rzeczy samej duży. Etykieta poddana dzisiejszemu testowi należy do serii Mureda Joven on-trade. Sam producent charakteryzuje tę linię jako wina proste, które łączą w sobie najlepsze tradycje regionu z charakterem win z Nowego Świata, a przy tym łatwo się je pije. No to sprawdźmy ile w tym prawdy.
            Wino w kieliszku miało ciemną, wiśniową barwę. Aromat zdominowany przez czerwone owoce z wyraźną przewagą wiśni. Plus za brak wszędobylskiej hiszpańskiej beczki. W ustach już na wstępie uderzyła zdecydowana, zielona kwasowość. Takie też były taniny, które zrazu pochwyciły mnie w żelaznym uścisku i tak trzymały do samego końca. Owocu zapowiedzianego w zapachu teraz brakowało. Mało owoców, mało wiśni, dużo jedynie agresywnych tanin i kwasowości. Po długim napowietrzaniu całość nieco łagodnieje, ale i tak nie jest dobrze. Jeśli pić, to do mięsiwa, które będzie w stanie ujarzmić taniny i kwas. Ogólne odczucia co do wina mieszane. Zapach przyjemny, cena jak najbardziej, no i wino bio… ale w ustach duże rozczarowanie. Wino w cenie marketowej i do takich powinno być porównywane. Nie powala.


Nazwa: Tinto Ecológico 2013
Producent: Bodegas Mureda
Miejsce zakupu: Vininova
Cena: 21,50zł (kupione na przecenie -20%)
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 




Inni wtorkowicze napisali:

wtorek, 16 lutego 2016

Winne Wtorki: Kulinarny powrót do korzeni

Szukamy wina do lokalnych przysmaków

Z pewną dozą niedowierzania i podziwu dla siebie samego z każdym tygodniem zauważam, jak w mojej kuchni kolejne miejsca dotychczas obwarowane przez potrawy iście włoskie, zdobywa nasza rodzima kuchnia. Mój powrót, w pewnym sensie, do kulinarnych korzeni naznaczony jest odkrywaniem na nowo lokalnych smaków oraz przepisów, które mam w pamięci dzięki temu, co serwowała mi często na obiad mama. Wówczas zdarzało się, że gardziłem pyrami z gzikiem lub tradycyjną wielkopolską czerniną, dziś mój stosunek do regionalnych dań zmienił się o 180 stopni, a enologiczne wyprawy w nieznane traktuję jedynie jako kolejny bodziec do odkrywania przepisów, z których czerpała moja mama i babcia.
Nie dziwi więc, że z wielką chęcią przystałem na propozycję Sławka, autora bloga Enoeno, dotyczącą dzisiejszego tematu Winnych Wtorków. Drodzy Czytelnicy, szukamy dziś win pasujących do dań lub produktów, które związane są z naszymi okolicami (naszymi, tj. winnych blogerów). Kuchnia wielkopolska, jak powszechnie wiadomo, pyrami stoi. Nie bez powodu przecież Poznań znany jest jako stolica Pyrlandii. A czymże są rzeczone pyry? Niczym innym jak ziemniakami, kartoflami nazywanymi w niektórych miejscach. Plyndze, czyli placki ziemniaczane, serwowane były w moim rodzinnym domu bardzo często w piątek w towarzystwie kwaśnej śmietany. To samo tyczy się przywołanych już pyr z gzikiem (czyli ziemniaków z białym twarożkiem doprawionym cebulką/szczypiorkiem). Ciągle mam w pamięci smak szagówek, czyli takich wielkopolskich kopytek (nazwa pochodzi od charakterystycznego krojenia klusek – „na szagę”, co w gwarze poznańskiej oznacza „na ukos”). Nie zapominajmy o szarych kluskach, które w moim domu nazywane były „z pokrywki”, bowiem z ciasta na bazie tartych ziemniaków, ułożonego na metalowej pokrywce, odrywało się łyżką małe kluseczki o nieregularnym kształcie.
Kuchnia wielkopolska to jednak nie tylko pyry. To również kaczka, nieco dziczyzny oraz Rogale Marcińskie na deser (przysmak przede wszystkim kojarzony z Poznaniem). O rogalach pisałem już wcale nie tak dawno, udało mi się nawet znaleźć przyjemnego rieslinga „zza miedzy”, który na św. Marcina całkiem dobrze pasował do tradycyjnego poznańskiego Rogala Marcińskiego. Wróćmy jednak jeszcze na moment do kaczki – tę podaje się tradycyjnie w towarzystwie słodkiej modrej kapusty oraz pyz. Nie dajcie się jednak zmylić, my Wielkopolanie nazywamy tak to, co inni znają jako kluski na parze!


 Jak widać, pole do popisu niemałe. Chwała temu, kto w jednym skromnym wpisie byłby w stanie wziąć pod uwagę cały ten ogrom kulinarny i objąć go enologicznym spojrzeniem. Aby ułatwić sobie nieco sprawę, postanowiłem szukać win tylko do dwóch tradycyjnych elementów kuchni mojego regionu. Wybrałem jeden produkt oraz jedno danie.
Zgodnie z powszechnie obowiązującymi zasadami podawania potraw (nie, kuchnia regionalna nie jest ani trochę wyjęta spod tego typu restrykcji), zaczniemy od leberki wielkopolskiej. Jest to rodzaj wędliny (wątrobianki) wyrabianej z podrobów. Głównym składnikiem tego produktu jest wątroba wieprzowa. Lekko podwędzona leberka wytwarzana była na terenach Wielkopolski najczęściej w okolicach Wielkanocy. Nazwa, jak łatwo zauważyć, pochodzi od niemieckiego słówka leberwurst (dosłownie kiełbasa z wątroby).
Do sedna: do wyżej wspomnianego wielkopolskiego przysmaku proponuję musiaka z Katalonii, Cava Brut Mont Marcal. Słomkowo-złocista barwa i jabłkowo-drożdżowy nos. Do tego nuty niedojrzałego, zielonego ananasa. Wino na języku dość lekkie, rześkie i chrupkie. Zdecydowanie wytrawne. Aromat raczej z tych średnio intensywnych. Do leberki nie za mocno potraktowanej dymem wędzarniczym będzie jak znalazł. Bardziej czujnym egzemplarzom może nie podołać.

Nazwa: Cava Brut
Producent: Mont Marcal
Miejsce zakupu:
Cena: wino otrzymałem w prezencie
Rodzaj wina: białe, wytrawne, musujące
Ocena:




Po tak smakowitym wstępie czas na danie główne, pieczona kaczka z modrą kapustą i pyzami (w poznańskim tego słowa znaczeniu). Na talerzu dużo różnych smaków, ale nutą przewodnią jest słodycz (suszone śliwki lub słodkie jabłka dodane do pieczenia kaczki oraz modra kapusta doprawiona na słodko-kwaśno z przewagą tego pierwszego). W tym wypadku można pójść za radą Jakuba Małeckiego i sięgnąć po Beaujolais. W moim kieliszku wylądowało jednak inne francuskie wino. Mój wybór może nieco dziwić, ale wszelkie wątpliwości zostaną wyjaśnione w dalszej części. Zaryzykowałem kaczkę z Saint-Emilion J. Lebegue 2013.
Wino miało ciemno krwisty kolor, chociaż był on nieco rozwodniony. W ustach zdecydowanie dominowały czerwone owoce, gdzieś w tle pojawiało się nieco alkoholu. Czuć było dominację merlota w kupażu. Ogólnie rzecz ujmując zapach prosty, wygładzony, ale przyjemny. W ustach niestety słaba koncentracja aromatów, słaba kwasowość, całość jakby podzielona na pół. Są owoce, jest odrobina pikanterii na finiszu, ale mimo wszystko mało tego. W kontekście Saint-Emilion wino słabe, w kontekście promocyjnej ceny (15zł) i tego, co znalazło się na moim talerzu – wino całkiem pijalne i przyjemne. Nie ukrywam, pozycje z tej apelacji serwowane do kaczki to wybór dość odważny, ale w tym wypadku, gdy na tapecie pojawiło się wino złagodzone, zredukowane w aromatyczności i intensywności, było bardzo w porządku.

Nazwa: Saint-Emilion 2013
Producent: J. Lebegue
Miejsce zakupu: Biedronka
Cena: 30zł 15zł
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 


Inni wtorkowicze napisali: