____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dolce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dolce. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lipca 2017

Tiramisù alla fragola

Owocowa wersja jednego z najbardziej znanych włoskich deserów



            Pomimo, że sezon na truskawki właściwie dobiegł już końca (chociaż w niektórych sklepach wciąż można znaleźć ostatnie łubianki tych owoców), dopiero teraz ukazuje się na Italianizzato przepis na tiramisù alla fragola. Takie pyszności nie mogły czekać do następnego roku. Z resztą, dla chcącego nic trudnego i dobre truskawki znajdą się nawet pod koniec lipca. Co więcej, w ostateczności można je zastąpić dowolnymi innymi czerwonymi owocami, które będą w stanie zbalansować swoim naturalnym kwasem słodycz kremu użytego do deseru (wiśnie, jagody, porzeczki, jeżyny…). CZYTAJ WIĘCEJ... 


sobota, 6 maja 2017

Torta pasticciotto

Słodkości z Salento


       Na Italianizzato raczej rzadko pojawiają się słodkości. Tym razem będzie inaczej! Torta pasticciotto to jeden z tych deserów, który nie zdołał zdobyć sławy poza granicami Włoch. Na terenie półwyspu Apenińskiego natomiast ten przysmak rodem z Salento podbija podniebienia łasuchów niezależnie od regionu. I co najważniejsze, serce torta pasticciotto stanowi chyba najważniejszy krem we włoskim cukiernictwie – crema pasticcera. CZYTAJ DALEJ...


sobota, 7 maja 2016

Panna cotta




Panna cotta to chyba jeden z najbardziej znanych włoskich deserów, bez którego nie może się obejść żadna włoska knajpa. Pomimo, że swoimi korzeniami sięga zaledwie początków XX wieku, nie przeszkodziło mu to w zdobyciu uznania na całym świecie. Nie dziwią zatem zawrotne ceny, jakie należy nierzadko zapłacić za odrobinę gotowanej śmietanki z dodatkiem owoców bądź karmelu. „Włoski budyń”, jak mawiają niektórzy, jest bardzo prosty w przygotowaniu i nie są potrzebne specjalne zdolności kulinarne, aby móc się raczyć jego smakiem w domu. Przejdźmy do czynów zatem…

Składniki na pannę cottę dla 4 osób:
·         250ml mleka (2%)
·         250ml kremówki (30%)
·         80-100g cukru
·         3 łyżeczki żelatyny
·         laska wanilii

Właściwie cały proces przygotowania naszego deseru zaczyna się i kończy na zagotowaniu razem wszystkich składników (mówiłem, że będzie łatwo!). Do garnka wlewamy całą śmietankę oraz mleko. Dodajemy cukier i ziarna z laski wanilii. Trzymamy całość na małym ogniu i zdejmujemy z niego dopiero tuż przed wrzeniem.
W międzyczasie żelatynę zalewamy 2-3 łyżeczkami zimnej wody i odstawiamy na około 5 minut. Gdy gorący płyn zdejmiemy z ognia dodajemy doń żelatynę i dokładnie mieszamy. Rozlewamy mleko ze śmietanką i resztą składników do małych miseczek lub kubeczków i odstawiamy do wystygnięcia, a następnie do lodówki na minimum 4-5 godzin (najlepiej na całą noc). Gotową pannę cottę wyjmujemy tuż przed serwowaniem. Pojemniki z deserami maczamy przez kilka sekund we wrzątku, dzięki czemu po przewróceniu panna cotta łatwo odklei się od ścianek.

Składniki na karmel:
·         200g cukru
·         80g masła
·         100ml kremówki (30%)
·         pół łyżeczki gruboziarnistej soli morskiej

Proponuję podać pannę cottę z domowym karmelem solonym. W rondlu karmelizujemy cukier (uważając przy tym, aby nie przypalić go za bardzo, bo karmel będzie gorzki). Do roztopionego cukru dodajemy pokrojone w dużą kostkę masło. Mieszamy dokładnie (może to potrwać chwilę, ale po kilku minutach składniki łączą się w jednolitą masę). Następnie dodajemy śmietankę (uwaga, będzie pryskać!). Znów dokładnie mieszamy do momentu, aż składniki dobrze się połączą. Zdejmujemy rondel ze źródła ciepła i dodajemy pół łyżeczki gruboziarnistej soli morskiej. Karmel z początku będzie miał dość rzadką konsystencję, ale w miarę stygnięcia zgęstnieje. Voilà!



wtorek, 15 września 2015

Panforte di Siena

Tradycyjne dolce ze Sieny


            Pisałem o Sienie, pisałem o Palio. Popełniłbym jednak wielką gafę, nie pisząc o panforte (zwane też panpepato). Siena, podobnie jak każda, nawet najmniejsza miejscowość we Włoszech, może pochwalić się tradycyjnymi, lokalnymi, jedynymi w swoim rodzaju przepisami. W wypadku toskańskiego miasta mowa o niecodziennej słodkości, którą niegdyś przygotowywano jedynie na Boże Narodzenie, a którą dziś można dostać w większości sklepów o każdej porze dnia i roku.
            Historia przepisu na panpepato sięga wczesnego średniowiecza, kiedy to po raz pierwszy w Sienie pojawił się deser niemal identyczny z tym, jaki znamy dziś. W skład ówczesnego panforte wchodziły migdały, miód, owoce kandyzowane i niezwykle drogie wówczas przyprawy. Nie dziwi zatem, że danie to gościło jedynie na stołach najbogatszych rodzin.

Składniki:
·         300g migdałów
·         300g cukru
·         300g owoców kandyzowanych
·         120g mąki pszennej
·         100g miodu
·         3 goździki
·         Pół łyżeczki cynamonu
·         Pół łyżeczki gałki muszkatołowej
·         Pół łyżeczki pieprzu
·         Wafle lub opłatki do wyłożenia spodu formy
·         2 łyżeczki cukru pudru

Przygotowanie panforte zaczynamy od rozgrzania piekarnika i prażenia przez 10 minut migdałów. Następnie w garnku rozpuszczamy cukier zmieszany z miodem. Mieszankę gotujemy tak długo, aż nie nabierze ona bursztynowej barwy. Miód z cukrem można również podgotować nieco mocniej, dzięki czemu gotowe panpepato będzie miało bardziej wyrazisty, karmelowy posmak.
Masę miodowo-cukrową należy przelać do metalowej misy i wymieszać z migdałami, owocami kandyzowanymi, mąką oraz przyprawami (goździki należy rozgnieść). Najlepiej połączyć wszystkie składniki zanim masa wystygnie, ponieważ wraz z ochładzaniem się, będzie ona gęstnieć.
Na blasze układamy wafle lub opłatki. Kolejnym krokiem jest przełożenie masy do formy i pieczenie panforte w temperaturze 150ᵒC przez około 30 minut. Po wyjęciu z piekarnika czekamy aż całość wystygnie i posypujemy cukrem pudrem przesianym przez sitko.


Odkrywaj Toskanię z Italianizzato klikając poniżej!



niedziela, 19 lipca 2015

Mele al forno con rabarbaro e miele

Pieczone jabłka z miodem i rabarbarem


            Jednym z moich najsmaczniejszych wspomnień z dzieciństwa jest smak jabłek pieczonych w piecu starego typu (tzw. angielka) u mojej babci podczas wakacji, które spędzałem tam prawie każdego roku. Papierówki, które spadły z drzewa podczas nocy zbierane do kosza, następnie myte i… buch do pieca nagrzanego jeszcze po gotowaniu obiadu. Deser jak marzenie.
            Dziś do babci (niestety) na wakacje już nie jeżdżę, ale odwiedzam ją gdy tylko mam taką możliwość, a smak czasu u niej spędzonego przypominam sobie przygotowując pieczone jabłka u siebie w domu. Do tego obowiązkowo Moscato d’Asti!

Składniki dla 4 osób:
·         4 duże jabłka (kwaśnie odmiany)
·         4-6 łyżeczek miodu lipowego (lub innego)
·         1 łodyga rabarbaru
·         Cynamon (niekoniecznie)
·         Cukier puder
·         Lody śmietankowe (niekoniecznie)


Zaczynamy od włączenia piekarnika, aby rozgrzał się do temperatury 180 ͦ C. W międzyczasie jabłka myjemy i NIE OBIERAMY ich. Należy odkroić jedynie górną część, tak aby powstało coś w rodzaju „czapeczki”, którą przykryjemy gotowy deser. Następnie musimy wydrążyć gniazda nasienne, zwracając jednak uwagę na to, aby nie zrobić dziury w dolnej części jabłka (nie chcemy, aby cały miód wypłynął podczas pieczenia).
Do wydrążonego środka wkładamy kawałki umytego, obranego i pokrojonego rabarbaru, a następnie wszystkie szczeliny uzupełniamy płynnym miodem. Można w tym momencie do środka dodać również odrobinę mielonego cynamonu lub nawet kory w kawałku (pasować też będą inne przyprawy tego typu, jak choćby anyż). Jabłka układamy na blasze. Obok nich kładziemy też kilka cienkich pasków rabarbaru, które się przypieką i nabiorą lekko karmelowego smaku*. Pieczemy przez około 30-40 minut (w zależności od wielkości jabłek), do momentu gdy skórka owoców zacznie lekko pękać.
Gotowe jabłka układamy na talerzach, odkrywając nieco „czapeczki”, aby był widoczny wydrążony środek owoców z rabarbarem. Posypujemy całość cukrem pudrem przesianym przez sitko z drobnymi oczkami. Do gorących jabłek świetnie pasują lody śmietankowe (tych jednak nigdy nie mam czasu robić samemu i, mówiąc kolokwialnie, idę na łatwiznę i je kupuje).



*Zamiast piec kawałki rabarbaru możemy przygotować je w inny sposób. Na patelni podgrzewamy cukier trzcinowy robiąc w ten sposób karmel. Zanurzamy w nim paski rabarbaru i obsmażamy przez chwilę (naprawdę krótką chwilę, ponieważ karmel ma bardzo wysoką temperaturę). Z pozostałego karmelu można stworzyć słodki sos, dodając doń odrobinę słodkiej śmietanki.


środa, 8 kwietnia 2015

Biedronka Moscato d’Asti DOCG 2014 Casa Sant’Orsola

Słodki Piemont w dyskoncie


            Ledwo co zaprezentowano ofertę wielkanocną, a na półkach Biedronki pojawiły się cichaczem butelki z Festiwalu Win Słodkich. Są pozycje klientom dobrze znane, są też nowości. Portugalczycy rzucili takie szlagiery, jak chociażby Martinez Vintage Late Bottled Port z 2010 roku. Jest też białe słodkie wino od Sandemana, coś z Malagi (chociaż sprzedawane w Owadzie Sol Malaga jest najtańszą i najprostszą wersją tego typu wina), kilka francuskich słodyczy (jak np. Sauternes). Winiacz opisywał kilka dni temu również wino produkowane przez dobrze znanego z dyskontu portugalskiego producenta – Monte de Ravasqueira. Ja jednak skusiłem się na przedstawiciela Włoch w tym zacnym, słodkim gronie. Skoro słodkie i italskie, to musi to być Moscato d’Asti.
            Wino to jest jednym z symboli piemonckiego winiarstwa. Słodkie, lekkie, owocowe. Charakteryzuje je bardzo niska zawartość alkoholu (od 4,5% do 6,5%) oraz nieznaczne musowanie, zbliżone do tego, które znamy z Vinho Verde. Moscato d’Asti to trunek wyprodukowany w 100% ze szczepu Moscato. Jego pierwsze ślady odkryto nie gdzie indziej, jak w południowych Włoszech. Badacze domniemają, że na tereny te przynieśli je starożytni Grecy.
            Ojcem biedronkowego Moscato d’Asti (chyba lepiej powiedzieć „matką”) jest Casa Sant’Orsola, marka należąca do dużego potentata winiarskiego – Fratelli Martini. Firma ta ma w swoim portfolio wina nie tylko z Piemontu, ale też z Wenecji Euganejskiej, Toskanii, Abruzji, a nawet Apulii i Sycylii. Na swojej stronie chwali się, że aż 85% produkcji trafia na rynki zagraniczne, w tym w większości wschodnie, a zwłaszcza Rosyjski (chociaż w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej nie wiem, czy jest się tu czym chwalić). Próżno jednak na stronie szukać dokładniejszych informacji na temat omawianego wina… Na włoskich stronach udało mi się znaleźć średnią cenę tej butelki we Włoszech. Owadowe 20zł bez grosika to stosunkowo mało w porównaniu do średniej włoskiej ceny – 8 Euro.


            Co niesie ze sobą Moscato d’Asti od Świętej Urszuli? Wino ma bardzo jasny, słomkowy kolor. W nosie czuć pieczone jabłko, bardzo dojrzałą morelę oraz świeże brzoskwinie. W ustach kwaskowa papierówka, która sprawia, że pomimo dużej ilości cukru wino nie jest słodkie jak łyżeczka miodu (co nie znaczy, że nut miodowych nie da się tu wyczuć). Lekkość podkreśla delikatne musowanie. Na języku nawet długo po przełknięciu wina czuć smak podobny do tego, który pozostaje po zjedzeniu słodkiego jabłka. Do Moscato od Paolo Saracco wciąż mu daleko, ale biorąc pod uwagę cenę – warto brać na zapas. Do czego to pić? Tworzy IDEALNĄ parę z pieczonymi z miodem jabłkami (ktoś z Was pamięta zapach pieczonych w babcinym piecu jabłek?)… Nada się też świetnie do przygotowania brzoskwini w winie (dojrzałe brzoskwinie należy wypestkować, obrać i pokroić w "ósemki", a następnie zalać Moscato d'Asti, po 24 godzinach w lodówce owoce są gotowe). Szkoda, że pojawiło się dopiero teraz, bo do mazurka lub ciepłej szarlotki byłoby świetne, ach…

Nazwa: Moscato d’Asti DOCG 2014
Producent: Casa Sant’Orsola Fratelli Martini
Miejsce zakupu: Biedronka
Cena: 19,99zł
Rodzaj wina: białe, słodkie
Ocena: 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Bombe/ciambelle fritte

Włoski karnawał słodkości


            Właściwie nie jest do końca wiadomo, w którym regionie Włoch narodziły się ciambelle (lub bombe, ale do tego przejdę za chwilę). Tradycyjnie przygotowywane na karnawał „włoskie pączki” dziś można spotkać w większości włoskich piekarni przez cały rok. W różnych źródła najczęściej przewijają się dwa miejsca pochodzenia: Kampania lub Sycylia. Prawda jest jednak taka, że również inne regiony Italii (jak Lacjum, Kalabria, Emilia-Romania, czy nawet Toskania) posiadają wiele dowodów na to, że to właśnie one są matką (bądź ojcem) słodkich pączków. Jednym z takich dowodów jest ogromna liczba dialektalnych określeń ciambelle (jak np. kalabryjskie cuddhuraci, neapolitańskie graffe, czy obowiązujące w okolicach Ferrary brazadela) oraz tych, które odnoszą się do bombe (np. toskańskie bombolone). Jako dowód mogą również posłużyć ogrom wariantów i rodzajów przepisów. A te mogą się różnić nie tylko między regionami, ale również między poszczególnymi prowincjami, a nawet miastami.
            Bazując na poniższym przepisie możemy zrobić zarówno bombe, jak i ciambelle. Jedyną różnicą jest forma wypieku: bombe mają kształt zbliżony do naszych pączków, ciambelle natomiast wyglądają jak obwarzanki.

Składniki na 20-30 bombe/ciambelle:
·         1kg mąki pszennej
·         100g cukru
·         2 cytryny
·         10g soli
·         1 opakowanie cukru wanilinowego
·         500ml mleka
·         200g masła
·         25g drożdży
·         Olej słonecznikowy/rzepakowy


Przygotowanie ciasta nie jest szczególnie trudne, ale wymaga ono od nas odrobiny cierpliwości. Zaczynamy od podgrzania mleka, a następnie rozpuszczenia w nim cukru. Do letniego roztworu dodajemy drożdże. Połowę mieszamy z około 200g mąki i zostawiamy pod przykryciem w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Ciasto powinno co najmniej podwoić swoją objętość.
Gdy to nastąpi możemy przejść do kolejnych etapów. W większej misce mieszamy resztę mąki, sól, cukier wanilinowy i pokrojone w kostkę masło (musi być miękkie!). Dodajemy również startą skórkę z dwóch cytryn. Do miski trafia wyrośnięte ciasto i reszta zaczynu drożdżowego. Całość wyrabiamy tak długo, aż nie uzyskamy jednorodnej, lekko klejącej się masy. Kolejnym etapem jest ponowne wyrastanie. Zostawiamy nasze ciasto w ciepłym miejscu (ok. 30˚C) na około 2 godziny. Po tym czasie powinno ono znów podwoić swoją objętość.
Ciasto wykładamy posypany mąką stół bądź stolnicę. Należy następnie rozwałkować je do grubości około 1,5cm. Ważna uwaga: ciasta nie powinno się wyrabiać po raz drugi, bo ciambelle/bombe nie wyrosną przy pieczeniu, a zatem warto dobrze przemyśleć jak będziemy wycinać nasze ciastka.


Jeśli zdecydowaliśmy się na smażenie ciambelle, to wycinamy paski szerokości około 2cm, a następnie sklejamy końce każdego ze sobą, tworząc tym samym okrąg. Jeśli robimy bombe, to wystarczy wyciąć w cieście koła o średnicy około 8cm (dobrze sprawdza się tu szeroki kubek). Wycięte ciastka należy zostawić na 30-45 minut, aby drożdże mogły wykonać swoją robotę.



W garnku (ja użyłem frytkownicy) rozgrzewamy olej słonecznikowy bądź rzepakowy do temperatury około 170˚C. Na rozgrzany tłuszcz wkładamy bombe/ciambelle i smażymy z obydwu stron na rumiano. Po wyjęciu należy ułożyć je na papierowych ręcznikach, aby pozbyć się nadmiaru oleju. Jeszcze ciepłe należy obtoczyć w cukrze. Najlepsze są zaraz po usmażeniu, można je jednak przechowywać jeden-dwa dni. 


wtorek, 6 stycznia 2015

Winne Wtorki: Malaga Dulce Bodegas Quitapenas

Suszone i kandyzowane owoce w hiszpańskiej butelce

Tak się serwuje malagę w Maladze...

Niniejszy temat Winnych Wtorków – dowolne wino wzmacniane - spadł mi niczym gwiazdka z nieba i idealnie wpasował się w moje blogowe plany. Od mojej podróży do Andaluzji minęło już niemało czasu, bo nieco ponad trzy miesiące, ale dopiero teraz znalazłem chwilę na zebranie notatek, w tym także tych dotyczących win mniejszych i większych. Skoro Andaluzja, skoro dowolne wino wzmacniane, to nie może być inaczej – Malaga (wino, nie miasto). Wpis ten potraktuję, powiedzmy, jako wstęp do trzech kolejnych na temat enologicznych fenomenów napotkanym przeze mnie na Costa del Sol.

Malaga tuż przed zachodem słońca...

..i tuż po zachodzie

Dla zachowania jakiegoś logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego należałoby wyłożyć tu pokrótce teorię odnoszącą się do słodkiego wina ze stolicy Andaluzji. Wino Malaga to słodkie likierowe wino wytwarzane z podsuszanych winogron szczepów Pedro Ximénez oraz Muscat de Alexandria (tę odmianę uprawia się raczej w chłodniejszych rejonach). Oficjalnie uznaje się, że istnieje aż 16 rodzajów tego wina, które mają zazwyczaj od 13% do 23% zawartości alkoholu. Wbrew obiegowej opinii Malaga to nie tylko wino słodkie. Produkowane są również wersje wytrawne, ale rzadko kiedy są one w stanie dorównać słodkim kuzynom (również na podstawie moich doświadczeń mogę stwierdzić, że zdecydowanie smaczniejsze są wersje ultrasłodkie). W dzisiejszych czasach Malaga cieszy się nieco mniejszym powodzeniem, ale w wieku XIX była ona prawdziwym hitem eksportowym Andaluzji i często gościła na stołach wielkich tego świata.

Właśnie z takich rodzynek robi się wino z Malagi.


Do mojego kieliszka trafiło wino przywiezione ze wspomnianej podróży, zakupione o szóstej rano na wariata na lotnisku. Prosta, bazowa Malaga Dulce Bodegas Quitapenas. Wino noszące nazwę Malaga Dulce to takie, które dojrzewało od 6 do 24 miesięcy, a zawartość cukru nie jest niższa niż 45g/l. Wino ma barwę mocnej czarnej herbaty lub słabej kawy zbożowej. Nos uderza bliżej nieokreślona mieszanka suszonych owoców i pomarańczy. W ustach, wbrew moim oczekiwaniom, na pierwszym planie pojawia się nie słodycz, a ostrość. Język szczypie niemalże charakterystyczna dla peperoncino pikantność i dopiero po chwili do głosu dochodzi drapiący miód spadziowy.  Jest też garść orzechów laskowych połączonych z mocno przesuszonymi rodzynkami i skórką pomarańczową. Wino zdecydowane i charakterne. Pomimo, że słodkie, to potrafiące uwieść nawet zagorzałych fanów wytrawności. Świetna opcja, zwłaszcza, że litr kosztował mnie zaledwie 8 euro (uroki kupowania w miejscu produkcji). Ciekawe czy jest dostępne w Polsce?


Inni wtorkowicze próbowali:
Biorąc pod uwagę, że zdjęcie robiła moja dziewczyna, zastanawiam się,
czy celem obiektywu były ryby, czy raczej "pan ryba"...


...ten "pan ryba" jest juz ok!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Tiramisù

Oryginalny przepis na tradycyjny włoski deser


O deserach piszę raczej rzadko, ale tym razem będzie inaczej. Tiramisù dosłownie znaczy „unieś mnie” i właśnie tak puszyste i lekkie powinno być idealne tiramisù. Zabierzmy się więc do przygotowania tradycyjnego deseru z regionu Veneto.

Składniki dla 8 osób:
·         6 średnich jajek
·         120g cukru
·         500g mascarpone
·         400g biszkoptów (savoiardi)
·         Kakao naturalne
·         500ml mocnej kawy
·         Szczypta soli

Zaczynamy od zaparzenia pół litra mocnej kawy (można użyć rozpuszczalnej, można mielonej). Kawę należy wystudzić. W między czasie zabieramy się za przygotowanie kremu. Jajka należy sparzyć wrzątkiem zanim ich użyjemy. Żółtka oddzielamy od białek, a następnie ucieramy te pierwsze z połową cukru na gładką masę. Do białek należy dodać szczyptę soli oraz resztę cukru, należy je ubić na gęstą pianę.
Teraz następuje najważniejszy moment – połączenie żółtkowej masy, piany z białek oraz serka mascarpone. Do żółtek należy dodawać stopniowo pianę. Musimy pamiętać o w miarę możliwości delikatnym mieszaniu, by piana nie opadła. Następnie dodajemy do masy mascarpone, również stopniowo.
Na dnie naczynia/formy układamy pierwszą warstwę biszkoptów namoczonych w kawie. Następnie na wierzch wylewamy połowę masy. Całość posypujemy obficie kakao przy użyciu sitka. Następuje kolejna warstwa biszkoptów z kawą oraz znów krem. Na samym wierzchu kakao, które może zostać zastąpione startą czekoladą. Tiramisù musi pozostać na minimum 2 godziny w lodówce, ale najlepsze jest po co najmniej dobie. 


niedziela, 12 października 2014

Kto kocha, niech Baci!

Perugia z czekoladą w tle



            Tekst powinienem zacząć od opisania pewnej rasy królika, angory. A cóż wspólnego mogą mieć te futerkowe zwierzęta i czekoladki Baci Perugina? W jaki sposób powiązane są stolica Umbrii – Perugia, słynne na całym świecie czekoladki i króliki? W dosyć prosty sposób, Czytelniku. Wszystko za sprawą Luisy Spagnoli. To właśnie ta pani jest odpowiedzialna za wyprodukowanie wyśmienitych czekoladek i (w większości) za ich sukces na włoskiej i międzynarodowej arenie. Co do tego mają króliki? Otóż zanim Luisa przejęła rodzinną firmę (wskutek wojny, która pochłonęła męską część familii) zajmowała się ona hodowlą właśnie angorów.

Centro storico di Perugia.

            Rok 1922 podaje się jako symboliczną datę wyprodukowania pierwszych Baci, ale zanim ochrzczono je tym pięknym słowem miały one z całusami mało wspólnego. Trudno w to uwierzyć, ale czekoladki o tak wdzięcznej nazwie w historii swoich narodzin mało kryją romantyzmu. Luisa Spagnoli wykazując się pragmatyzmem i iście poznańską oszczędnością próbowała ograniczyć koszty produkcji, i tak: kruszone orzechy (pozostałości z innych linii produkcyjnych) wymieszała z gorzką czekoladą, a następnie stworzoną masą oblała całego orzecha laskowego. Powstałe czekoladki charakteryzowała nieregularna forma i, powiedzmy sobie szczerze, brzydota. Autorka „czekoladowego eksperymentu” nazwała je cazzotto, czyli pięść (nie mylić z włoskim cazzo).

Sklep firmowy Baci w centrum Perugii.


            Czekoladki zyskały swoją aktualną nazwę dopiero kilka lat później za sprawą Federico Seneca i Giovanni Buitoni. Pierwszy z nich zajął się marketingiem i odpowiednią promocją produktu stworzonego przez Spagnoli. Buitoni zmienił nazwę cazzotto na Bacio, a Seneca bazując na obrazie Francesco Hayez’a „Pocałunek” stworzył odpowiednie opakowanie dla słodkości z Perugii. Od tego momentu kariera czekoladek pochodzących ze stolicy Umbrii nabierała rozpędu. W 1939 roku otworzony pierwszy sklep Peruginy na 5. Alei w Nowym Jorku. Kolejne lata przynosiły nowe hasła reklamowe, które z czasem stały się prawdziwymi dziełami sztuki. W ten sposób narodziły się hasła „Ovunque c’è amore c’è un Bacio Perugina” (Wszędzie gdzie miłość, jest Pocałunek Perugina), „I Baci sono parole” (Pocałunki to słowa) czy „Chi ama, Baci” (Kto kocha, niech całuje).



piątek, 26 września 2014

Fichi al forno con Vin Santo

Figi zapiekane z miodem i Vin Santo


            Figi w naszej kuchni to wciąż egzotyka, owoc ten jest rzadkim gościem na naszych stołach (no może co najwyżej suszone figi w świątecznym kompocie). A szkoda, bo właśnie trwa sezon figowy i warto wziąć przykład z Włochów, którzy wiedzą od czego muchy zdychają. Owoce figowca można podawać w wersji „na słono” oraz „na słodko”. Aby pokazać, że VinSanto ma szersze zastosowanie w kuchni wybrałem drugą opcję.

Składniki dla 4 osób:
·         4 dojrzałe figi
·         2 łyżeczki miodu z kasztanów (może być inny)
·         2 łyżeczki kruszonych migdałów
·         40ml Vin Santo
·         Cynamon


Do tego dania nie będziemy potrzebować wielu składników, a i samo przygotowanie jest banalnie proste. Zaczynamy od umycia fig, należy zrobić to delikatnie, gdyż dojrzałe owoce mają miękką i łatwo odchodzącą skórkę. Następnie odkrawamy czubek każdego owocu. Łyżeczką lub nożem musimy wybrać miąższ z każdej figi.


Wybrany miąższ należy rozgnieść dokładnie widelcem, a następnie dodać pokruszone lub posiekane migdały, miód i cynamon. Mieszamy i wlewamy Vin Santo (dobrze, jeśli jest ono domowej roboty). Vin Santo można zastąpić innym mocnym, słodkim winem (np. Malaga, czy Porto). Tak przygotowany farsz nakładamy do naszych wydrążonych fig. Owoce układamy w naczyniu żaroodpornym i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200ºC przez około pół godziny.



Gotowe figi możemy podawać na ciepło (wersja jesienno-zimowa) lub na zimno z gałką lodów waniliowych. Do tego obowiązkowo kieliszek Vin Santo lub mocnego espresso!


Przepis bierze udział w akcji:
Włoskie smaki