____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winne Wtorki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winne Wtorki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 maja 2018

Winne Wtorki: czas na rieslinga!


Wrestling XV Winnica Modła


         Początek maja. Przyroda obudziła się już do życia, drzewa i krzewy kuszą soczystą zielenią. Słońce śmiało przygrzewa i pomaga przetrwać ciężkie dni w szarych ścianach klimatyzowanych biur. W soboty i niedziele nie galerie handlowe, a jeziora i parki przeżywają prawdziwe oblężenie.
         Początek maja. Sezon szparagowy w pełni. W Wielkopolsce, ale też w innych częściach Polski i Europy, trwa szał na białe i zielone łodyżki podawane na dziesiątki sposobów (ot chociażby tak, czy tak). Nastał czas, kiedy wystarczy mi na obiad kilogram szparagów al dente. Nie potrzeba pieczystego, ani ziemniaków zatopionych w gęstym sosie. Sowita porcja  szparagów zebranych wczesnym rankiem, a do tego trochę masełka lub zrumienionej bułki tartej, ewentualnie sos holenderski. Gastronomiczny orgazm. CZYTAJ WIĘCEJ...



wtorek, 27 marca 2018

Winne Wtorki: Wino na Wielkanoc


Royal Tokaji 5 Puttonyos Aszù



        Wino medytacyjne. Choć w teorii tylko niewielką część światowej produkcji można zaklasyfikować do tej kategorii, wydaje się że Polacy na przekór wszystkim są w stanie potraktować jako trunek „do picia solo i rozmyślania” chyba każdą butelkę (nie tylko wina). No cóż, jak mówi przysłowie, jeśli jesteś wystarczająco odważny, wszystko może być… winem medytacyjnym? Chyba jednak nie. Wręcz przeciwnie, tylko wyjątkowe pozycje nadają się do leniwego sączenia bez kulinarnego akompaniamentu. Im potrzeba co najwyżej dobrej lektury lub zacnego podkładu muzycznego. Do takich z pewnością zalicza się Aszù.
         Płynne złoto, zwykło się mawiać w kręgach winiarskich znawców (ale i nie tylko) o najlepszych słodkich tokajach. Wina wielowymiarowe, niepowtarzalne, które swoją złożonością potrafią zachwycać i onieśmielać przez więcej niż kilka, może kilkanaście minut. Odkrywają przed degustującym coraz to nowe podkłady nut aromatycznych z każdą kolejną chwilą, a bezrefleksyjne wypicie kieliszka takiej ambrozji w zaledwie kwadrans byłoby zwyczajnym barbarzyństwem. CZYTAJ WIĘCEJ...



wtorek, 13 lutego 2018

Winne Wtorki: Wino dla zakochanych


Bell’assai Vittoria DOC Frappato 2016


       Wino dla zakochanych. Temat równie szeroki, jak na przykład przepisy dla singli. Bez chwili wahania przyznaję, że jakiekolwiek próby ferowania wyroków i decydowania, która butelka jest dla zakochanych odpowiednia, a która może nieco mniej, powinny spełznąć na niczym, a cezar chcący tego dokonać winien być poddany ostracyzmowi. Mimo wszystko taką próbę podejmuję. Po pierwsze dlatego, że to już jutro obchodzimy (skądinąd nielubiane przeze mnie, ale to temat na inną dyskusje; z góry zaznaczam, że nie wiąże się to z byciem singlem, bo do takich szczęśliwie nie należę) święto tych, którzy miłość życia znaleźli. Drugim powodem, dla którego zabieram dziś głos jest fakt, że to pierwsza edycja Winnych Wtorków w nowej formie. W celu podniesienia frekwencji i jakości naszych wpisów zdecydowaliśmy wraz z blogerską bracią o zmniejszeniu liczby „wtorków”, w które pijemy butelki na zadany temat do zaledwie ośmiu w całym 2018 roku. Czy ma to sens i przyniesie oczekiwane efekty przekonamy się najpewniej dopiero za kilka miesięcy, tymczasem wróćmy do nieco mniej przyziemnych zagadnień… CZYTAJ WIĘCEJ...



sobota, 9 grudnia 2017

Winne Wtorki: Mikołajki 2017

Rappenhof Riesling Kabinett 2015


        W ciągu roku jest tylko jedna edycja Winnych Wtorków, która wzbudza tak duże zainteresowanie blogerskiej braci. Na początku grudnia wysyłamy sobie wzajemnie paczki z butelkami, którymi obdarowujemy się w ramach akcji mikołajkowej. W tym roku opisuję już po raz czwarty to, co przysłał mi inny winopisarz.
        Grudzień to czas żniw w handlu. Nie ważne czy sprzedajesz odzież, zabawki czy produkty spożywcze. W tym miesiącu masz duże szanse na utarg, którego nie uświadczysz przez następne miesiące.  Temu prawu podlega również rynek winiarski. Zbliżająca się uroczysta kolacja wigilijna, choć w wielu domach wciąż bezalkoholowa, wręcz prosi się o butelkę dobrego wina na stole. Jakaż szkoda, że Polacy wciąż zamykają się w utartych schematach i ograniczają swoje wybory bojąc się wyjść chociaż o krok ze strefy komfortu. Tokaj pod makowca, Porto pod pierniki, Riesling pod karpia albo odpowiednio dojrzałe Nebbiolo pod krokiety z grzybami. Do wyboru do koloru. Oczywistym jest, że dania pojawiające się na wigilijnym stole różnią się od domostwa do domostwa. Trudno zatem o złotą radę (czy nawet ich kilka) i listę win, które sprawdzą się w każdych warunkach. Niemniej pewne składniki przewijają się w zdecydowanie większości wigilijnych potraw i to właśnie do nich warto szukać odpowiednich towarzyszy w butelce. CZYTAJ WIĘCEJ...


wtorek, 17 października 2017

Winne Wtorki: czas na Porto

Porto Insígna white


             Ostatnia edycja Winno Wtorkowych przemyśleń była dobrą okazją do pożegnania się z latem przy pomocy białego kupażu prosto z Tokaju. Autor bloga Blurppp, Irek, zaproponował, abyśmy dziś sięgnęli po wina z Doliny Douro. Jakoś mi się nie widziało wlewać do kieliszka w połowie października asfaltowe czerwienie z jednego z najgorętszych regionów winiarskich na świecie. Na szczęście autor pomysłu pozwolił na pełną dowolność, a więc obok rozpalonych słońcem wytrawnych czerwieni, mogliśmy sięgnąć po… Porto!

             Pewnie pukacie się w głowę i zastanawiacie, w którym miejscu ciężkie porto ma być lepsze na nie-do-końca-zimowe dni od pełnych (ale wyzbytych ze słodyczy) czerwieni. Otóż, Szanowni Czytelnicy, istnieje pewna furtka, która sprawia, że powyższe pytanie retoryczne jest nie do końca takowym. Białe porto! Butelka wspomnianego złocistego słodkiego trunku spoczywa w mojej piwniczce od długich miesięcy. A że dotychczas żadna okazja nie wydawała się być dostatecznie dobrą, aby ją otworzyć, dziś nie było odwrotu. CZYTAJ WIĘCEJ...


wtorek, 3 października 2017

Winne Wtorki: bielą z Węgier żegnam lato

Tokaji Dry 2015 Dereszla Pincészet


               Jesień kojarzy mi się z Tokajem. Nie mam pojęcia dlaczego i domyślam się, że nie ma w tym ani trochę logiki. Moja stopa jeszcze nie stanęła w tym winiarskim regionie położonym na północy Węgier, którego sława dotarła już chyba do wszystkich zakątków na ziemi. Może we wrześniu moje myśli kierują się ku Aszú, furmintom i najróżniejszym puttonom, bo ukochane Włochy nie mają do zaoferowania zbyt dużo na tę porę roku? Przecież jest jeszcze zbyt wcześnie i zbyt ciepło na rozgrzane słońcem sangiovese z Toskanii lub wina z południa Półwyspu Apenińskiego! Chociaż, patrząc na zagadnienie z innej strony, właśnie teraz powinienem sięgać po nic innego, jak czerwienie z Piemontu w akompaniamencie najszlachetniejszych grzybów świata, trufli…

              Tegoroczny wrzesień dostarcza nam wielu okazji ku żegnaniu się z latem dzięki słonecznym i nadzwyczaj ciepłym dniom. Ile to już białych lub różowych, koniecznie dobrze schłodzonych, win otworzyłem, aby uroczyście podać sobie rękę na do widzenia z najcieplejszą porą roku. I ile to już razy musiałem sięgnąć po kolejną lekką biel, bowiem jesień zaskoczyła mnie następnym przyjemnym popołudniem. Okazją ku jeszcze jednemu pożegnaniu (szczerze przyznam, że mam nadzieję iż nie ostatniemu) jest dzisiejsza edycja Winnych Wtorków. Rober, autor bloga Winiacz, zaproponował, abyśmy sięgnęli po białe wina z Węgier. Ok, nie do końca z kraju Orbána, a dokładniej wyprodukowane ze szczepów węgierskich, co mimo wszystko w dużej mierze się pokrywa. CZYTAJ WIĘCEJ...


wtorek, 1 sierpnia 2017

Winne Wtorki: włoskie klasyki

Buracchi Nobile di Montepulciano DOCG 2012



           Na blogach winiarskich coraz częściej macie okazję przeczytać o winach pomarańczowych, winach z amfor, winach naturalnych i wielu innych, które z powodzeniem można by wrzucić do jednego wielkiego wora z etykietą „niestandardowe metody produkcji”. Pod natłokiem tego typu artykułów, pod hektolitrami win niekonwencjonalnych, pod tysiącami słów na ich temat, zapominamy czasami o tym, co w tradycji winiarskiej stanowi element fundamentalny – o wielkich klasykach. Czytamy o szczepach zapomnianych, które dziś uprawiane są tylko przez kilku producentów na zaledwie paru skrawkach ziemi. Próbujemy win wytwarzanych w minimalnych ilościach za sprawą niezwykle rzadkich i mało wydajnych metod produkcji. Przy tym wszystkim umykają nam niesamowite sangiovese z Toskanii, nebbiolo z Piemontu czy chociażby primitivo z obszaru Taurasi. Warto sobie o nich przypomnieć, zwłaszcza w tym wakacyjnym okresie, ponieważ właśnie teraz wielu z nas będzie miało na wyciągnięcie ręki butelki, które dziesiątki (bądź setki) lat temu oczarowały świat i robią to nieprzerwanie do dziś. CZYTAJ WIĘCEJ...


wtorek, 18 lipca 2017

Winne Wtorki: pomiędzy spumante a frizzante

Lodali Moscato d’Asti 2015 DOCG



          Podczas gdy najsłynniejsze włoskie wino musujące bije kolejne rekordy popularności (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, choć i w kraju nad Wisłą nie brakuje mu amatorów), o innych bąblach z Bel Paese jest niezwykle cicho. Prosecco, bo o nim mowa, może w niedługiej przyszłości okazać się z jednym z przegranych z powodu Brexitu. Chociaż jego spożycie rośnie generalnie na całym świecie, to trudno dorównać Anglikom, którzy jak wynika ze statystyk, w ostatnich latach upodobali sobie właśnie musiaka z północno-wschodniej Italii. Nic więc dziwnego, że winiarze z Veneto z obawą spoglądają na pertraktacje rządu brytyjskiego z władzami UE w sprawie opuszczenia wspólnoty przez Wielką Brytanię. CZYTAJ WIĘCEJ...

wtorek, 20 czerwca 2017

Winne Wtorki: wulkaniczna Kampania

Albente Feudi di San Gregorio



               Wina wulkaniczne. Temat niesamowicie interesujący i trudny zarazem. Biorąc pod uwagę, że wino w Polsce wciąż jest na etapie wychodzenia z cienia, wina wulkaniczne można by określić niszą w niszy. A na dodatek jest to zagadnienie niemal niemożliwe do zdefiniowania. Bo co łączy je ze sobą poza tym, że dojrzewały na podłożu powstałym w podobny sposób? Konia z rzędem temu, kto poda mi chociaż jedną nutę aromatyczną pojawiającą się we wszystkich winach wulkanicznych! Siarka? Świeżo wylany asfalt? Nuty mineralne? Wolne żarty. Wystarczy kilka win powstałych z owoców dojrzewających na stokach wulkanicznych z różnych regionów winiarskich, aby się przekonać, że wszystkie te próby szufladkowania muszą spełznąć na niczym (o czym przekonało mnie swoją drogą jeszcze bardziej wino degustowane przy dzisiejszej okazji). Co innego jeśli mówimy o trunkach tylko i wyłącznie z jednego, danego rejonu wulkanicznego. Wtedy można już dojść do jakichś wniosków… CZYTAJ WIĘCEJ...

wtorek, 6 czerwca 2017

Winne Wtorki: winiarskie zaskoczenie ubiegłego roku

Vini Velenosi Querciantica Lacrima di Morro DOC


            Gustaw, autor bloga Przy winie, zaproponował temat dzisiejszych Winnych Wtorków, miałem niełatwy orzech do zgryzienia. Wino, które nas zaskoczyło w ubiegłym roku. Problem w tym, że raczej staram się opisywać natychmiast po wypiciu wszystkie te butelki, które mnie zachwyciły. Czy to poświęcam im obszerne posty, czy też wrzucam krótkie notki na profilu facebookowym Italianizzato, ślad po nich pozostaje. A jeśli jakiegoś wina nie opisałem, to po prostu uważałem, że nie było ono tego warte. Czytaj: nie wywołało ono u mnie żadnych emocji.

            W pierwszej chwili chciałem się skupić na którymś z win odnalezionych na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Te jednak już prezentowałem w ramach serii wpisów Enoturystyka na dwóch kółkach. W sukurs przyszła Winkolekcja, która niedawno zorganizowała w Poznaniu degustację win z ich portfolio zapraszając przy tym niektórych producentów, aby sami zaprezentowali swoje produkty. CZYTAJ WIĘCEJ...


wtorek, 23 maja 2017

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Sandomierska

Dziennik z wyprawy po Sandomierskim Szlaku Winiarskim


           Z Ostrowca Świętokrzyskiego wyjechaliśmy o poranku. Był weekend majowy, więc ruch w mieście nie specjalny. Dla nas lepiej, ponieważ pierwsze kilometry w kierunku Sandomierza (a przede wszystkim Winnicy Sandomierskiej) mieliśmy przemierzyć jadąc ścieżką rowerową wzdłuż ruchliwej zazwyczaj drogi w stronę Ożarowa.
           Pogoda zaczęła się psuć, wiatr wiał nam w twarze niemiłosiernie. Wlekliśmy się niczym żółwie, a poprzednie dni na rowerowym siodełku dawały nam o sobie znać nie poprawiając sytuacji. Zatrzymaliśmy się w Ćmielowie, gdzie Ł. i D. koniecznie chcieli zwiedzić Polską Fabrykę Porcelany. Niezbyt zainteresowani tematem, w tym czasie, ja i I. nadrobiliśmy zaległości odpowiadając na dziesiątki wiadomości. Wyjazd rowerowy pod namioty ma jedną z tych zalet, że człowiek jest poniekąd odcięty od świata i naprawdę odpoczywa od codzienności. Do czasu…

           Ł. i D. zakończyli swoją wycieczkę po ćmielowskim muzeum porcelany po około godzinie. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą trasę, za sobą mieliśmy dopiero nieco ponad 10km, a od celu naszej dzisiejszej wyprawy dzieliło nas kolejne 35. CZYTAJ DALEJ...


wtorek, 18 kwietnia 2017

Winne Wtorki: za stare by pić

Ercolani Nobile di Montepulciano Riserva 2008 


           Jak wino, im starsze tym lepsze. Jak bardzo byśmy nie próbowali uciec od tego porównania, jak często byśmy go nie negowali, wróci ono do nas prędzej czy później ze zdwojoną siłą. W świecie, w którym już spora grupa konsumentów doskonale wie, że nie każde wino, a właściwie ich zdecydowana większość, wraz z wiekiem nie koniecznie przybiera uroku, wciąż nietrudno o znawcę, który stojąc przy półce suto zastawionej najróżniejszymi butelkami, sięgnie po tę najstarszą.
           Cóż, świadczy to tylko o jednym: dużo jeszcze pracy przed producentami, importerami, dziennikarzami i blogerami, aby uświadomić klientom, że powiedzenie „im starsze tym lepsze” prawdziwe jest tylko w niewielkim procencie, bo tylko taki odsetek światowej produkcji nadaje się do przechowywania przez długie lata. Mało tego, duża część tego niewielkiego odsetka trafia nie tam, gdzie wina kupuje najczęściej statystyczny Polak, to znaczy nie na marketowe półki. CZYTAJ DALEJ...


wtorek, 21 marca 2017

Winne Wtorki: Negroamaro dla obcych

Wino dla przybyszów z kosmosu?



Jakim winem poczęstowałbyś przybyszów z innej planety, aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia?

Na to pytanie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie da się znaleźć sensownej, a już na pewno nie jednoznacznej, odpowiedzi. Zdefiniowanie odpowiedniego motywu przewodniego i dopasowanej doń odpowiedniej butelki przyszło mi dziś z niemałym trudem. Z pierwszym zadaniem poradziłem sobie samemu, w realizacji drugiego przyszła mi w sukurs Słoneczna Winnica. Idźmy jednak po kolei, wróćmy do źródła, a tym jest Robert, autor bloga Winiacz, który właśnie tak karkołomny temat zaproponował na dzisiejszą edycję Winnych Wtorków.
Jako osoba twardo stąpająca po ziemi nieco dopasowałem wspomniane we wstępie pytanie do tezy, z jaką dziś występuję. Trudno mi dywagować na temat istot pozaziemskich. Nie mam o nich żadnego pojęcia, nie za bardzo chce mi się w nie wierzyć, nie rozumiem też do końca całego szumu medialnego, który wybucha za każdym razem, gdy pojawia się wiadomość o bliskim spotkaniu n-tego stopnia. Skupmy się zatem na drugiej części pytania, która mnie wydała się bardziej istotna: aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia. Po pierwsze: im, czyli komu? Po drugie: jakie wspaniałości? CZYTAJ DALEJ...



środa, 21 grudnia 2016

Winne Wtorki: (nie)pedant z Emilii-Romanii

Pignoletto Frizzante Chiarli 1860


            Niniejszy wpis w swoich założeniach opierać miał się na językowo-winiarskich porównaniach. Rozochocony początkowymi sukcesami w żmudnie postępujących pracach badawczych dotarłem jednak do ściany. Punktu krytycznego, który stanowczo nie pozwalał na dalsze brnięcie w raz obranym kierunku. Na nic zdałby się również krok w tył. Po prostu moje wyjściowe założenia były błędne, a spowodowało je małe niedopatrzenie już u samego początku.

1. Do dzieła!
Tuż obok hasła pignolo w słownikach włosko-polskich znajdziemy następujące tłumaczenia: pedant, pedantyczny, skrupulatny, drobiazgowy, małostkowy. Hasła pignoletto za to w słownikach nie znajdziemy. W ogóle mało gdzie poza Emilią-Romanią je znajdziemy. Rzadko kiedy piszą o nim winiarskie sławy, bo i za bardzo nie ma o czym. Sklasyfikowana, względnie poznana, biała, raczej przeciętna i niezbyt obiecująca odmiana, które swoje korzenie zapuściła w okolicach Bolonii. Skoro winiarski świat zesłał pignoletto na niebyt, to dlaczego mieliby interesować się nim lingwiści? To pytanie nie wymaga odpowiedzi. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy pomiędzy pedantyzmem, a nazwą szczepu jest jakiś związek.

2. Eureka?
            Pignolo i pignoletto nawet osobie, dla której język włoski to pizza, pasta i basta, już na pierwszy rzut oka bezspornie wydają się być ze sobą spokrewnione. Coś te dwa słowa fonetycznie i graficznie łączy. Bingo! Wystarczy do pignolo dodać sufiks -etto i jesteśmy w domu. I rzeczywiście, w jednym z konsultowanych słowników trafiłem na formę pignoletto znajdującą się przy haśle pignolo, a znaczyła ona ni mniej, ni więcej niż pedancik. Naprawdę? Godziny spędzone nad słownikami, żeby dowiedzieć się, że nazwa szczepu po polsku brzmi wręcz śmiesznie, a co gorsza nie ma żadnego związku z jego charakterem? Bo przecież powiedzieć o pignoletto pedancik, to jak powiedzieć o Barolo księciunio. Strzał jak kulą w płot. Już Pliniusz Starszy w swoim dziele Naturalis Historia pisał o bolońskim szczepie w tych słowach: non dolce abbastanza per essere buono (niewystarczająco słodkie, aby było dobre). Nawet jeśli odrzucimy antyczne umiłowanie do win słodkich, trzeba przyznać, że dobrego PR Pliniusz tej odmianie nie zrobił.

3. Eureka!
            Nieco zrezygnowany przeglądałem kolejne dzieła antyczne i te mniej. Miałem już zaniechać lingwistycznych podjazdów do pignoletto, gdy przypominała mi się nazwa innego (skądinąd również włoskiego) szczepu: PIGNOLO. Tym razem jednak nie dałem się tak łatwo wpędzić w pułapkę błędnych założeń. Z góry odrzuciłem pokrewieństwo bohatera dzisiejszego wpisu z pignolo. Ten pierwszy, jak rzekło się wcześniej, uprawiany w Emilii-Romanii i chuderlawy w swej naturze. Ten drugi pochodzi z Friuli, daje wina zdecydowanie dobrze zbudowane, pełne owocu, ale i nierzadko nut balsamicznych. Nie o pokrewieństwo genetyczne mi jednak chodziło, a o lingwistyczne koligacje. W swoich poszukiwaniach dotarłem do celu: pignolo i pignoletto pochodzą od tego samego słowa, pigna (szyszka jodły). Nazewnictwo wspomnianych szczepów powstało przez wzgląd na podobieństwo grona (nawet jeśli niektórzy twierdzą, że nie o kiść, a o poszczególne jagody tu chodzi) do szyszki.

4. Trzeba to uczcić.
            Nawet jeśli moje początkowe założenia okazały się błędne, kilkugodzinna praca nie poszła na marne. Poznałem pochodzenie nazwy nie jednego, a dwóch szczepów. Obydwu lokalnych, obydwu włoskich. A wszystko to za sprawą dzisiejszej edycji Winnych Wtorków. Braci blogerskiej zaproponowałem poszukanie odmian endemicznych. Oni wywiązali się ze swojego zadania na czas, mój żołądek nie pozwolił mi na to wczoraj, ale dziś nadrabiam zaległości. Świętując mały sukces wieńczący dochodzenie oraz moje uzdrowienie otworzyłem, nie inaczej, butelkę Pignoletto Frizzante Chiarli 1860. Wino w kieliszku bledziutkie, trochę jakby rozwodnione. Duże bąble odrywały się od dna i szybowały ku górze, której nie wieńczyła gęsta piana (wszak mówimy o frizzante, winie drżącym, a nie spumante, pieniącym się). Kwiecisty, świeży i rześki nos. Gdzieś majaczy nieco białych owoców, ale aromaty nie są mocno skondensowane. W ustach lekko mineralne, choć nadal dominują kwiaty polne. Trochę jabłka i gruszki. Wytrawne do cna. Proste, ale idealnie rozbudziło apetyt. Może spokojnie konkurować z prostymi prosecco, a w tym rejestrze cenowym o nic więcej nie proszę.
            …i pozostał tylko niesmak, gdy odkładając kieliszek obok nadal otwartego słownika zauważyłem: 2. (pinolo) orzeszek m piniowy.


Nazwa: Pignoletto Frizzante
Producent: Chiarli 1860
Miejsce zakupu: Auchan
Cena: 30zł
Rodzaj wina: białe, wytrawne, musujące
Ocena:



Pozostali wtorkowicze dziś napisali:

wtorek, 6 grudnia 2016

Winne Wtorki: od Szwaba do Soave

Soave Classico Zenato DOC 2015
            Soav|e1, arch. suave adj 1. łagodny, delikatny, miły, przyjemny; słodki; occhi ~i łagodne <słodkie> oczy; profumo ~e słodki <łagodny> zapach, słodka <łagodna> woń; voce ~e miły <przyjemny, słodki> głos; ~e al gusto delikatny <łagodny> w smaku; ~e al tatto delikatny <miły> w dotyku; książk. ~e ricordo słodkie <miłe> wspomnienie; książk. nome ~e słodkie imię 2. błogi; kojący; łagodny, pogodny, spokojny; ~e vento łagodny wiatr; sguardo ~e pogodne <błogie> spojrzenie; książk. una ~e malinconia błoga <łagodna> melancholia 3. arch. łatwy, nieuciążliwy; lekki, spokojny; con ~e passo lekkim <spokojnym> krokiem 4. arch. książk. gładki, miękki adv. rzad. poet. miło, przyjemnie; słodko; łagodnie, spokojnie (Wielki słownik włosko-polski, 2010, Wiedza Powszechna).
Szwabić ndk VIa, ~ony rzad. (częstsze w formie dk: oszwabić) «okpiwać, oszukiwać»: Gdybym chciał na nim zyskiwać albo go szwabić, pisałbym 15 rzeczy na rok kiepskich, które by on mi kupował po 300 i miałbym większy przychód. CHOPIN Wyb. 128 // SW (Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego).
           
źródło: www.baroloeco.it
Ja tam się Szwabom nie dziwię. Raj na ziemi.
            Co łączy dwa zamieszczone wyżej wycinki ze słowników? Wspólne pochodzenie. O ile zrozumiałym jest dla osoby posiadającej średnią znajomość języka polskiego jako języka ojczystego, że czasownik (o)szwabić pochodzi od słowa Szwab, o tyle większości z nas nie przyszłoby do głowy, że soave w prostej linii wywodzi się od jego odpowiednika w języku włoskim. A samo Soave Polakom jest już dobrze znane, wszak jest to jedno z najlepiej rozpoznawalnych białych win regionu Wenecja Euganejska i Włoch w ogóle. Jak to możliwe, że dwa wyrazy mające wspólnego przodka, są dziś aż tak dalekie w swoich znaczeniach? Cóż, dzisiejszych różnic znaczeniowych dopatrywałbym się w historiach Polski i Włoch i ich wzajemnych stosunkach ze Szwabami.
            Rejon, który słynie z produkcji (między innymi) Soave, można by określić jako mały raj na ziemi. Łagodny klimat, żyzne wulkaniczne gleby, położenie, które faworyzuje rozwój oraz bliskość gór i morza będącymi świetnymi odskoczniami od trudów życia codziennego załatwiają sprawę. Gdzie w tym wszystkim Szwabowie? Ten wywodzący się z Nadrenii szczep germański jeszcze w I w. p. n. e. był trzymany w ryzach przez Juliusza Cezara. Dopiero niespełna pięćset lat później Szwabowie wraz z innymi ludami barbarzyńskimi zbliżyli się do granic dzisiejszych Włoch. U boku Longobardów nadreński lud przesuwał się powoli na południe, aby ostatecznie osiąść na terenach oddalonych o kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów na wschód od jeziora Garda. Od tego momentu szwabskie podboje na ziemiach włoskich zakończyły się. Germanowie prowadzili odtąd spokojne życie nie wadząc nikomu (oczywiście jeśli mowa o Półwyspie Apenińskim, bo w Europie namieszali oni niemało jeszcze w wiekach średnich). Svevi i suave w łacinie stały się wyrazami bardzo sobie bliskimi. Nic więc dziwnego, że ten zaskakujący dla polskiego ucha związek przetrwał do dziś, a nawet więcej: jego kwintesencja wyraża się w winie, które produkuje się na wulkanicznych glebach zamieszkałych niegdyś przez Szwabów. Odpuszczę Wam historię relacji Polsko-Szwabskich (a zaznaczyć należy, że dziś często mówi się generalnie o Niemcach używając tej nazwy…), przejdę za to do sedna moich rozważań: Soave Classico DOC 2015 od Zenato.


            Delikatna, słomkowa barwa. Wino połyskliwe, zachęca złocistymi refleksami. W nosie pełne nut kwiatowych, zza których wychylają się brzoskwinie i jabłko. Dość aromatyczne i mało ascetyczne jak na Soave. W ustach łagodnie kwiatowe. Niewybijająca się, ale zaznaczona na koniuszku języka kwasowość. Migdałowy, lekko goryczkowy finisz. Dominuje garganega, ale da się również wyczuć delikatną nutę chardonnay, które stanowi 30% kupażu. Na podstawie tej butelki niepodobna mówić o trudnym dla Soave roku 2015, wręcz przeciwnie. Złośliwi powiedzą, że Soave Classico od Zenato jest techniczne, ale w tym wypadku nie przeszkadza mi to ani trochę. Szwabowie górą!

Nazwa: Soave Classico 2015
Producent: Zenato
Miejsce zakupu:
Cena:
Rodzaj wina: białe, wytrawne
Ocena:




Dzisiejszy wpis powstał w ramach specjalnej mikołajkowej edycji Winnych Wtorków. Już trzeci raz z rzędu miałem przyjemność wymienić się z autorami innych blogów winami. Mojemu Mikołajowi (a tak de facto Mikołajom) bardzo dziękuję za nadesłaną butelkę! Poprzednie wpisy znajdziecie tutaj i tutaj. Pozostali wtorkowicze dziś napisali:



wtorek, 22 listopada 2016

Winne Wtorki: biała Australia

Burra Brook Chardonnay 2015


            Jeszcze nie zdążyłem na dobre zapomnieć poprzedniej butelki otwieranej przy okazji Winnych Wtorków, a autorzy Winnych Przygód już zapraszają do kolejnego testu. Na ich polecenie szukamy dziś białych win z Australii. Łatwizna, chciałoby się wykrzyknąć. Nic bardziej mylnego. Wcale nie tak łatwo znaleźć jest coś ciekawego w rozsądnej cenie z Australii w Polsce. Na szczęście mnie się udało i jeszcze nie ochłonąwszy po tegorocznych targach Enoexpo otwieram butelkę australijskiego chardonnay wyprodukowaną specjalnie dla Marks&Spencer.
            Dzisiejszy temat był dla mnie trochę kłopotliwy, ale chyba właśnie z takimi najlepiej jest się mierzyć. Bo jaki jest sens w otwieraniu kolejnej dobrze znanej butelki z Toskanii, jeśli ma się okazję poznać coś nowego, a przy tym spróbować pogodzić się z chardonnay (nie, szczep ten w jakiejkolwiek odsłonie nie należy z pewnością do moich ulubionych…). W moich poszukiwaniach zabrnąłem do brytyjskiego M&S. Kupiłem tam już wiele dobrych butelek w przyzwoitych cenach (zwłaszcza jeśli akurat udało mi się trafić na przeceny). Market ten u nas znany jest przede wszystkim z rynku odzieżowego, ale sprawy mają się zupełnie inaczej na Wyspach. Tam Marks znajduje się wśród czołówki walczącej o kieliszki klientów. Markety spożywcze znajdujące się w sąsiedztwie odzieżowych regałów w Wielkiej Brytanii są potężne (nierzadko znacznie większe niż wspomniane działy odzieżowe) i oferują szeroką gamę wysokiej jakości stosunkowo tanich produktów. Oczywiście nie mówię tu o takich, które dostarczają niesamowitych wrażeń i pokonują konkurentów na każdym polu. Chodziło mi raczej o porządne, nierzadko regionalne, smakołyki, które kosztują niewiele, a naprawdę trudno się na nich przysłowiowo przejechać. Nie inaczej sprawy mają się jeśli spojrzeć na półkę z winami w M&S. W Wielkiej Brytanii regały pełne są butelek z tak klasycznych regionów jak Burgundia, Toskania, Bordeaux, Porto czy Alzacja, ale nie brakuje tam też winiarskich ciekawostek jak chociażby Etna czy Grecja. Są też wina biologiczne i lokalne szczepy. Krócej mówiąc: czego dusza winomana może zapragnąć, a wszystko to właściwie w każdym przedziale cenowym. Nawet po przeliczeniu funtów na złotówki, jak widać na półkach polskich punktów M&S, ceny win nie szybują niebezpiecznie w górę. Już za dwie dyszki można znaleźć ciekawe butelki spokojnie konkurujące z tymi z dyskontów czy innych supermarketów. Powiem więcej: nierzadko są one zdecydowane lepsze i raz jeszcze to zaznaczę, trudno natrafić tu na wino wyraźnie niepijalne. I w całym tym zachwalaniu dochodzę do punktu krytycznego: potwierdzono mi ostatnio u samego źródła, że plotki o stopniowym wycofywaniu się marki Marks&Spencer z Polski są jak najbardziej prawdziwe…
            Osoby takie jak ja będą musiały pogodzić się z zamknięciem jednego z ciekawszych punktów na poznańskiej mapie winiarskiej. Nie o winopijców jednak tylko tu chodzi, bo nawet wtedy, gdy kupowałem chardonnay do dzisiejszego testu, przede mną i za mną stali inni ludzie, którzy przyszli do M&S zrobić zapasy ulubionych produktów (niekoniecznie alkoholowych). Jedyną pozytywną wieścią w związku z odejściem marki z Polski może być chyba tylko ta o wyprzedażach win, które pozostaną jeszcze na półkach. Na pewno możecie liczyć, że na profilu Italianizzato pojawi się stosowna informacja, tymczasem przejdźmy do dzisiejszego wina.
            Jak już wspomniałem chardonnay do moich ulubionych szczepów się nie zalicza. Na świeżo jest on dla mnie trochę nijaki, a wersje beczkowe wydają mi się często źle skrojone, jakby wciśnięto go w niewygodny garnitur z dębowych desek. Burra Brooks z M&S było starzone w dębie zaledwie przez 3-4 miesiące i to właśnie ta informacja zachęciła mnie do sięgnięcia po to wino. W nosie mango i ananas. Po chwili również delikatna woń orzechów i jeszcze delikatniejsza wanilii. W ustach z początku zdecydowana, szczypiąca w język zielona kwasowość. Później równie zdecydowany goryczkowo-migdałowy finisz. A co pomiędzy? No właśnie tu miałem problem. Duża porcja zielonych, świeżych aromatów. Wszystko to jednak okraszone nutami oddębowymi. Jakoś mi ta kompozycja nie przypasowała sama w sobie. W towarzystwie pieczonego jesiotra było już lepiej, ale wciąż dało się wyczuć pewien dysonans pomiędzy zielonym, świeżym winem, a dębowymi klepkami, które zdecydowanie lepiej sprawdziłyby się w czymś nieco bardziej oleistym i rozwiniętym. Może za rok lub dwa całość się ułoży?


Nazwa: Chardonnay 2015
Producent: Burra Brook (dla M&S)
Miejsce zakupu: Marks&Spencer
Cena: 24,99zł (promocja, cena regularna ok. 30zł)
Rodzaj wina: białe, wytrawne
Ocena:





Inni wtorkowicze napisali:

wtorek, 8 listopada 2016

Winne Wtorki: wino Wysp Szczęśliwych

Hiszpania nieoczywista

            W 1312 roku kupiec i żeglarz pochodzący z Ligurii dopłynął do jednej z wysp położonych u zachodnio-północnych wybrzeży Afryki. Od jego nazwiska wyspę tę nazwano Lanzarote. Już wtedy kapitan Lancelotto Malocello dostrzegł potencjał drzemiący w Wyspach Kanaryjskich. Po niespełna dwóch dekadach pobytu na Wyspach Szczęśliwych musiał jednak skapitulować pod naporem rdzennych (no może nie do końca, ale o tym za chwilę) mieszkańców wysp, Guanczów.


Do rządzenia było wielu

            Zanim Wyspy Kanaryjskie trafiły pod panowanie Króla Hiszpanii, musiało upłynąć wiele lat. Pretendentów do sprawowania tu władzy na przestrzeni wieków pojawiło się wielu. Już w okolicach trzeciego tysiąclecia przed naszą erą dopłynęli tu pierwsi osadnicy z Afryki (co dziwić nie powinno, wszak Kanary leżą u wybrzeży Afryki, nawet jeśli dziś znajdują się pod jurysdykcją państwa europejskiego). Około tysiąc lat później na Wyspy Kanaryjskie dotarł tajemniczy lud Guanczów. Na jego temat wciąż krąży wiele tajemnic, badaczom do dziś nie udało się ustalić jego pochodzenia. Przez kolejne dwa tysiące lat Guanczowie żyli w izolacji, która zapewniała im względny spokój. Dopiero w 1312 na scenę wszedł wspomniany już na wstępie włoski żeglarz. Dotychczasowym mieszkańcom archipelagu po dwudziestu latach walk udało się pokonać Malocello. Ugięli się oni jednak pod kolejnym najeźdźcą. W 1402 roku na Lanzarote dotarł Jean de Béthencourt, odkrywca urodzony w Normandii, służący wówczas Królowi Kastylii. Przybycie Francuza rozpoczęło okres krwawych walk pomiędzy Hiszpanami, a Guanczami, które zakończyły się dopiero u schyłku stulecia. Skutki tych wojen widoczne są na Kanarach do dziś. Do dziś bowiem zachowały się tu jedynie niewielkie ślady obecności Guanczów, po Hiszpanach natomiast… no cóż, Hiszpanie władają wyspami nadal.

źródło: www.wikipedia.org

Wyspy wina, czyli Wyspy Szczęśliwe

            Dziś domeną Wysp Kanaryjskich jest przede wszystkim turystyka oraz uprawa bananów i pomidorów. Nie było tak jednak zawsze. Jeszcze w XVI wieku tutejsza gospodarka opierała się na produkcji cukru, a u schyłku kolejnego stulecia archipelag nazywano… „wyspami wina”. Produkcję wina z pewnością faworyzowało samo położenie wysp. Nierzadko były one ostatnim europejskim portem, w którym uzupełniano zapasy, tuż przed wyruszeniem w podróż przez Ocean Atlantycki ku Amerykom. Jak wiadomo, na statkach nie mogło zabraknąć i wina.
            Nie jest do końca jasne jakie trunki produkowano na Wyspach Kanaryjskich w wiekach XVII i XVIII. Pewne jest jednak to, że tutejszy klimat, a przede wszystkim lokalne terroir już wtedy wywierało znaczny wpływ na jakość i smak wina. Wszystkie wyspy archipelagu są pochodzenia wulkanicznego. Księżycowy krajobraz wydaje się być skrajnie niesprzyjający uprawie czegokolwiek, a mimo to lokalni producenci wina są w stanie przelać do butelek tuf wulkaniczny wyciągając z niego to, co najlepsze. Nie o terroir jednak tylko tu chodzi…

źródło: www.en.losbermejos.com

Tuf wulkaniczny w kieliszku

            Swoją wyjątkowość wina Wysp Kanaryjskich w równej mierze co terroir, zawdzięczają endemicznym szczepom. Jednym z nich jest Listán Negro. Czerwony szczep dający dość proste, owocowe wina, które najlepiej smakują niepotraktowane dębową beczką. Mnie w udziale przypadł Listán Negro od najstarszego i największego producenta na wyspach, Bodegas El Grifo. W kieliszku barwa purpurowa z ciemniejszymi refleksami. W nosie czarna porzeczka i jeżyna, ale nie one tu dominują. Owocowe aromaty mieszają się w kieliszku z zapachem asfaltu i smoły. W ustach wyraźna tanina i kwasowość. Drobne musowanie na języku, z początku wino szorstkie i mało przyjazne. Pierwsze wrażenie za nami, wino pokazuje drugą twarz; po dotlenieniu Listán wydaje się być nieco mniej szorstki w obyciu, nieco lżejszy i bardziej owocowy. Brakuje mu w pewnym momencie ciała, ale wyrazisty, lekko goryczkowy finisz zamyka ładnie całość. Z pewnością nie jest to wino z serii lekkie, łatwe i przyjemne. Wymaga skupienia i cierpliwości, aby odkryć jego wulkaniczne zalety.
            Jedno jest pewne, gdyby Portugalczycy wiedzieli jakie winiarskie terroir kryje się pod nazwą Wyspy Szczęśliwe, nie oddaliby ich Hiszpanom za Azory, Wyspy Zielonego Przylądka i Maderę. I pomyśleć, że całe to bogactwo miało kiedyś okazje stać się własnością Republiki Genui…




Nazwa: Listán Negro
Producent: El Grifo
Miejsce zakupu: w miejscu produkcji
Cena: ok. 8 euro
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 




Inni wtorkowicze napisali:

wtorek, 4 października 2016

Winne Wtorki: co by było gdyby…?

Gaga Winnica Sama Valley Jankowice
           

            Jak będzie wyglądać świat za kilkaset lat? Strefy klimatyczne, jakie są nam znane dzisiaj odejdą w niepamięć. Na skutek nieodwracalnych zmian w przyrodzie wszyscy producenci wina będą zmuszeni skapitulować i przestać tworzyć napój, który znany był ludzkości od tysięcy lat. Trudno to sobie wyobrazić, zwłaszcza jeśli jest się osobą, dla której obecność wina przy posiłku jest zasadnicza (nie licząc doborowego towarzystwa współbiesiadników, rzecz jasna). Do rozważań na temat co by było gdyby winiarstwo miało się skończyć zaprosił nas dziś autor bloga Enoeno.
            Jeśli Ziemię nawiedziłby kataklizm, a wy moglibyście uratować tylko jedną odmianę, co by to było? Czy wybralibyście egoistycznie - to, co najbardziej lubicie, ekonomicznie - to, co najlepiej się sprzedaje, altruistycznie - to, co daje najwięcej zatrudnienia, czy może odmianę, z której można wyczarować najwięcej stylów, a nawet kolorów. A może jeszcze inaczej? Tak dokładnie brzmiało polecenie zadania na dziś. Sławek jak widać, stawił przed nami niecodzienne wyzwanie i zmusił nasze szare komórki do odrobiny wysiłku. Przygotowania do dzisiejszego Winnego Wtorku nie mogły skończyć się na wyprawie  do sklepu i otworzeniu zakupionej butelki w celu jej zdegustowania. Trzeba było rzeczywiście wysilić zwoje mózgowe, zejść do piwniczki pełnej skarbów i rzucając okiem to tu, to tam wybrać którąś z okurzonych butelek. A potem jeszcze uzasadnić, dlaczego wybrało się akurat tę, a nie inną.
            Przez ponad miesiąc, od kiedy znany mi był temat dzisiejszego Winnego Wtorku, chodziłem po sklepach i robiłem porządki w piwnicy szukając tej właściwej butelki. Tej, którą warto byłoby ocalić od zagłady. Sangiovese? Krew Jowisza to dobra odmiana. Jedna z najważniejszych nie tylko we Włoszech, ale i na świecie. Ale czy ten szczep zaspokoiłby gusta wszystkich klientów po zagładzie? Nie, sangiovese odpada… Kandydatów było więcej, każdy jednak z jakiegoś powodu został przeze mnie odrzucony. Możecie sobie wyobrazić ostatnie tygodnie i mętlik, jaki panował w moich winiarskich notatkach. Od odmian włoskich, które pokochałem przez pasję do Italii, przez te międzynarodowe, które wydają się być naturalnie predysponowane do zajęcia wszystkich siedlisk po zagładzie, aż po… No właśnie, po co? Już miałem się poddać, gdy w ręce wpadła mi butelka z winnicy znajdującej się kilka kilometrów od mojego domu. Gaga.
            O hybrydach krążą różne opinie, przeważają te negatywne. Trudno nie zgodzić się z większością z nich, nawet jeśli polscy producenci w ostatnich latach udowodnili, że i z mieszańców można wyczarować niesamowite wina. Dlaczego zatem chciałbym ratować jedną z nich, a dokładniej regenta, bo o nim mowa? A to właśnie za sprawą wina Gaga, w którym wspomniany szczep objawił mi się pod postacią dotąd nieznaną, lekką, zwiewną… idźmy jednak po kolei.
            Na tegorocznej degustacji win w poznańskim SPOT. miałem okazję zetknąć się z winem z Winnicy Sama Valley po raz pierwszy. Czerwony regent był dla mnie jednym z objawień tego spotkania z winami polskimi. Nawet jeśli beczka w tym winie zdecydowanie przykrywała nieśmiały owoc, gdzieś w tyle głowy buzowała myśl: „ta butelka powstała kilka kilometrów od mojego domu!”. Potem były odwiedziny w Jankowicach. Już wtedy przekonałem się, że Sama Valley zaskoczy mnie jeszcze nie raz. Pierwszym z tych zaskoczeń okazało się Gaga. Delikatna i niezbyt intensywna purpurowa barwa. Nos przepełniony owocami leśnymi przykrytymi bitą śmietaną, dominują świeże truskawki i konfitura z jagód. W ustach znów delikatne nuty owoców leśnych. Świeżych, takich prosto z lasu okrytych jeszcze poranną rosą. Rześkie i potoczyste, krótko mówiąc. Czymże byłoby jednak to wino bez swojego finiszu? Zadziornego, pieprzno-goryczkowego, który stawia kropkę nad „i”… I to jest wino, które chciałbym pić, gdy nie byłoby już żadnego innego.

Nazwa: Gaga
Producent: Sama Valley Winnica Jankowice
Miejsce zakupu: otrzymane od producenta
Cena:
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne
Ocena: 




Inni wtorkowicze napisali: