____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 sierpnia 2018

Cascina Tavijn || Nadia Verrua




Jest kilka minut przed godziną szóstą rano. Budzę się w moim pokoju w Asti. Pościel leży gdzieś na ziemi, jest tak gorąco, że pomimo spuszczonych rolet na oknach, czuję się jakbym był w piekle. Włączam klimatyzator, ustawiam go na maksymalną moc i próbuję jeszcze na chwilę zasnąć. Nic z tego. Dźwięk jednostki chłodzącej ustawionej na balkonie tuż za oknem nie pozwala mi zmrużyć oka. No cóż, chcąc nie chcąc wstaję i biorę zimny prysznic, a w oczekiwaniu na śniadanie próbuję przejrzeć plan trasy na dziś.

***

Rower odebrałem z wypożyczalni już o dziewiątej. Nie pytano mnie o dowód osobisty, nie chciano mojego numeru telefonu, a nawet zapłaty. Dość odważne podejście jak na północne Włochy. O ile na Sycylii zdarzyło mi się już spotkać z tego rodzaju wyluzowaniem, o tyle Piemont przyzwyczaił mnie do porządku i iście niewłoskich standardów. Mniejsza. Mountain bike, który przypadł mi w udziale był naprawdę dobry. Jedynie czego mi brakowało, to bagażnika mogącego unieść kilka butelek wina. Trudno, na szczęście zabrałem ze sobą konkretnych rozmiarów plecak.
Wróciłem do pokoju hotelowego, znów wziąłem zimny prysznic. Pomimo, że było zaledwie przed dziesiątą, słupki rtęci przekroczyły już 30 kreskę, a wilgotność powietrza sięgała powyżej 80%. Zacząłem mieć pewne obawy co do powodzenia mojej wycieczki. Nawet wstępnie sprawdziłem możliwości skrócenia trasy, gdyby się okazało, że mój organizm odmówi posłuszeństwa. Wypiłem potężną dawkę elektrolitów, zjadłem mnóstwo owoców i świeżych warzyw, aby mieć zapas witamin i soli mineralnych w ciele na później i uciąłem sobie jeszcze drzemkę... CZYTAJ WIĘCEJ...



piątek, 27 lipca 2018

Lonely Planet || Wine Trails



Wakacje. Błogie lenistwo, dni przepełnione żarem lejącym się z nieba, spędzone jedynie na nic nie robieniu. Albo inaczej. Pobudka o poranku, póki jeszcze nie jest zbyt gorąco, mapa w dłoń i marszruta po zabytkach miasta. W południe posiłek w lokalnej knajpce zaprawiony kieliszkiem regionalnego wina, później dwie godziny sjesty i powrót na zabytkowy szlak. A wieczorem przychodzi czas na kolejny kieliszek schłodzonego białego wina i zasłużony odpoczynek.
Nieważne jak lubicie spędzać wakacje. Nie ma znaczenia czy wolicie leniuchować na ręczniku kąpielowym na sycylijskiej plaży, czy może bardziej Wam w smak przejść kilkanaście kilometrów w żarze pośród uliczek antycznego Rzymu. Jeśli w podróżach towarzyszy Wam gdzieś w tle (lub nawet wybija się na pierwszy plan) chęć poznawania panoramy enologicznej odwiedzanego miejsca, na pewno wybierając się na wakacje sprawdzacie do której enoteki czy winnicy warto zawitać. Internet jest pełen przydatnych informacji, zdecydowana większość producentów i sklepów z winem ma już swoje strony, na których znajdziecie wszystko, czego dusza zapragnie, aby dobrze zaplanować podróż. Są jednak tacy, jak chociażby autor tych słów, którzy wciąż nad ekran smartfona czy tableta przedkładają papier. Dla nich jakakolwiek wycieczka wiąże się z trzymaniem tradycyjnej mapy w dłoni (na końcu zazwyczaj już mocno wymiętej i poplamionej) lub targaniem w bocznej kieszeni plecaka przewodnika, równie mocno doświadczonego przez los co wspomniana mapa. CZYTAJ WIĘCEJ...



wtorek, 19 czerwca 2018

Wino+rower || Winnica Miłosz




           Będąc u Krzysztofa Fedorowicza podczas tegorocznej majówki jeszcze nie wiedziałem, że jego Angelus 2017 zdobędzie Złoty Korek podczas święta polskiego wina i cydru w SPOT. Co prawda w Winnicy Miłosz próbowaliśmy jednego wina różowego i już  wtedy wydało ono nam się całkiem do rzeczy (choć rocznik nieco już nie na czasie, bo 2016), to nie spodziewałem się ani przez moment, że nieco ponad miesiąc później będę oklaskiwał ojca obydwu tych win w Poznaniu.
           Łaz dzieli od Zaboru dosłownie rzut kamieniem. Właściwie tuż po pożegnaniu się z Kasią i Piotrem Żelaznymi przejechaliśmy zaledwie przez ulicę i zatrzymaliśmy się w Winnicy Miłosz. Przed płotkiem okalającym niewielką przydomową parcelę zaparkowały te same auta, które widzieliśmy dzień wcześniej w Winnym Dworku. Wypucowane, błyszczące w blasku słońca. I znów dla kontrastu my. Na rowerach. Brudni. Zmęczeni. CZYTAJ WIĘCEJ...



sobota, 2 czerwca 2018

Cannoli siciliani alla ricotta




            Tym razem mógłbym zacząć od słów Przerywamy program, aby nadać ważny komunikat... Na chwilę oddalamy się od Lubuskiego Szlaku Wina i Miodu, aby powrócić na Sycylię, gdzie wylądowałem kilka miesięcy temu. No może nie do końca oddalamy się, ponieważ ricottę potrzebną do przygotowania dzisiejszego przepisu kupiłem podczas majówki w Lubuskiem.
            Jeśli śledziliście na Italianizzato serię artykułów o Trinacrii, na pewno spostrzegliście, że zabrakło tam przepisu na jeden z najważniejszych (i najsmaczniejszych) symboli gastronomicznych tego zakątka Włoch. Cannoli alla ricotta to przysmak, bez którego nie może się obejść żadna wyprawa na Sycylię, a wie o tym doskonale ten, kto wyspę już odwiedził. Smak kruchego ciastka wypełnionego kremem z owczego słodkawego sera zapada głęboko w pamięć i jedno jest pewne: po spróbowaniu oryginału już żadna kopia nie zadowoli nawet osób nie będących smakoszami.
            Odtworzenie cannoli siciliani w domu może nastręczyć nieco problemów, bo i przepis w kilku punktach nie należy do najłatwiejszych, ale jeśli postaracie się o dobrej jakości składniki, efekt końcowy wynagrodzi wszelkie niedogodności podczas przygotowania. Bez dalszej zwłoki przejdźmy zatem do przepisu sensu stricto. CZYTAJ WIĘCEJ...



poniedziałek, 21 maja 2018

Wino+rower || Winnica Gostchorze




           Do Krosna Odrzańskiego docieramy późnym popołudniem. Niespełna 20km wzdłuż ruchliwej trasy to nie był najprzyjemniejszy etap podczas tegorocznej majówki, ale mamy go już za sobą. Później wspominamy tylko nieco rozbawieni auta z czterema pierścieniami na masce i z literką D na rejestracjach, które bezczelnie zajeżdżały nam drogę mijając nas na tak zwaną żyletkę. Przed sobą mamy natomiast drzwi do winiarni należącej do jednego z najciekawszych winiarzy na polskiej scenie. I choć on sam dużo czerpie z kraju, w którym się wychował, to wciąż podkreśla, że zależy mu na tym, aby oddać charakter tutejszego terroir oraz wrócić do najlepszych lubuskich tradycji. CZYTAJ WIĘCEJ...



sobota, 27 stycznia 2018

Trinacria: Donnafugata

Sycylijskie winiarstwo w nowatorskiej odsłonie


            Chociaż produkcja wina na Sycylii ma wielowiekową tradycję, to enologiczna panorama tego miejsca nie zawsze napawała optymizmem. Nie tak przecież dawno, bo jeszcze kilkanaście-kilkadziesiąt lat temu największa wyspa Morza Śródziemnego znana była jako dostawca setek tysięcy hektolitrów taniego wina miernej jakości. Schyłek Marsali (z nielicznymi wyjątkami, o czym pisałem kilka tygodni temu), brak pomysłu na spójną politykę marketingową oraz przedkładanie ilości ponad jakość przez producentów doprowadziły do marginalizacji Sycylii na winiarskiej mapie Starego Świata.

            Na szczęście dziś widzimy pewnego rodzaju odrodzenie na wyspie, a tutejsi winiarze z dumą kontynuują dobre wzorce sięgające korzeniami kilku, a nierzadko kilkunastu pokoleń wstecz. Napływ pasjonatów, którzy po prostu chcą tu produkować dobre wino (jak Frank Cornelissen na zboczach Etny czy Marcin Öz w prowincji Syrakuzy), renesans mniejszych i większych przedsięwzięć oraz zdecydowany zwrot wielu z nich w stronę wysokiej jakości kosztem ilości zaowocowały ponownym zainteresowaniem ze strony winiarskiego światka. Kraina Trinacrii płynie soczystym Nero d’Avola, świetnie zbalansowanymi winami z odmian międzynarodowych, dziesiątkami wcieleniami Grillo czy ociekającymi świeżością winami z Frappato. CZYTAJ WIĘCEJ...


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Trinacria: Sycylia od morza po góry - Erice



             Po całym dniu na Favignanie i kilkudziesięciu kilometrach na rowerach nierzadko pod wiatr jesteśmy już mocno zmęczeni, ale to nasz ostatni wieczór w Trapani i nie darowalibyśmy sobie, jeśli opuścilibyśmy spektakl, jakim jest zachód słońca w Erice. Pogoda nam dopisuje, słońce jest jeszcze na tyle wysoko na niebie, abyśmy zdążyli dojechać do miasta na górze korzystając z komunikacji miejskiej i kolejki linowej.

             Podróż z portu do dolnej stacji kolejki zajmuje niemal pół godziny. Tuż przed naszym przystankiem uprzejma starsza pani pokazuje, że powinniśmy wysiąść. Po chwili jesteśmy już w gondoli. Sami. Gondola przed nami jak i ta za nami są puste. Nic dziwnego. Środek tygodnia, późna jesień, temperatura na dole nie zachwyca, a co dopiero w Erice, gdzie jest ona zazwyczaj o kilkanaście stopni niższa. Pomimo, że podróż do góry kolejką jest kosztowniejsza niż podmiejski autobus, warto chociaż raz wybrać się tam w ten sposób. Panorama z każdą sekunda staje się coraz szersza. Z początku widzimy jedynie stację, później pierwsze zabudowania Trapani, aby w końcu mieć szeroki ogląd na solanki, port, całe wybrzeże, a ostatecznie również na majaczące w oddali Egady. CZYTAJ WIĘCEJ...


niedziela, 31 grudnia 2017

Trinacria: Sycylia od morza po góry - Favignana



         Wysiadamy z wodolotu około jedenastej. Pogoda jest przepiękna. Morze spokojne. Z ulgą stawiamy nogę na stałym gruncie, bo półgodzinna podróż z Trapanii była wyjątkowo nieprzyjemna. Zganiamy to na karb miejsc wybranych przez nas na pokładzie jednostki, która dostarczyła nas na Favignanę. Przed nami cały dzień na tej wyspie!

             Mówi się, że jest to jedno z najpiękniejszych i najciekawszych miejsc na Egadach. Favignana to największa wyspa archipelagu, a mimo to jesteśmy w stanie zwiedzić ją, nawet na piechotę, w ciągu jednego dnia. Wynajmując rower lub skuter będziemy mieć jeszcze sporo czasu na leżenie na plaży, kąpiel w przejrzystej wodzie i odwiedzenie kilku lokalnych zabytków. Jej nazwa, jeśli wierzyć źródłom, pochodzi od łacińskiego terminu określającego zachodni wiatr favonius, który jak można się domyślać, występuje tu nader często. Nie brakuje jednak i bardziej przyziemnych prób etymologicznych. Są tacy, którzy uważają, że Favignana pochodzi od włoskiego farfalla (motyl). To z kolei miałoby wskazywać na kształt samej wyspy. CZYTAJ WĘCEJ...


sobota, 30 grudnia 2017

Trinacria: Sycylia od morza po góry - Etna



         Być na Sycylii, a nie wjechać na Etnę, to jak być w Rzymie i papieża nie zobaczyć. Wierzchołek słynnego wulkanu widać praktycznie z każdego miejsca na wyspie. Ośnieżony szczyt góruje nad nią trzymając w niepewności jej mieszkańców, którzy jednak wydają się nie zwracać już uwagi na wydobywającą się zeń czasem smużkę dymu.

         Etna miała wpływ na Sycylię od jej zarania. Obecność wulkanu determinowała rodzaj upraw i zapewniała żyzne podłoże dla cytrusów, winorośli czy drzew migdałowca. Jednocześnie niszczycielska siła Mongibello wielokrotnie boleśnie doświadczała śmiałków, którzy zdecydowali się osiąść w cieniu jego szczytu. Mimo to po dziś dzień nie brak ludzi, których Etna pociąga. Jej magiczna siła przyciągania sprawia, że Sycylijczycy (i nie tylko, wystarczy wspomnieć o słynnym producencie wina Franku Cornelissenie) wciąż podejmują ryzyko i budują swe życie wokół niebezpiecznego stożka. CZYTAJ WIĘCEJ...



niedziela, 24 grudnia 2017

Trinacria: Maestri del Grillo – Marco de Bartoli

Mistrzowie szczepu Grillo z Marsali


          Nadszedł najbardziej wyczekiwany przeze mnie punkt wyprawy na Sycylię. Odwiedziny u jednego z najlepszych producentów wina na wyspie. Marsala. Wysiadamy z pociągu na stacji około godziny czternastej. Słońce jest już nisko na niebie (jakby nie było mamy prawie połowę listopada). Na ulicach pustki. Na peronach również. Żywej duszy nie widać. Głośne rozmowy dochodzą do naszych uszu jedynie z pobliskiego baru, wszak pora obiadowa.

***


          Wieczorem wychodzimy do centrum poszukać rowerów na następny dzień. Pomimo, że wszystkie prognozy pogody zapowiadają ulewne deszcze, nie zmieniamy naszych planów. Po kilku dniach na Sycylii zdążyliśmy się nauczyć, że pogoda tu nie daje się uchwycić w żadne ramy i może zmienić się nie do poznania z minuty na minutę. W całej Marsali znaleźliśmy jedynie dwa punkty, które oferują wynajem rowerów. Jest już po sezonie, jeden ze wspomnianych sklepów jest zamknięty na trzy spusty od kilku tygodni. Wchodzimy do drugiego. Po krótkiej rozmowie ze sprzedawcą odchodzimy z kwitkiem. Na pytanie o wynajem rowerów słyszymy krótkie: Quest’anno no. W tym roku oferują tego typu usług. Co z tego, że za plecami sprzedawcy leżą dziesiątki bicykli, nieco przykurzonych, ale sprawnych. CZYTAJ WIĘCEJ...


wtorek, 12 grudnia 2017

Trinacria: Camilleri || Donne

Wszystkie kobiety Camilleriego


              Słowo femminicidio robi we Włoszech w ostatnim czasie zawrotną karierę. Termin ten w ciągu zaledwie kilku lat stał się jednym z najczęściej pojawiających się w nagłówkach gazet. Dziwić może znaczna popularność tego słowa w kraju, który przecież na świat wydał setki jeśli nie tysiące kobiet silnych i pełnych charyzmy. Kobiet, które wniosły niemało przecież do historii ludzkości i warto zaznaczyć, że nie mówimy tu o tylko o modzie czy designie.
              Co właściwie oznacza termin femminicidio? Wyraz ten przywędrował do lingua del dolce sì, jak mawiał ex-cavaliere Silvio Berlusconi (jego nazwisko w temacie dotyczącym kobiet pada zawsze nieprzypadkowo i zawsze wywołuje ono w takich okolicznościach sporo kontrowersji), z języka angielskiego. Pierwowzorem był termin femicide, odnoszący się po prostu to aktu morderstwa dokonanego na osobie płci żeńskiej. Czymże zatem jest femminicidio, nie będące synonimem przecież włoskiego femicidio? Odwołując się do feministki i badaczki Diany Rusell, różnica polega na motywach, którymi kierował się morderca. Podczas gdy w przypadku femicidio ofiarą staje się kobieta przez czysty przypadek, przy femminicidio mówimy o zabójstwie wynikającym z innej formy przemocy lub dyskryminacji płciowej. Różnica wydawać by się mogła nieznaczna, zwłaszcza w samym zapisie i wymowie obu terminów. Włoskie media upodobały sobie jednak tę niewielką różnicę i od wielu miesięcy grają nią w zależności od potrzeb. CZYTAJ WIĘCEJ...



poniedziałek, 20 listopada 2017

Trinacria: street food na Sycylii

Przewodnik po sycylijskim street foodzie


          Wyspa kontrastów. Tak nierzadko mówią o Sycylii autorzy książek, przewodników, podróżnicy i wszyscy inni, którzy mieli kiedykolwiek okazję zetknąć się z tą fascynującą krainą. Niezliczone najazdy wrogich ludów, które z czasem asymilowały się w niepojęty sposób z lokalną społecznością, sprawiły, że dziś Sycylia to niespotykana nigdzie indziej mieszanka smaków i zapachów, dźwięków i kolorów, ludzi i natury. Tu bogactwo i bieda żyją obok siebie, tu alta moda i lokalne bazary znajdują się po dwóch stronach tej samej ulicy, to tu wykwintne ristoranti i street food są na wyciągnięcie ręki każdego.
          No właśnie, street food. Na Sycylię przyjeżdża się z wielu powodów. Są tacy, którzy szukają tu jedynie palm, białych plaż (chociaż tych Trinacri matka natura poskąpiła) i błękitu morza. Są też tacy, których do odwiedzenia największej wyspy śródziemnomorskiej skusiła niesamowita kultura, dzieła sztuki, jakich ze świecą szukać gdzie indziej na świecie (barok, ach ten barok!). Są również i tacy, którzy na Sycylii lądują w poszukiwaniu lokalnych smaczków językowych. Podążając śladami Camilleriego i komisarza Montalbano próbują wysłuchać w każdym słowie wypowiedzianym przez lokalsów tę nieporównywalną z niczym innym nutę sycylijskości. CZYTAJ WIĘCEJ...

sobota, 27 maja 2017

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica św. Jakuba

Dziennik z wyprawy po Sandomierskim Szlaku Winiarskim



           Przemierzaliśmy Sandomierszczyznę na rowerach od kilku dni. Wciąż jednak nie dotarliśmy do głównego celu naszej wyprawy, miasta od którego tereny te brały swoją nazwę. Odwiedzaliśmy kolejne winnice poznając ich właścicieli, oglądając uprawy winorośli i degustując wina produkowane na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Przed nami pozostawał jednak bardzo ważny punkt programu. Punkt, bez którego wszystkich pozostałych być może dziś nawet by nie było. Przez te kilka dni na dwóch kółkach nikt z nas nie miał czasu, aby zadać sobie pytanie o początki winiarstwa w okolicach Sandomierza. Kto i dlaczego właściwie rozpoczął uprawę winorośli w tym zakątku Polski? Jaki wpływ miała ona na kolejne pokolenia tutejszych mieszkańców i czy rzeczywiście można dziś mówić o wielowiekowej tradycji? Na wszystkie te pytania odpowiedzi znaleźliśmy goszcząc w Winnicy św. Jakuba należącej do Dominikanów. Idźmy (jedźmy) jednak po kolei… CZYTAJ WIĘCEJ...

piątek, 19 maja 2017

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Modła

Dziennik z wyprawy po Sandomierskim Szlaku Winiarskim


          Od Płochockich wyjechaliśmy, gdy słońce już kierowało się ku horyzontowi. Ostatnie promienie ogrzewały nam twarze, ale jak tylko złocisty krąg zniknął za sadami majaczącymi przed nami, zrobiło się jeszcze chłodniej niż w ciągu dnia. Byliśmy już blisko miejsca, gdzie planowaliśmy rozbić namioty. To, co na mapie wydawało się być dość sporym lasem, w rzeczywistości okazało się niewielkim zagajnikiem. Drzewa były wciąż nagie, na gałęziach nie było nawet zapowiedzi młodych liści w postaci pączków.

          Aby nie było nas widać z niewielkiej asfaltowej drogi, musieliśmy prowadzić rowery w głąb zagajnika podmokłą dróżką przez dobre kilkanaście minut. Robiło się coraz ciemniej i chcąc rozłożyć namioty bez potrzeby korzystania ze światła latarek, musieliśmy zadowolić się tym, co znaleźliśmy dotychczas. Przygotowaliśmy teren pod obozowisko wyrzucając spróchniałe konary i wyrywając niewielkie krzewy. Rozłożenie namiotów zajęło nam dosłownie kilka chwil, Ł. w międzyczasie przykrył rowery zabezpieczając je przed wilgocią. Na noc zapowiadano temperaturę poniżej zera, więc czym prędzej zaszyliśmy się w śpiworach nie zdejmując przy tym grubych spodni i puchowych kurtek. Szybka kolacja przygotowana nad palnikiem gazowym i kilka łyków aromatycznego półsłodkiego frizzante (połączenie niezbyt udane biorąc pod uwagę obecność kaszy, sera i kiełbasy w menażkach, ale z kolei patrząc na okoliczności, najlepsze z możliwych) ukoiły nas do snu. CZYTAJ DALEJ...

niedziela, 14 maja 2017

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Płochockich

Dziennik z wyprawy po Sandomierskim Szlaku Winiarskim


              Prowadząc ze sobą rowery z trudem wdrapaliśmy się w górę dróżki, która prowadziła do Winnicy Nad Jarem. Za radami jej właścicieli zmieniliśmy naszą trasę i zdecydowaliśmy się pojechać pomiędzy oblepionymi białymi kwiatami sadami jabłkowymi. Słońce zaczęło nieco śmielej przebijać się zza chmur, a po kilku zdegustowanych winach poczuliśmy, jakby zrobiło nam się cieplej.
Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą drogę. Traf chciał, że pogoda z jednej strony była dla nas najlepsza z możliwych (to znaczy nie padał deszcz, ani nie wiał silny wiatr), z drugiej strony natomiast była to również idealna pogoda dla sadowników, którzy ochoczo ruszyli ze swoimi opryskiwaczami, aby chronić jabłonki przed chorobami…

         Po około godzinie zatrzymaliśmy się na posiłek wśród (jeszcze) nieopryskanego sadu. Wprowadziliśmy rowery w głąb, pomiędzy dwa rzędy dość gęsto posadzonych drzewek, aby ukryć się przed wzrokiem tutejszych mieszkańców i oddalić się nieco od, w sumie mało uczęszczanej, asfaltowej drogi. Godzinne lenistwo i obżarstwo na świeżym powietrzu przerwał warkot zbliżającego się starego ciągnika, który zostawiał za sobą cuchnącą mgiełkę fungicydów… CZYTAJ DALEJ...


środa, 10 maja 2017

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Nad Jarem

Dziennik z wyprawy po Sandomierskim Szlaku Winiarskim


        Założenie było banalnie proste i składało się z dwóch elementów: są rowery, są winnice. Pomysł, jak to często bywa, narodził się przypadkiem. Podziwiając piękno Wielkopolski z pozycji rowerowego siodełka padło hasło: a może by tak zorganizować wyprawę rowerową na winnice? Ok, wszyscy szybko przyklasnęli, ale po chwili pojawiły się wątpliwości: tylko trzeba by mieć więcej dni wolnych, na weekend za granicę nie opłaca się wyjeżdżać… Zaraz, zaraz… Czy ktoś tu mówił o winnicach poza Polską. Jedźmy do Sandomierza!

        Temat na kilka miesięcy ucichł. Wrócił w pierwszych tygodniach nowego roku. Przy czterech uczestnikach wycieczki znalezienie dogodnego terminu i urlopu dla wszystkich to nie lada wyzwanie, ale jak się okazało nie jest to zadanie niemożliwe. Majówka wydawała się być z perspektywy lutego idealnym czasem. Niestety majowa pogoda lubi płatać psikusy, co poczuliśmy na własnej skórze już pierwszego dnia wyjazdu… CZYTAJ DALEJ...

niedziela, 12 marca 2017

Duomo di Milano || Basilica di Sant’Ambrogio

Bez porównania



Jeszcze zanim wyszedłem ze stacji metra zauważyłem, że na zewnątrz pada rzęsisty deszcz. Woda strumykami ściekała po schodach coraz to niżej w moją stronę. Wchodząc po kolejnych stopniach towarzyszyło mi to samo uczucie co zawsze. Do uszu dochodził gwar ludzi znajdujących się na placu. Celowo nie podnosiłem głowy ku górze, szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Będąc w połowie schodów spojrzałem przed siebie. W tym samym momencie hałas dobiegający z góry jakby zniknął gdzieś na dalszym planie. Znów serce zaczęło mi bić szybciej i znów zachodziłem w głowę jak to możliwe, że coś tak ogromnego mogło powstać jedynie dzięki pracy rąk ludzkich…

***

Przed niepozorną ścianą z czerwonej cegły nie było prawie nikogo. Kilkoro zbłąkanych turystów, dwóch czy trzech lokalnych mieszkańców i na tym koniec. Za rogiem znikali właśnie ostatni pielgrzymi, którzy większą grupą, około dziesięciu osób, zwiedzali wnętrze budowli. Wszyscy mieli w dłoniach drewniane laski, a przy plecakach przytroczone muszle św. Jakuba. Gdy ich kroki przestały dochodzić do moich uszu, ocknąłem się z zamyślenia i ruszyłem w stronę ściany, w której były jedynie dwa równe wejścia. Z nieba zaczęła padać lekka mżawka. Powietrze stało w bezruchu, a cisza spowodowana brakiem kogokolwiek wokół jedynie potęgowała mój niepokój. Wybierałem się w to miejsce już tyle razy i dopiero teraz dane mi było tu dotrzeć.

***

            Jak tylko znalazłem się na placu otoczyło mnie kilkoro ciemnoskórych sprzedawców, na których włosi mówią nieco pogardliwie vucumprà (od włoskiego Vuoi comprare?, które w ustach mieszkańców Czarnego Kontynentu staje się mało wyraźnie i przypomina wspomniany neologizm). Jeden z nich próbował zawiązać mi na nadgarstku tandetną bransoletkę ze sznurków, inny wciskał w dłoń garść kukurydzy i zachęcał do karmienia latających wokół chmar gołębi. Nauczony doświadczeniem stanowczo podziękowałem wszystkim, nie powstrzymałem się jednak od komentarza w języku ojczystym, na co sprzedawcy gromko krzyknęli: Polska! Kocham cię, dzień dobry. Tanio, kupić. Wyrwałem się z ich coraz ciaśniejszego uścisku. Powoli podchodziłem bliżej fasady katedry. Na placu znajdowały się setki turystów i Mediolańczyków. Wśród tych pierwszych przeważali Azjaci z najnowszymi modelami komórek pstrykający sobie selfie z Duomo. Byli też oczywiście tacy z aparatami, których obiektywy mierzyły dobre pół metra. Zawsze zastanawia mnie czy rzeczywiście są oni aż tak zaawansowani pod względem fotografii, czy po prostu podążają owczym pędem za najnowszymi trendami.
            Wróciłem myślami do rzeczywistości, gdy niechcący potrąciłem jakiegoś mężczyznę. Był dość wysoki jak na Włocha, ale co do jego pochodzenia nie miałem wątpliwości: Mediolańczyk z krwi i kości. Perfekcyjnie ułożone włosy nie świeciły się od padającego deszczu, a od nałożonego na nie żelu. Piękny grafitowy garnitur był skrojony wręcz wzorowo i leżał idealnie na właścicielu. Do tego uprasowana koszula, pod szyją nie mucha, nie krawat, a fular. Pomimo panującej pogody, w jego butach można było się przeglądać. Bela ‘sta Madunina, to jedyne słowa, które zapamiętałem z krótkiej wymiany zdań z owym osobnikiem. Nie czuł się ani przez chwilę urażony tym, że go potrąciłem. Skierowałem swoje kroki ku jednemu z głównych wejść.



            Po przejściu za ścianę z czerwonej cegły znalazłem się w prostokątnym przedsionku bazyliki, który w czasie pierwszych chrześcijan służył katechumenom, czyli osobom przygotowującym się do chrztu. Zgodnie z ówczesnym obrządkiem osoby nieochrzczone nie mogły brać udziału w mszy w pełni, w tym znajdować się wewnątrz świątyni. Przedsionek to tylko jeden z wielu elementów zaczerpniętych z pierwotnie stojącego tu kościoła. Podczas budowy aktualnej Bazyliki św. Ambrożego wzorowano się w dużej mierze na planie poprzedniej świątyni.
Dwupoziomowa fasada wykonana jest, podobnie jak reszta budowli, w przeważającej części z czerwonej cegły, materiału tak bardzo typowego dla stylu romańskiego w Lombardii. Białe wstawki, chociaż użyte w niewielkiej ilości, skutecznie odciążają fasadę i nadają jej charakterystycznej regularności. Nigdzie indziej niespotykane archetti pensili wykańczające szczyt skośnej fasady oraz wieńczące arkady okalające przedsionek są jedynym wyraźnym zdobieniem, jakie rzuca się tu w oczy. Bazylika przykuwa wzrok mimo to. Jej idealnie dobrane proporcje bazujące na prostych figurach geometrycznych wprowadzają poczucie spokoju. I taki też panował tu, gdy kierowałem się ku wejściu do wnętrza kościoła. W międzyczasie mżawka przerodziła się w regularny deszcz, ostatni turyści zniknęli z pola widzenia.

***

            Nie byłem wewnątrz Duomo od kiedy wprowadzono opłaty za wejście. Nie, ani razu nie przyszło mi do głowy, aby poskąpić dwóch euro na renowację świątyni. Zawsze jednak przerażała mnie kilkudziesięciometrowa kolejka turystów czekających aż wojskowi stojący w wejściu łaskawie zajrzą im do torebek i plecaków, po czym ktoś spojrzy na bilet uprawniający do wejścia.
            I tym razem darowałem sobie kilkugodzinne oczekiwanie, a w słuszności mojej decyzji utwierdził mnie coraz mocniej padający deszcz. Z perspektywy Galerii Vittorio Emanuele II przyglądałem się bogato zdobionej fasadzie i bocznej ścianie el Domm de Milaan. Najważniejszy kościół w Mediolanie. Nigdy nie zgadzałem się w pełni z tym stwierdzeniem. Największy, fakt. Najbardziej znany, prawda. Ale czy najważniejszy? Nawet jeśli dzisiejsi mieszkańcy stolicy Lombardii uważają statuę Mariae Nascenti wieńczącą świątynię za swoją patronkę, trudno mi się pogodzić z opinią, że to właśnie ten kościół jest najważniejszy. Czy o Mediolańczykach nie mówi się często Ambrosiani? Czy synonimem milanese w języku włoskim nie jest ambrosiano?

***

            Jak tylko przekroczyłem próg bazyliki do moich nozdrzy doszedł charakterystyczny zapach starego kościoła. Minęło kilka chwil zanim wzrok przystosował się do panującego tu półmroku. Świątynia wewnątrz nie zachwyciła mnie już tak bardzo, jak jej zewnętrzna część. Bezwiednie ruszyłem w stronę ołtarza. To za nim, w absydzie, znajduje się jeden z największych skarbów.
            Tuż przy ołtarzu za ramię chwycił mnie starszy Włoch. Najwidoczniej zrozumiał, że mówię w jego języku, bo czytałem informację turystyczną o dziwo napisaną tylko w jednym języku. Quest’altare è tutto d’oro. Ten ołtarz jest cały ze złota, zagadnął. Krótka wymiana zdań nie dotyczyła jednak bogato zdobionego ołtarza znajdującego się przed nami. Sempre quando ho tempo, faccio una passeggiata qua. Przychodzę tu na spacer zawsze, gdy mam czas. Słuchając jego opowieści o św. Ambrożym, historii budowy samej bazyliki i najnowszych dziejów świątyni pomyślałem, że ów miły starszy Włoch musi mieć dużo wolnego czasu i robić wspomniane spacery nader często. Na pożegnanie życzył mi szczęścia (przynajmniej tyle zrozumiałem z kilku zdań w dialetto milanese) i wskazał drogę do krypty znajdującej się pod głównym ołtarzem. Ciasne wnętrze w kształcie półkola służyło wybranym do modlitwy przed samym patronem bazyliki. Znajduje się tu bowiem ciało św. Ambrożego, obok którego spoczywają dwaj męczennicy – Gerwazy i Protazy.



            Ponad 108 metrów wysokości, ponad 158 metrów długości i ponad 93 metry szerokości. Setki skrupulatnie rzeźbionych w marmurze wzorów i kolejne setki wykonanych z tego samego materiału figur. Tysiące detali niewidocznych z miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Całość robi ogromne wrażenie i jednocześnie przytłacza. Zawsze, gdy stoję przed Duomo di Milano, przychodzi mi na myśl Wieża Eiffla z Paryża. Nie da się przejść obok niej obojętnie. Jedni odwracają obcesowo od niej wzrok, uważając, że jest to najbrzydsza konstrukcja w mieście, inni hołubią jej i nie wyobrażają sobie stolicy Francji bez niej. Podobnie jest z katedrą w Mediolanie. Jej bryła znana jest niemalże każdemu. Nawet osoby, które nigdy w życiu nie były w stolicy Lombardii, rozpoznają jej największą (ale nie najważniejszą!) świątynię bez zawahania. Nic dziwnego, zaraz po Bazylice św. Piotra w Rzymie i Katedrze Najświętszej Marii Panny w Sewilli, jest to trzeci największy kościół na świecie. Moloch powstały po to, aby onieśmielać rywali, aby pokazać jak potężni są władcy Mediolanu. Budowana przez ponad pół wieku świątynia połączyła tysiące żywotów. Klamrą spinającą początek i koniec budowy stały się dwie postaci o ambicjach dalece wykraczających poza ludzkie pojęcie, Gian Galeazzo Visconti i Napoleon Bonaparte. Pierwszy z nich w 1386r. rozpoczął budowę największej świątyni ówczesnego świata, drugi nakazał jej dokończenie w 1805r., miał bowiem w głowie już plan na jej zaangażowanie w przyszłym (niedoszłym) koronowaniu króla Włoch zjednoczonych po francuską egidą… Chwała historii za to, że el Domm de Milaan nie przyczynił się do planów cesarza zza Alp!


sobota, 25 lutego 2017

Nie do końca włoskie wakacje

Raj utracony, Filipiny



Ale Azja!
Lądujemy w Manili na chwilę przed północą. To, co uderza nas najbardziej to wcale nie trzydziestostopniowy upał, a bardzo wysoka wilgotność powietrza, która przenika nasze ubrania niemalże natychmiast. Czarne długie spodnie stają się wyraźnie cięższe, nie wspominając już o dziesięciokilowym plecaku, który teraz wydaje się ciążyć niemiłosiernie. Kierujemy się w stronę imigracji, długa kolejna Europejczyków, Australijczyków, Amerykanów i Azjatów przed nami. Tuż obok do okienek z napisem Philippine Passport oczekują lokalsi. Ich kolejka jakby poruszała się szybciej. Wyciągamy nasze paszporty oraz odnajdujemy karteczki dotyczące celu podróży, które rozdano nam jeszcze w samolocie. Urzędnik, przed którym stoję wydaje się nie przywiązywać większej wagi ani do mojego paszportu, ani do karteczki. Wbija pieczątkę, chwyta małą kamerkę i celuje ją w moją twarz, bo jak na tutejsze standardy okazuję się być zdecydowanie wysoki. Prosi żebym zdjął okulary, szybka fotka, oddaje mi dokument podróżny i mogę iść.
Po drodze łapie mnie jeszcze niska, nieco przy kości, filipinka i pyta o medical certificate. Przypomina mi się, że wszyscy Filipińczycy dostali w samolocie żółte kartki, których nam jednak nie rozdano. Otrzymuję ją od niej, muszę wpisać swoje dane oraz czy w ostatnim czasie na coś chorowałem. Czy ktoś to kiedyś przeczyta? Nie wiem, oddaję jej karteczkę i ruszamy z I. na podbój. Już po wyjściu za bramki szukamy kantoru. Jest ich tu kilka, każdy ma podobny kurs filipińskiego peso do dolara, około 50:1. Wymieniamy większą sumę i kierujemy się do informacji turystycznej. Młoda kobieta, która tu siedzi wyraźnie się nudzi, ale na moje pytania odpowiada zdawkowo. It’s dangerous, you have to take a taxi – słyszę w odpowiedzi na pytanie czy damy radę dojść do naszego hotelu na piechotę (na mapie Google pokazywało jakieś 500-700m). Dalej dopytuję czy to daleko, ale ona ciągle mówi, że mamy nie wychodzić sami poza obszar lotniska. Pytam więc o to ile powinien nas kosztować kurs do hotelu, odpowiada, że około 150PHP.
Wychodzimy przed lotnisko, do żółtych taksówek ustawiła się już pokaźna kolejka. Nasza pora, chudy Filipińczyk prosi nas o adres, pokazuje mu nazwę hotelu, a ten na karteczce szybko go zapisuje, wpisuje też numer taksówki, wciska mi karteczkę w dłoń i równie szybko wciska nasze plecaki do bagażnika, a następnie nas do auta. Kierowca nie mówi prawie nic po angielsku, wiezie nas jakieś 10 minut. Pomimo, że jest już północ, na ulicach wciąż bardzo gęsto. Wysiadamy przed hotelem. Bierzemy plecaki, ale taksówkarz czeka, aż dojdziemy do drzwi, a tam „przejmie” nas ochroniarz. Czy naprawdę jest tu aż tak niebezpiecznie, że nawet hotele najniższej klasy muszą mieć swoich odźwiernych, którzy pilnują bezpieczeństwa? Trochę nas to przeraża. W recepcji siedzi kolejna znudzona Filipinka, szybko sprawdza naszą rezerwację i woła młodego chłopaka, który prowadzi nas do pokoju. Wygląda jak cela. Łóżko z niewygodnym materacem, proste drewniane krzesło i taki też stolik. Łazienka kilka drzwi dalej, przy korytarzu. Najprostsza z możliwych, ale na ten moment nie przeszkadza nam to ani trochę. Szybko się kąpiemy i idziemy spać, długa podróż za nami.


Budzę się w nocy kilka razy z powodu odgłosów, które wydawały dziesiątki klimatyzatorów oraz hałasu dobiegającego zza okna. Ranek nie przynosi nowości. Ten sam malutki pokój, brudne ściany, niewygodny materac i hałas. Szybko wstajemy i decydujemy się wyruszyć na poszukiwanie jakiegoś śniadania. Kupujemy po drodze w małym sklepie butelkę wody i trafiamy ostatecznie do lokalnego fast fooda. Biorę na chybił trafił coś, co przypomina okrągłego tosta z bekonem i jajkiem. Okazuje się, że jest to słodki naleśnik, do którego wciśnięto słony chrupiący bekon i sadzone jajko. Okropność. Marzę już o tym, aby znaleźć się na tych pięknych plażach, których zdjęć bez liku w Internecie.
Wracamy do pokoju, pakujemy się, wymeldowujemy. Chłopak, który wczoraj pokazywał nam pokój wychodzi z nami na ulicę i pomaga nam złapać taksówkę. O dziwo tym razem jest ona biała. Kurs na terminal 4, oddalony o wiele dalej od naszego hotelu od terminala 1, kosztuje nas połowę poprzedniej kwoty. Już teraz wiemy, że należy łapać tylko meter taxi i tylko białe Toyoty. Na lotnisku oddajemy bagaż, już wcześniej otrzymaliśmy maila, że nasz lot będzie opóźniony o 45 minut, więc spokojnie czekamy przed bramkami. Darmowe, dość dobrze działające Wifi pomaga zabić czas. Przechodzimy przez odprawę, nikt nie ma pretensji do tego, że niesiemy ze sobą dużą butelkę wody. Kolejne dwie godziny oczekiwania. W końcu ładujemy się do samolotu.
Po półtorej godziny lądujemy w Puerto Princesa, największym mieście na wyspie Palawan. Terminal wygląda gorzej niż najbardziej niskokosztowe lotnisko w Europie. Na szczęście bagaż bezpiecznie doleciał. Zakładamy plecaki i ruszamy w stronę bramy lotniska. Na Palawanie nie ma taksówek, są za to trycykle, a ich kierowcy tłoczą się przed bramą aeroportu. Jak tylko wyszliśmy za nią słyszymy trycyklistów, który za 50PHP zawiozą nas gdziekolwiek. Cena jest niezła, jakieś 4zł, ale udajemy, że chcemy iść pieszo. Ceny zaczynają spadać, ktoś krzyczy ten piso, sir. Wydaje nam się to trochę podejrzane. Bierzemy gościa, który oferuje podwózkę za 40PHP. Jedziemy niedługo, kilkanaście minut. Z prawej i lewej strony mijamy głównie szopki z blachy falistej lub bambusa, po jakimś czasie pojawiają się zabudowania z krwi i kości, nieco wyższe, nawet dwu lub trzypiętrowe z cegieł i zaprawy. Dojeżdżamy do naszego hotelu (choć i w tym wypadku to dużo powiedziane). Trycyklista oddaje nasze plecaki bezpośrednio ochroniarzowi, który zanosi je do windy. Płacimy ustaloną kwotę i kierujemy się do recepcji. Pokój jest znacznie większy niż poprzednio. Chwilę odpoczywamy.
Decydujemy się w końcu ruszyć na miasto. Zanim jednak idziemy odkrywać Puerto Princesa, w recepcji prosimy o zarezerwowanie stolika w najlepszej lokalnej knajpie, Kaloui. Piszą o niej wszyscy, którzy tu byli, wszyscy pochlebnie. Na dworze zaczyna się nagle ściemniać, leje rzęsisty deszcz, ale jest bardzo ciepło. Odwiedzany tutejszy dyskont. Przed wyjściem ochroniarze przeszukują nasze plecaki. Patrząc na bałagan panujący wewnątrz sklepu stwierdzam, że już nigdy nie będę miał pretensji do obsługi dyskontów w Polsce. Szybki rzut oka na ceny: woda nieco drożej niż u nas, prawie same produkty filipińskie, Coca-Cola nieco droższa niż u nas, wszystko pakowane pojedynczo, wszystko gotowe natychmiast do spożycia. Praktycznie brak produktów świeżych. Ceny stosunkowo niskie, szokuje nas cena lokalnego rumu, litr za około 6zł. Bierzemy małą butelkę na spróbowanie, płacimy za nią 2zł.
Wracamy do hotelu i wykupujemy wycieczkę do podziemnej rzeki w Sabang na dzień następny. Ku naszemu zdziwieniu płacimy 2000PHP za osobę, a nie około 1200PHP, jak przeczytaliśmy w Internecie. Recepcjonista tłumaczy, że miesiąc temu ceny w Sabang zostały podniesione. No tak, zaczął się sezon turystyczny. Trochę niepokoi nas dopisek na rachunku za wycieczkę, który mówi o tym, że w przypadku anulacji to agencja turystyczna będzie decydowała czy i ile pieniędzy nam oddać. Szybko jednak o tym zapominamy, bo bierzemy trycykla i jedziemy do restauracji. W wejściu wita nas kelner, otwiera małą szufladkę i każe nam włożyć do niej nasze obuwie. W Kaloui chodzi się na boso, cała podłoga jest drewniana. Niesamowite uczucie. Siadamy przy stoliku. Zamawiamy stek z tuńczyka i krewetki. Zanim otrzymujemy to, co zamówiliśmy, obsługa przynosi nam zupę rybną z imbirem. I. nie smakuje, mi z kolei bardzo. Po chwili lądują przed nami talerze wypełnione owocami morza, ryżem, bakłażanami w tempurze i zielonymi wodorostami. Do tego lokalne piwko, San Miguel. Wszystko jest przepyszne, nic dziwnego, że znika w mig. Po daniu głównym obsługa przynosi deser na ich koszt, w połówce kokosa dostajemy pokrojone owoce posypane cukrem trzcinowym. Proste, ale świeże i smaczne. Rachunek? 700PHP za dwie osoby, czyli mniej niż 50zł. Warto dodać, że to najdroższy posiłek jaki jemy na Filipinach.


Podziemna rzeka
Budzimy się około 5:30. Szybko się szykujemy, bierzemy najpotrzebniejsze rzeczy i schodzimy do lobby. Recepcjonista po chwili mówi nam, że nasza wycieczka do podziemnej rzeki rozpocznie się z godzinnym opóźnieniem i możemy wrócić jeszcze do pokoju. Będziemy musieli się dostosować do tutejszego postrzegania czasu, bo podobnie to wygląda na całych Filipinach. O 7 wreszcie przychodzi przewodnik. Niziutki, z wyraźnym brzuszkiem, łysiejący, ale z uśmiechem od ucha do ucha. Z trudem stara się przeczytać nasze imiona, po czym gestem zaprasza nas do niewielkiego busa. Jest już tam kilkoro turystów. Po drodze zabieramy jeszcze jedną osobę z innego hotelu. Droga do Sabang to około dwóch godzin, z czego połowa po jedynej autostradzie na Palawanie. Może słowo autostrada to jednak za dużo, u nas byłaby to co najwyżej droga gminna. Kierowca jedzie dość szybko, ale pewnie. Po godzinie skręcamy w jeszcze węższą drogę, góry i doliny, same zakręty. Robimy postój na toaletę i ewentualnie szybkie jedzenie, znów pakujemy się ściśnięci do busika i w dalszą drogę. Docieramy do Sabang przed dziewiątą.
Przewodnik każe nam czekać, on sam w tym czasie załatwia wszystkie formalności i zamawia łódkę, którą dopłyniemy do podziemnej rzeki. Zagaduje nas małżeństwo z San Francisco. Mówią, że byli w Polsce, w Krakowie. Razem z nimi jest ich syn, na oko mający około 25 lat. Ma nogę w kołnierzu usztywniającym i rękę na temblaku. Zastanawiam się, jak wejdzie na chybotliwą, wyglądającą jak łupina łódkę. Z zamyślenia wyrywa mnie przewodnik, który rzuca kilka dyspozycji i prowadzi nas do łodzi. Syn małżeństwa z San Francisco nie daje rzeczywiście rady wejść do łodzi, będzie płynął na dziobie, usadowiony na plastikowym krzesełku.


Pakujemy się z I. do naszej łódki. Jeden Filipińczyk siedzi przy silniku, drugi (swoją drogą wyglądający jak hobbit ze swoimi kędzierzawymi, czarnymi włosami i małymi, również ciemnymi oczyma) biega ciągle wokół doglądając łodzi. Silnik zostaje odpalony, czujemy zapach spalin, do uszu dobiega niesamowicie głośny warkot. Łódź nabiera rozpędu, płyniemy oddaleni od brzegu o kilkadziesiąt, może kilkaset metrów. Po pół godziny docieramy na przepiękną plażę. Wychodzimy, robimy kilka zdjęć, ale przewodnik szybko zbiera nas w grupę i prowadzi w dżunglę. Długa ścieżka z desek prowadzi do kolejnej, tym razem malutkiej plaży. Dostajemy kaski, kapoki mieliśmy już od czasu płynięcia łodzią. Zostajemy załadowani na coś w rodzaju długiego kajaku. Na tyle łódki siada szczupły mężczyzna, który długim wiosłem odpycha nas od brzegu i kieruje w stronę wejścia do podziemnej rzeki. Dowiadujemy się, że wewnątrz nie wolno wydawać żadnych dźwięków, dotykać niczego, a tym bardziej pić wody, która jest skażona.
Sama podziemna rzeka ma ponad 46km długości, ale nasza wycieczka obejmuje jedynie dwa kilometry. To i tak dużo, zważywszy, że wycieczka trwa niespełna godzinę. Po raz kolejny przekonujemy się, jak niesamowita jest natura. Formacje skalne wydrążone przez wodę w ciągu setek lat robią ogromne wrażenie. Przed przyjazdem tutaj naczytaliśmy się różnych opinii na temat Sabang, ale teraz już wiemy, że te 2000PHP to były dobrze wydane pieniądze. Swój wkład w odkrywanie podziemnej rzeki mają również Włosi, którzy to, o ile dobrze pamiętam, w XIX wieku prowadzili tu badania.


Po godzinie wypływamy z jaskini. Powietrze jest wyraźnie mniej wilgotne niż wewnątrz, ale temperatura tak w środku, jak i na zewnątrz wydaje się być identyczna. Wychodzimy z łodzi, oddajemy kaski, czekamy na resztę grupy. W międzyczasie przewodnik pokazuje nam półtora metrowego warana, który skrada się w zaroślach. Docierają do nas pozostali uczestnicy wycieczki. Wracamy na naszą łódź. Na horyzoncie pojawiły się przeraźliwie ciemne chmury. Nawet Filipińczycy z łódki wydają się nieco zaniepokojeni. Silnik pracuje na pełnych obrotach, aby zdążyć dopłynąć do portu przed ulewą i wiatrem. Zauważamy, że w stronę podziemnej rzeki płynie już tylko jedna łódź, wszystkie inne zostały wstrzymane z powodu pogody.
Jemy w lokalnej restauracji (chociaż w tym wypadku to chyba za dużo powiedziane). Ryż, sos z wieprzowiną, grillowane ryby, warzywa, malutkie i słodkie banany. Wszystko całkiem smaczne, zwłaszcza, że jesteśmy nieco wygłodniali bo nie zjedliśmy porządnego śniadania. Po posiłku przewodnika znów zgarnia nas wszystkich i upycha w małym busie. Mamy jakieś dwie godziny drogi do Puerto Princesa, gdzie docieramy około 15. Podczas drogi powrotnej niemal wszyscy drzemią. Wysiadamy z busika przed naszym hotelem i idziemy do pokoju na krótką drzemkę.


Puerto Princesa
Budzimy się dość późno, zmiana czasu wciąż daje o sobie znać. Zgodnie stwierdzamy, że mogliśmy opuścić Puerto Princesa już dziś rano, ale noclegi kupowaliśmy kilka miesięcy temu i teraz pozostawało nam albo zrezygnować z jednej nocki tracąc pieniądze, albo zająć jakoś czas poznając miasto. Decydujemy się na drugą opcję. Idziemy do centrum historycznego. Potężna jak na tutejsze warunki katedra ma błękitny kolor. Wokół roznosi się zapach farby olejnej, wydaje się jakby wszystko dookoła było właśnie odmalowane. Sama budowla nie jest specjalnie piękna, ale na pewno wyróżnia się schludnością na tle otaczających nas baraków z blachy falistej. Tuż obok katedry jest szkoła, do I. podbiegają małe dziewczynki. Rzadko kiedy widzą białych, więc ich ciekawość nie jest niczym niespodziewanym.
Chodzimy w sumie trochę bez celu szlajając się po ulicach Puerto Princesa. Docieramy do największego centrum handlowego. Jest i supermarket przypominający te w Europie. Dyskutujemy o tym co musimy kupić, gdy nagle zauważamy, że wszyscy z obsługi sklepu oraz większość klientów stoi w bezruchu. Dopiero po chwili orientujemy się, że z głośników dobiegają odgłosy mszy świętej i akurat jest jej najważniejszy moment. Po chwili wszyscy pracownicy wracają do swoich obowiązków, ale tylko po to, aby zacząć tańczyć wyuczony układ do piosenki reklamującej sieć sklepów. Dla nas trochę szok, ale pozostali klienci wydają się być oswojeni z tutejszą tradycją.
W mieście wymieniamy jeszcze trochę dolarów na peso w obawie, że w kolejnym miejscu naszej podróży nie znajdziemy kantoru. Kierując się w stronę naszego hotelu odkrywamy, że tuż pod nosem mamy lokalny targ. Wszystko ściśnięte, stoiska niemal jedno na drugim. Mydło i powidło, owoce, warzywa, suszone ryby, ogromna góra kokosów, T-shirty, wypożyczalnia DVD. Czego dusza zapragnie. Raczej robimy zdjęcia niż szukamy czegoś do kupienia. Naszą uwagę przyciąga stoisko, na którym znajdują się dry bagi. Przydałby się jeden na potem. Właściciel stoiska mówi nam łamanym angielskim four hundred piso, but for you i make discount, two hundred. Opowiadamy, że przejdziemy się jeszcze i najwyżej wrócimy. Rzeczywiście 200PHP okazuje się być okazyjną ceną, więc wracamy do tego samego stoiska. Niestety dowiadujemy się, że promocja się skończyła i poniżej 400PHP nie ma szansy zejść. Odpuszczamy, słyszeliśmy, że w El Nido spokojnie znajdziemy dry baga taniej.
Odnosimy wszystkie zbędne rzeczy do pokoju i wieczorem wychodzimy jeszcze na nadmorski bulwar. Woda jest brudna i wydaje niezbyt przyjemny zapach, ale wiatr skutecznie orzeźwia i oczyszcza powietrze. Wzdłuż bulwaru otwierają się niewielkie knajpki oferujące świeże owoce morza z grilla, wszystko prawie za bezcen. Nie jesteśmy głodni, więc odpuszczamy sobie ten punkt programu. Wracamy do pokoju i kładziemy się dość szybko spać, bo następnego dnia o 5 rano wyjeżdżamy do El Nido.


Tak się podróżuje na Filipinach 1
Za podróż busikiem z Puerto Princesa do El Nido zapłaciliśmy 600PHP, ale dowiadujemy się, że standardowa cena to 500PHP. Kierowca tym razem zjawia się po nas punktualnie. Upychamy się w pojeździe, czeka nas około sześć godzin w tym wnętrzu, więc z trudem próbujemy znaleźć miejsce dla siebie. Po drodze zabieramy grupę Azjatek z innego hotelu i jedziemy na dworzec. Pomimo wczesnej pory stoi tu bezlik busików, aut i autobusów. Mija około pół godziny, zanim nasz pojazd wypełnia się po brzegi i możemy ruszyć w podróż. Na dworze jest wciąż ciemno. Jak tylko opuszczamy miasto do moich nozdrzy dociera charakterystyczny zapach marihuany. Rozglądam się dookoła i widzę, że to kierowca trzyma żarzącego się skręta w dłoni. Już wcześniej byłem nieco przerażony prędkością i jego stylem jazdy, ale teraz już wiem, że nie zmrużę oka.
Jeszcze dwie godziny jedziemy w ciemności, kierowca wydaje się pozostawać zupełnie świadomy, cały czas jednak pedał gazu trzyma wciśnięty do oporu. Trąbi na kury przebiegające przez ulicę, na bezpańskie psy również. Klakson idzie w ruch co kilka sekund. Trycykliska? Klakson! Wolne auto? Klakson! Piesi na poboczu? Klakson! Prędkościomierz pokazuje przez większość czasu od 100 do 120km/h. Na horyzoncie wstaje słońce. Dojeżdżamy do Roxas, gdzie kierowca ogłasza 30 minutową przerwę. Jemy chleb bananowy kupiony jeszcze w Puerto Princesa. Przed wejściem do samochodu podchodzi do nas chłopiec proszący o pieniądze. Właściciel baru, w którym spędziliśmy przerwę, przegania go bez skrupułów.
Szaleńcza podróż trwa dalej. Zatrzymujemy się jedynie na jakimś dziwnym checkpoincie, gdzie przedstawiciel lokalnych służb informuje nas, że do El Nido nie wolno wwozić owoców mango. Pyta nas czy mamy jakieś. Wszyscy patrzą na niego jakby urwał się z choinki. Zamyka drzwi busa i ruszamy dalej. Po drodze niektórzy pasażerowie (Filipińczycy) wysiadają, dosiadają się za to inni. Na pół godziny przed miejscem docelowym wsiada młody ojciec z synem ubranym w grubą bluzę, długie dresowe spodnie i zimową czapkę. Coś jest nie tak, myślę sobie. Po kilkunastu minutach ojciec mówi coś do kierowcy. Ten zatrzymuje się natychmiast, pomimo że stoimy na środku stromego podjazdu. Nagle chłopiec wymiotuje. Cieszymy się, że za chwilę dojedziemy do El Nido. Kierowca jest na tyle uprzejmy, że podwozi nas pod same drzwi hotelu, który zarezerwowaliśmy już wcześniej.


Plaże, woda, słońce
            Wycieczkę typu island hopping kupiliśmy dzień wcześniej. Właściwie dwie wycieczki. Tour A na dziś oraz tour C na jutro. Dostaliśmy 200PHP zniżki na każdą wycieczkę, więc w sumie zapłaciliśmy za nie 4800PHP. Rankiem przyjeżdża po nas trycykl przysłany z centrum El Nido. Po 10 minutach jesteśmy stłoczeni z innymi uczestnikami wycieczki w małym budyneczku na plaży oczekując na naszą łódź. Z niemałym rozbawieniem patrzymy na kolejne grupy brodzące w wodzie, aby dostać się do łodzi zacumowanych w znacznej odległości od plaży.
            I. zorganizowała czarny worek na śmieci, w którym umieszczamy wszystkie nasze rzeczy. Co wrażliwszy sprzęt oraz banknoty lądują w dry bagu, który kupiliśmy za jakieś 25zł dzień wcześniej. Przychodzi kobieta pracująca w biurze podróży i zaprasza nas na łódź. Jest ona jedną z większych, zabiera w sumie dwudziestu pasażerów. Dlatego też oddalona jest bardziej od plaży niż inne, musimy się tam dostać. W najgłębszym miejscu woda sięga mi brody. Niższe osoby miotane przez fale próbują dopłynąć do metalowej drabinki. Gdy wszyscy znajdujemy się na pokładzie, otrzymujemy nieźle już zużyte (ale suche!) ręczniki, aby się z większego wytrzeć. Między nas wchodzi niski Filipińczyk, który przedstawia się jako szef tej imprezy. Przedstawia nam członków załogi, w kilku prostych słowach prezentuje zarys wycieczki i ruszamy. Znów czujemy zapach spalin, łódź przyśpiesza. Niektórzy siadają na dziobie, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Po niespełna pół godziny dopływamy do pierwszego punktu wycieczki.
            Seven Commando Beach to jeden z obowiązkowych punktów programu, kiedy jest się w tej części Filipin. Biały piasek i rząd wysokich palm widoczne są już z daleka. Dowiadujemy się, że plaża swoją nazwę zawdzięcza amerykańskim wojskom, które tutaj niegdyś stacjonowały. Rój łódek przed nami. Okazuje się, że nie możemy podpłynąć zbyt blisko. Obsługa naszej łodzi każe nam skakać do wody i dopływać. Zadanie dość karkołomne dla kogoś, kto nie umie pływać. Kapok i słona woda robią jednak swoje i dopływam do plaży. Chwila na słońcu, żeby wyschnąć. I. robi w międzyczasie zdjęcia. Wiatr wieje na tyle mocno, że podnosi w górę masy piasku, który boleśnie wbija się w nogi. Nic nie szkodzi. Jest pięknie. Błękitna, czyściutka woda. Biały piasek. Bujna zieleń. Gdzieś z tyłu dochodzi krzyk sprzedawców kokosów. Mija jeszcze kilkanaście minut i widzimy, że załoga woła nas na powrót do łodzi, która teraz znajdowała się już blisko plaży i można było do niej spokojnie dojść.


          Ruszamy ponownie. Przed nami jakieś 45 minut drogi zanim dotrzemy do kolejnego punktu wyprawy. Tym razem płyniemy zdecydowanie dalej od jakiegokolwiek lądu. Fale są wysokie, ciągle wdzierają się na pokład mocząc nas i nasz dobytek bez ustanku. Na szczęście słońce mocno grzeje, a woda jest bardzo ciepła. Łódź nagle zwalnia. Zatrzymujemy się tuż obok skalistego brzegu jednej z wysepek. Do drabinki podpływa Filipińczyk z kilkoma kajakami. Płacimy z I. za wynajem jednego z nich i prosto z łodzi przesiadamy się do niego. Na początku fale są dość mocne, przez co wiosłowanie idzie ciężko, ale po kilku chwilach dopływamy do płycizny. Przez otwór w skałach niewiele szerszy od naszego kajaku wpływamy do Small Lagoon. Zupełnie inny świat. Woda cieplejsza i jaśniejsza, zero fal. Kolejne niesamowite miejsce. Jesteśmy otoczeni skałami i tropikalną fauną. Jedyną rzeczą, która psuje nam idealny nastrój są inni turyści. Sporo kajaków i dziesiątki osób nurkujących z rurką uniemożliwiają kontemplację w spokoju. Spędzamy tu jeszcze kilkanaście minut. Kątem oka dostrzegamy jednego z naszych opiekunów, który zaprasza nas na łódź.
            Już na pokładzie wycieramy się w i tak mocno przemoczony ręcznik. Teraz stoi przed nami długi stół, na którym po chwili pojawiają się najróżniejsze talerze i półmiski. Spora górka ryżu, grillowany kurczak i ryby, ogromne małże, sałatki ze świeżych warzyw, a na deser świeżutkie banany, ananas i arbuz. Wszyscy jedzą w ciszy, każdy wydaje się być wygłodniały. Gdy talerze są już puste załoga zbiera wszystkie naczynia i szef wydaje dyspozycje. Płyniemy dalej. Znów wysokie fale, które zalewają co po chwilę pokład. Po poł godziny jesteśmy zupełnie przemoczeni. Do drabinki ponownie podpływa mężczyzna z kajakami. Razem z I. wynajmujemy jeden i mając już nieco wprawy dość szybko się w nim lokujemy. Tym razem fale są jeszcze większe, przez co musimy bardzo uważać, aby kajak się nie przewrócił. Wpływamy do Big Lagoon przez sporą płyciznę. Niektóre łodzie mają na tyle niskie zanurzenie, że mogą bez problemu przez nią przepłynąć. Nasza jednak nie i właśnie dlatego musieliśmy wziąć kajak. Udaje nam się dotrzeć do miejsca, gdzie nie ma nikogo. Wokół nas znów jedynie skaliste wybrzeża, szum wody i wiatru, który porusza liście gęstych zarośli. Jest pięknie. Niestety po chwili docierają do nas inni turyści i mącą nasz spokój. Zaczynamy kierować się do wyjścia, po drodze zatrzymując się na chwilę na mieliźnie. Fale na zewnątrz jakby były jeszcze wyższe. Z trudem dopływamy do naszej łodzi. Grupa przemiłych Filipińczyków, która dopływa tuż po nas nie dała rady oprzeć się większej fali i wszyscy kończą w wodzie. Obsługa naszej wycieczki szybko wskakuje do nich i pomaga im wejść na pokład.
            Do następnego punktu wycieczki dopływamy szybko. Jest to niewielka płycizna ze skalnym dnem i koralowcami, gdzie chętni mogą ponurkować z rurką. I. wskakuje do wody i znika mi z pola widzenia na dłuższą chwilę. Wraca po dwudziestu minutach i krzyczy, że widziała ogromną rybę. Ja w międzyczasie nawiązuję rozmowę z Amerykaninem, który towarzyszył nam podczas tej wycieczki. Wymieniamy poglądy na różne tematy. Szef wycieczki przerywa naszą dyskusję i ogłasza, że zmierzamy do ostatniego punktu wycieczki, Secret Lagoon. Cumujemy znów dość daleko od plaży. Dno jest pełne kamieni i ostrych skał. Marynarze nakazują nam wziąć nasze klapki lub jakiekolwiek inne obuwie, aby nie poranić nóg. Z trudem docieramy do niewielkiego otworu w skałach, przez który wchodzimy do Secret Lagoon. Niewielkie bajorko z mętną i stosunkowo chłodną wodą. Po tym co dziś widzieliśmy, nie robi to na nas większego wrażenia. Szybko robimy kilka zdjęć i wracamy na łódź. Po drodze jedna z większych fal rzuca mnie na skałę, na pokładzie zauważam, że mam rozbite kolano. Skóra jest jednak na tyle rozmoczona przez słoną wodę, że nic nie czuję, więc nawet nie zwracam na to większej uwagi.
            Do El Nido mamy około godziny drogi przez wzburzone morze. Dopływamy na miejsce cali przemoczeni i mocno zmęczeni, ale zadowoleni. To był piękny dzień. Szkoda, że już się kończy.


Medical Center czyli co?
Budzimy się wcześnie rano. I. idzie do recepcji dowiedzieć się co z naszą dzisiejszą wycieczką. Okazuje się, że z powodu silnego wiatru została ona odwołana. Otrzymujemy bez większego problemu nasze pieniądze i zaczynamy myśleć, jak zająć czas. Ruszamy na plażę w stronę Corong Corong. Po kilkuset metrach przez miasto schodzimy do morza. Wiatr przyjemnie zawiewa od strony wody, piasek jest mokry i ubity. Odpływ odsłonił szeroką połać mielizny. Spacerujemy przez prawie godzinę, po czym decydujemy się rozłożyć ręczniki i odpocząć. Kilkanaście metrów dalej leżą inni turyści. Jest spokojnie i cicho. Otwieram nieco już ugrzanego San Miguela i zasypiam na chwilę. Relaks zupełny. Chyba pierwszy raz podczas wyjazdu. Zostajemy na plaży do wczesnych godzin popołudniowych, decydujemy się wrócić do El Nido, aby coś zjeść.
Świeża ryba i ogromne krewetki z grilla podane z ryżem są pyszne. Lokal umiejscowiony na samej plaży pozwala nam oglądać osoby wracające z wycieczki, którą my odbyliśmy wczoraj. Po jedzeniu wracamy na chwilę do pokoju. I. mówi, że się źle czuje. Nie jest dobrze, wygląda blado i ma ostrą biegunkę, a leki zabrane z Polski nawet w podwójnej dawce nic nie dają. Zaczyna wymiotować i mdleje. Ja w międzyczasie staram się dodzwonić do naszego ubezpieczyciela. Po kilku nerwowych próbach konsultant mówi mi, że są w stanie zorganizować pomoc jedynie w przeciągu pięciu godzin, bo w rejonie, gdzie aktualnie się znajdujemy nie mają żadnych zakontraktowanych placówek. Postanawiam szukać lekarza na własną rękę. W recepcji dowiaduje się, że w El Nido jest tylko jedna prywatna klinika, a sam personel medyczny nie przyjedzie do hotelu. Próbuję przekonać recepcjonistkę, aby zadzwoniła do kliniki i zawołała lekarza, ale nie ma rady. Tutaj lekarz nie odwiedza chorych, to chory musi udać się do niego.
I. zwleka się z łóżka, schodzi na dół i łapiemy trycykla. Kierowca wykorzystuje okazję i widząc, że nie mamy wyboru kasuje od nas dwukrotność. Nie zwracam na to uwagi. Klinika okazuje się być małym, brudnym budynkiem wciśniętym w inne jemu podobne. W środku siedzi na skromnej ławeczce kilkoro chorych. Nie wiadomo kto jest lekarzem, kto pacjentem, a kto pielęgniarką. Podchodzi do nas drobna Filipinka, na oko mająca z osiemnaście lat. What happend again?, pyta. Patrzę na nią ogłupiały. Widząc mój wzrok mówi you look all the same i zaczyna się śmiać. Przyjmuje nas niezwłocznie widząc stan I. Poważne odwodnienie i zatrucie. Okazuje się, że to wina tutejszej wody, której przecież i tak nie piliśmy. Zęby również myliśmy wodą butelkowaną, ale lekarka precyzuje, że the water here is really infected. I. dostaje kroplówkę i mam wrócić po nią o 2 w nocy. Dziwię się w czasie rozmowy z lekarką, że przecież jedliśmy to samo i bardzo uważaliśmy, a teraz tylko I. zachorowała. Otrzymuję zdawkową odpowiedź you will be sick tomorrow. Znów wybucha śmiechem.
Wracam do pokoju i zabieram się za sprzątanie po nieszczęśliwych wypadkach z przed kilku godzin. Przepakowuje nasze plecaki, ustawiam budzik na pierwszą trzydzieści w nocy, chociaż wiem, że i tak prawdopodobnie nie zmrużę oka. Budzik dzwoni o ustalonej godzinie. Leżę jeszcze chwilę, po czym ubieram się i na piechotę idę do kliniki. Po drodze nie spotykam nikogo. Słyszę jedynie odgłosy dobiegające z zarośli. Na miejscu okazuje się, że I. jest osłabiona, ale już czuje się lepiej. Lekarki nie ma, pielęgniarka wyjmuje igłę i mówi, że możemy iść po opłaceniu należności. 5000PHP za jedynie kroplówkę i trzy rodzaje leków. Masakra, myślę sobie, ale płacę bez mrugnięcia okiem. Kierujemy się w stronę naszego pokoju, ale I. jest na tyle słaba, że łapiemy trycykla, który już za rozsądną cenę podwozi nas do hotelu. Idziemy spać.
Kolejny dzień przynosi poprawę stanu I. Przez kilka dni będzie musiała jeść ryż, ale jest już zdecydowanie lepiej. Popołudniu idziemy nawet na plażę i jemy w tej samej knajpie, gdzie poprzedniego dnia. Wracamy do pokoju dość wcześnie, aby I. mogła nabrać sił. Mieliśmy jechać tego dnia na Nacpan Beach, gdzie mieliśmy zarezerwowany domek na plaży. Z tego jednak nici. Myślimy, że może uda nam się zrobić jednodniową wycieczkę do tego miejsca nazajutrz. W nocy budzi mnie jednak potworny ból brzucha. Nie chcąc się męczyć wymuszam wymioty. Pół godziny potem przychodzi jednak biegunka. Nauczeni już dniem poprzednim idziemy do kliniki. Jest głęboka noc. Ochroniarz przed drzwiami kliniki informuje nas, że jest ona zamknięta i mamy przyjść jutro rano. Zrezygnowani odpuszczamy i tak też robimy. Rano przyjmuje mnie ta sama lekarka, która przyjęła I. Otrzymuję kroplówkę i ten sam zestaw leków. Z niepokojem patrzę, jak pielęgniarka bez rękawiczek wbija mi igłę (ta na szczęście jest sterylna). Po kilku godzinach czuję się jak nowo narodzony. Rachunek tym razem, nie wiedzieć czemu, jest o 500PHP niższy. Ki diabeł?


Tak się podróżuje na Filipinach 2
            Niemal cały dzień spędzamy w największym centrum handlowym w Manili. Z Palawanu przylecieliśmy niedługo po południu, a autobus do Banaue mamy dopiero o 22. Na dwie godziny przed planowanym odjazdem łapiemy taksówkę i przez ponad godzinę przemierzamy całe miasto. Docieramy do terminala autobusowego z dużym zapasem. O dziwo za kurs płacimy śmieszne pieniądze, jakieś 15zł za ponad 10km. Autobus już stoi, ale jeszcze nie pozwalają nam wejść. Terminal to barak z blachy falistej. Idę do okienka z moim biletem w wersji elektronicznej. Dostaję papierowy świstek, z którym możemy już wejść do autobusu. Jego wnętrze wygląda gorzej niż się spodziewałem. Obskurne fotele, mało miejsca, nieprzyjemny zapach. Jest jednak Wifi i klimatyzacja, która da nam nieźle w kość w nocy. O dziwo połączenie jest dosyć szybkie, co skutecznie pomaga nam zabić czas do planowanej godziny odjazdu.
            Autobus nie odjeżdża o czasie. Kwadrans po dziesiątej wchodzi grupa młodych Izraelitów, którym kierowca każe usiąść na środku, w przejściu między siedzeniami. Patrzą na niego ze zdziwieniem. Pomagam jednemu z nich otworzyć taborecik schowany dotychczas w podłokietniku fotela. Wybuchają śmiechem i składają krzesełko, po czym decydują się położyć w przejściu. Mijają kolejne minuty, powinniśmy byli wyruszyć ponad pół godziny temu. Znów wchodzi kierowca i mówi leżącym w przejściu chłopakom, że muszą usiąść na taboretach, bo leżąc zajmują dwa miejsca, a każdy z nich wykupił tylko jedno. Znów wybuchają śmiechem, ale robią co im kazano. W międzyczasie kierowca dopycha kolejnych pasażerów w przejściu i teraz naprawdę wydaje mi się, że już nikt więcej się nie zmieści. Mamy godzinne opóźnienie, kierowca przeciska się przez cały autobus, aby od każdego odebrać bilet. Wyjeżdżamy.
            Klimatyzacja szybko daje o sobie znać. Mam na sobie grubą bluzę i kurtkę puchową, a mimo to nie jest mi zbyt ciepło. Próbuję zasnąć, ale marznie mi nos i dłonie. Przystanek! Ratunek! Wychodzimy na zewnątrz, pomimo tego, że jest późno w nocy, powietrze wciąż jest bardzo ciepłe. Wykorzystujemy kwadrans postoju na ogrzanie się i toaletę, po czym niczym akrobaci znów musimy dostać się do naszych siedzeń. Kolejne trzy godziny w mrozie, kolejny postój. Udaje mi się zasnąć na chwilę, po czym się budzę. Znów zasypiam. Jest siódma rano, autobus skręca ciągle to w lewo, to w prawo. Za oknem gęsta mgła i deszcz. Z jednej strony urwisko, z drugiej góra. Droga jest bardzo wąska. O ósmej rano dojeżdżamy do Banaue. Ścierpnięci i zmarznięci. Na dworze pada, jest wyraźnie chłodniej niż w Manili. Puchowa kurtka może okazać się niewystarczająca.


Ryż, wszędzie ryż
Wynajmujemy pokój za 500PHP w tutejszym schronisku. Jeden z przewodników prowadzi mnie do dużej mapy i pokazuje najciekawsze punkty w okolicy. Proponuje dwie wycieczki, na dziś i na jutro, za 6000PHP w sumie. Trochę dużo, tym bardziej, że w Internecie znaleźliśmy mnóstwo tańszych, a równie ciekawych opcji. Dziękuję mu i decydujemy z I., że musimy chwilę się przespać. Budzimy się około południa. Za oknem wciąż pada, ale nie jest to deszcz, który zniechęciłby nas do wyruszenia w teren.
Ten sam przewodnik zagaduje nas w jadalni. Podczas gdy jemy owsiankę, aby chociaż trochę się rozgrzać, on opowiada o okolicznych atrakcjach i oferuje znów swoje usługi. Tym razem ceny są jednak znacznie niższe. Za 1200PHP oferuje trycykl, który zawiezie nas do Hapao oraz na najbardziej popularne punkty widokowe w Banaue. Pytam go czy to ostateczna cena, on oferuje nam specjalną zniżkę 200PHP. Decydujemy się jednak iść do centrum miasta, aby poszukać trycykla tam. Kierowca z punktu turystycznego wsiada na swój motocykl i dogania nas, oferuje nam podróż za 800PHP. Wiemy, że spokojnie znaleźlibyśmy kogoś, kto zawiózł by nas za połowę tej ceny, ale zaczyna padać, a tak naprawdę wcale nie chciało nam się iść do centrum. Akceptujemy ofertę i wsiadamy do trycykla.
Kilkanaście minut wyboistej krętej drogi i zatrzymujemy się na pierwszym punkcie widokowym. Widać już tarasy ryżowe, ale krajobraz wciąż nie jest zachwycający. Przynajmniej nie są to obrazki, których się spodziewaliśmy. Kilka zdjęć i jedziemy dalej. Kolejny punkt widokowy jest już o niebo lepszy, a widoki rzeczywiście zapierają dech w piersiach. Gęsta mgła unosi się teraz jedynie w najwyższych partiach tarasów, w dole widać ciemno zielone pola zalane wodą. Znów kilka zdjęć i jedziemy dalej. Po drodze musimy zatrzymać się w punkcie turystycznym, gdzie należy uiścić jakiś podatek. 30PHP za osobę. Podajemy swoje dane i możemy ruszać do Hapao. Deszcz zaczyna padać coraz mocniej. Spodnie mam już całkowicie przemoczone. Po pół godziny mam dosyć tej podróży, ale na szczęście docieramy do celu. Taras widokowy jest niczym innym, jak kawałkiem betonu przykrytym blachą falistą. Chociaż nie pada na głowę. Trycyklista rzuca do nas take your time i siada obok jakiegoś lokalsa.



Powroty bywają bolesne
            Wróciliśmy do Manili wcześniej niż planowaliśmy. Wszyscy nas przestrzegali przed tym miastem. Że nas okradną, że zgwałcą, wywiozą i porwą, że zabiją. Po taki preludium podchodzimy do stolicy Filipin z dużą dozą nieufności. Jak się okazuje, niepotrzebnie. Nocujemy na obrzeżach najbogatszej dzielnicy miasta, Makati. Hotele są czyste, zadbane, obsługa uprzejma i pomocna. Pierwszego dnia jesteśmy wycieńczeni po ostatnich dwóch nockach w autobusie. Śpimy do późnego popołudnia, wstajemy i decydujemy się znaleźć coś do jedzenia. Makati to głównie potężne wieżowce. Na ulicy jest dość mało aut, może dlatego, że to niedziela. Mijają nas głównie Toyoty i jeepneye (narodowy środek Filipin, długie jeepy wojskowe przerobione na użytek cywilny, jest ich tu wszędzie pełno, a słychać je z daleka, bo stare silniki diesla hałasują niemiłosierne i strasznie kopcą).
            Docieramy do centrum handlowego. Okazuje się, że najbardziej ekonomicznym i najbardziej lekkostrawnym posiłkiem na nasze osłabione po chorobie żołądki są wołowe burgery. Jeszcze przed jedzeniem szpikujemy się solidną dawką leków przeciwwymiotnych, przeciwbiegunkowych i antybiotykiem, który ma pomóc zwalczyć pasożyty. Burgery okazują się przepyszne, mięso jest świeże, idealnie doprawione i soczyste. W duchu modlę się jedynie, aby nam nie zaszkodziły. Niepotrzebnie, choroba wydaje się być tylko złym wspomnieniem. Nazajutrz mamy wracać do domu, warto zrobić jakieś zakupy, może nie pamiątki, ale cokolwiek chcielibyśmy przywieźć do Polski.
        Spośród produktów, z których słyną Filipiny od razu odrzuciliśmy suszone ryby. Nie pogardziliśmy za to suszonymi owocami mango, które co ciekawe swoje kosztują. Do koszyka trafia również kilka paczek cukru kokosowego (dla nas zupełna nowość, nigdy o nim nie słyszeliśmy) i olej kokosowy. Rachunek jest zaskakująco niski. Na wyjazd zabraliśmy w sumie 400 dolarów, z czego prawie sto wydaliśmy na lekarzy, a wciąż zostawało nam sporo pieniędzy. Nie szczypiemy się więc i kupujemy kilka innych mniejszych lub większych, raczej nie niezbędnych, produktów. Brakuje nam europejskiego jedzenia, na ryż, którym żywiliśmy się od czasu choroby, nie możemy już patrzeć. Po drugiej stronie ulicy widzimy lokal popularnej sieci sprzedającej wypasione kanapki. Smakuje nam jakbyśmy jedli je po raz pierwszy w życiu. Czas wracać. Taksówka na lotnisko i 35 godzinna podróż przed nami. Pomimo wzlotów i upadków, lepszych i gorszych momentów, żal nam opuszczać Filipiny. Trudno opisać ten kraj w kilku prostych słowach, ale największe wrażenie (poza atrakcjami turystycznymi i nieskalaną ludzką stopą przyrodą) wywierają na nas mieszkający tu ludzie. Wbrew pozorom, wszechobecna bieda uszlachetnia. Europejczycy mogą uczyć się do Filipińczyków pogody ducha, uczciwości i nastawienia do życia. Paalam Pilipinas!