____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bologna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bologna. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2016

Winne Wtorki: (nie)pedant z Emilii-Romanii

Pignoletto Frizzante Chiarli 1860


            Niniejszy wpis w swoich założeniach opierać miał się na językowo-winiarskich porównaniach. Rozochocony początkowymi sukcesami w żmudnie postępujących pracach badawczych dotarłem jednak do ściany. Punktu krytycznego, który stanowczo nie pozwalał na dalsze brnięcie w raz obranym kierunku. Na nic zdałby się również krok w tył. Po prostu moje wyjściowe założenia były błędne, a spowodowało je małe niedopatrzenie już u samego początku.

1. Do dzieła!
Tuż obok hasła pignolo w słownikach włosko-polskich znajdziemy następujące tłumaczenia: pedant, pedantyczny, skrupulatny, drobiazgowy, małostkowy. Hasła pignoletto za to w słownikach nie znajdziemy. W ogóle mało gdzie poza Emilią-Romanią je znajdziemy. Rzadko kiedy piszą o nim winiarskie sławy, bo i za bardzo nie ma o czym. Sklasyfikowana, względnie poznana, biała, raczej przeciętna i niezbyt obiecująca odmiana, które swoje korzenie zapuściła w okolicach Bolonii. Skoro winiarski świat zesłał pignoletto na niebyt, to dlaczego mieliby interesować się nim lingwiści? To pytanie nie wymaga odpowiedzi. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy pomiędzy pedantyzmem, a nazwą szczepu jest jakiś związek.

2. Eureka?
            Pignolo i pignoletto nawet osobie, dla której język włoski to pizza, pasta i basta, już na pierwszy rzut oka bezspornie wydają się być ze sobą spokrewnione. Coś te dwa słowa fonetycznie i graficznie łączy. Bingo! Wystarczy do pignolo dodać sufiks -etto i jesteśmy w domu. I rzeczywiście, w jednym z konsultowanych słowników trafiłem na formę pignoletto znajdującą się przy haśle pignolo, a znaczyła ona ni mniej, ni więcej niż pedancik. Naprawdę? Godziny spędzone nad słownikami, żeby dowiedzieć się, że nazwa szczepu po polsku brzmi wręcz śmiesznie, a co gorsza nie ma żadnego związku z jego charakterem? Bo przecież powiedzieć o pignoletto pedancik, to jak powiedzieć o Barolo księciunio. Strzał jak kulą w płot. Już Pliniusz Starszy w swoim dziele Naturalis Historia pisał o bolońskim szczepie w tych słowach: non dolce abbastanza per essere buono (niewystarczająco słodkie, aby było dobre). Nawet jeśli odrzucimy antyczne umiłowanie do win słodkich, trzeba przyznać, że dobrego PR Pliniusz tej odmianie nie zrobił.

3. Eureka!
            Nieco zrezygnowany przeglądałem kolejne dzieła antyczne i te mniej. Miałem już zaniechać lingwistycznych podjazdów do pignoletto, gdy przypominała mi się nazwa innego (skądinąd również włoskiego) szczepu: PIGNOLO. Tym razem jednak nie dałem się tak łatwo wpędzić w pułapkę błędnych założeń. Z góry odrzuciłem pokrewieństwo bohatera dzisiejszego wpisu z pignolo. Ten pierwszy, jak rzekło się wcześniej, uprawiany w Emilii-Romanii i chuderlawy w swej naturze. Ten drugi pochodzi z Friuli, daje wina zdecydowanie dobrze zbudowane, pełne owocu, ale i nierzadko nut balsamicznych. Nie o pokrewieństwo genetyczne mi jednak chodziło, a o lingwistyczne koligacje. W swoich poszukiwaniach dotarłem do celu: pignolo i pignoletto pochodzą od tego samego słowa, pigna (szyszka jodły). Nazewnictwo wspomnianych szczepów powstało przez wzgląd na podobieństwo grona (nawet jeśli niektórzy twierdzą, że nie o kiść, a o poszczególne jagody tu chodzi) do szyszki.

4. Trzeba to uczcić.
            Nawet jeśli moje początkowe założenia okazały się błędne, kilkugodzinna praca nie poszła na marne. Poznałem pochodzenie nazwy nie jednego, a dwóch szczepów. Obydwu lokalnych, obydwu włoskich. A wszystko to za sprawą dzisiejszej edycji Winnych Wtorków. Braci blogerskiej zaproponowałem poszukanie odmian endemicznych. Oni wywiązali się ze swojego zadania na czas, mój żołądek nie pozwolił mi na to wczoraj, ale dziś nadrabiam zaległości. Świętując mały sukces wieńczący dochodzenie oraz moje uzdrowienie otworzyłem, nie inaczej, butelkę Pignoletto Frizzante Chiarli 1860. Wino w kieliszku bledziutkie, trochę jakby rozwodnione. Duże bąble odrywały się od dna i szybowały ku górze, której nie wieńczyła gęsta piana (wszak mówimy o frizzante, winie drżącym, a nie spumante, pieniącym się). Kwiecisty, świeży i rześki nos. Gdzieś majaczy nieco białych owoców, ale aromaty nie są mocno skondensowane. W ustach lekko mineralne, choć nadal dominują kwiaty polne. Trochę jabłka i gruszki. Wytrawne do cna. Proste, ale idealnie rozbudziło apetyt. Może spokojnie konkurować z prostymi prosecco, a w tym rejestrze cenowym o nic więcej nie proszę.
            …i pozostał tylko niesmak, gdy odkładając kieliszek obok nadal otwartego słownika zauważyłem: 2. (pinolo) orzeszek m piniowy.


Nazwa: Pignoletto Frizzante
Producent: Chiarli 1860
Miejsce zakupu: Auchan
Cena: 30zł
Rodzaj wina: białe, wytrawne, musujące
Ocena:



Pozostali wtorkowicze dziś napisali:

piątek, 1 lipca 2016

Che cosa bolle in pentola… – czerwiec 2016

Comiesięczny przegląd włoskich internetów


Czerwiec dobiegł końca, kolejny miesiąc za nami. Zaczynają się wakacje, a więc czas rozterek i rozważań nad tym czy lepiej pojechać na Sycylię czy na Sardynię. Czas poświęcony na jedzeniu lodów i piciu schłodzonego prosecco. Czas spędzony na błogim lenistwie lub aktywnym wypoczynku. Nie będzie to na pewno czas stracony, również w kontekście niniejszej rubryki, która przecież żywi się informacjami dotyczącymi wyżej wymienionych aktywności.

źródło: www.i2.cdn.turner.com

Wróćmy jednak do mijającego czerwca. W ostatnich tygodniach we Włoszech działo się dużo. Poza Euro 2016, które Włochów pochłonęło bez reszty, nie zapominamy jednak o innych wydarzeniach. Już w pierwszych dniach ubiegłego miesiąca media donosiły o ostatecznym wyroku dla kapitana Francesco Schettino odpowiadającego za katastrofę wycieczkowca Costa Concordia. Były kapitan rejsowego giganta został skazany na 16 lat i miesiąc pozbawienia wolności. Wycieczkowiec uległ katastrofie 13 stycznia 2012 roku, śmierć poniosły 32 osoby, a ponad 100 osób odniosło obrażenia.
8 czerwca we Włoszech odbyły się wybory samorządowe. Już po pierwszej turze (w której frekwencja wyniosła zaledwie nieco ponad 62%) wiadomo było, że bój o najważniejsze miasta rozegra się w innym terminie. Dogrywka była potrzebna między innymi w Rzymie, Turynie, Mediolanie, Neapolu czy Bolonii. Największą niespodzianką drugiej tury okazało się zwycięstwo 38 letniej kandydatki Movimento 5 Stelle w stolicy kraju. Virginia Raggi jest pierwszą kobietą w historii obejmującą ten urząd. Rządzące Włochami Partito Democratico dostało czerwoną kartkę również w wielu innych ważnych miejscach. Tuż po wyborach szef włoskiego rządu, Matteo Renzi, ogłosił, że PD wie w których dziedzinach jego polityka zawodzi oraz że zostanie to naprawione.

źródło: www.repstatic.it

W tegorocznych wyborach nie debiutowało żadne nowe ugrupowanie polityczne. Inaczej może być natomiast, gdy Włosi ruszą do urn następnym razem. W Bolonii miał miejsce zjazd delegatów Partito Comunista. Do stolicy Emilii-Romanii przybyło 571 członków partii komunistycznej. Ich celem jest reaktywacja tej formacji. Członkowie PC mają nadzieję na szybkie odbudowanie struktur partyjnych i zdobycie zaufania, jakim cieszyli się komuniści na Półwyspie Apenińskim jeszcze 30-40 lat temu.
Nie tak dawno pisałem na łamach kwartalnika Italia Mi Piace o karierze włoskich win w Kraju Smoka. Portal Il Sole 24 Ore donosi natomiast o sukcesach innych produktów spożywczych sygnowanych prestiżowym znakiem „Made in Italy”. Włoskie marki radzą sobie coraz lepiej na chińskim rynku podbijając podniebienia azjatyckich konsumentów. Na polu enologicznym, o czym szerzej pisałem we wspomnianym wyżej artykule, butelki z Bel Paese zaczynają na dobre konkurować z tymi pochodzącymi z Francji.
Skoro chwilę wcześniej przenieśliśmy się do Emilii-Romanii, warto byłoby wspomnieć o Modenie. Ocet balsamiczny to jeden z najbardziej rozpoznawalnych produktów pochodzących z tego regionu. Trafia on dzisiaj na stoły smakoszy na całym świecie. Potęguje to, niestety, skalę, na jaką produkowane są podróbki. Artykuł zbierający wszystkie najważniejsze informacje na temat Aceto Balsamico di Modena znajdziecie tutaj. Klikając tutaj natomiast przeczytacie o tańszych wersjach octu z Emilii-Romanii, produkowanego na bazie moszczu winogronowego pochodzącego chociażby z Hiszpanii i koloryzowanego karmelem… (to tak a proposito Bresaoli, którą włoskie prawodawstwo pozwala produkować z mięsa wołowego importowanego z Ameryki Południowej).

źródło: www.i.ytimg.com

Jeszcze jedna informacja z Modeny: Osteria Francescana, w której niepodzielnie panuje Massimo Bottura, została okrzyknięta najlepszą restauracją na świecie. Jak czytamy w uzasadnieniu tej decyzji, lokal Bottury pokazuje kuchnię włoską we współczesnym wydaniu. Nie pozostaje nic innego, jak pogratulować i być może… zahaczyć o Osteria Francescana podczas wakacyjnych wypadów? Na ogłoszonej w Nowym Jorku liście 50 najlepszych restauracji świata znalazły się również inne lokale gastronomiczne z Włoch.

Kończąc już dzisiejszą Pentolę podsuwam Wam kilka ciekawych pomysłów na wakacyjno-włoskie wojaże. Fanom dobrego smaku polecam wizytę w San Daniele di Friuli, dobrego prosciutto crudo na pewno nie zabraknie. Kto chciałby poczuć się niczym Chrystus, powinien w te wakacje wybrać się nad (dosłownie) Lago d’Iseo. Kto natomiast woli podążać szlakami winiarskimi (lub łączyć szlaki winiarskie i filmowe, jak autor bloga Z winem do kina) niech ruszy do Piemontu. Buona vacanza!

źródło: www.ilgiornale.it


wtorek, 21 czerwca 2016

Winne Wtorki: czerwone na upały

Verba volant, scripta manent
           

Starożytni mawiali verba volant, scripta manent. Słowa wypowiedziane ulatują, te zapisane pozostają. W dzisiejszych czasach przywykliśmy do rozumienia tego powiedzenia w kontekście spisywania ważnych dla nas informacji. Przypominamy sobie o nim podczas podpisywania umowy, pisząc maila lub zostawiając komuś nasz numer telefonu. Coraz częściej wydaje nam się, że właściwie omnis manent. Żyjąc w epoce, którą można by zdefiniować jako epoka komunikacji, trudno się z tym nie zgodzić (zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę social media).
Na przytoczony aforyzm należałoby jednak spojrzeć i z drugiej strony. W epoce, kiedy większość społeczeństwa nie potrafiła pisać ani czytać, słowo mówione było tym, które w pierwszej kolejności docierało pod strzechy. Dokument pisany stanowił tajemnicę zarezerwowaną dla wąskiego grona wybranych, a to właśnie mowa była kanałem językowym zrozumiałym dla każdego. Dzięki słowom wypowiadanym kaznodzieja nakierowywał wiernych, dzięki słowu wypowiedzianemu zarządca oznajmiał chłopom jakie są ich prawa i obowiązki (z naciskiem na to drugie). Pomimo, że w dzisiejszych czasach mowa spełnia zupełnie inną rolę, a sądowe komunikacje otrzymujemy w formie listów, jej istotna rola w życiu codziennym jest niezaprzeczalna.
Czasami jednak prostych słów się boi największy nawet twardziel, proste słowa z gardła nie chcą wyjść najbardziej. Z pomocą w takich sytuacjach spieszy producent wina z Emilii-Romanii. Ceci swoje lambrusco A Te (lub To You, jak kto woli) reklamuje hasłem Kocham cię, nie pisz tego na murach. Zamiast murów posłużyć ma nam butelka pokryta farbą imitującą tablicę. Do wyboru zestaw dla tradycjonalistów (czarna tablica, kreda, gąbka) lub dla zwolenników nowoczesnych rozwiązań (whiteboard, marker, gąbka). Wino w pakiecie to samo. No właśnie, chociaż trunek znajdujący się w butelce w tym wypadku znajduje się zdecydowanie na dalszym planie, również jemu warto poświęcić kilka chwil.
Gdy już opróżnimy tablicę… butelkę!, w naszym kieliszku wyląduje wino charakteryzujące się ciemną buraczkową suknią z gęstą pianą o równie intensywnej barwie. Nos charakterystyczny dla dobrego lambrusco: ciemne jagody, jeżyny, nieco nut kwiatowych. Wszystko to okraszone zapachami leśnego poszycia. W ustach dojrzałe owoce. Jest i nieco tanin, ale kwasowość zdecydowanie w dolnych rejestrach. Na finiszu wyraźnie zaakcentowana goryczka. Wino zdecydowanie gastronomiczne, swoje najlepsze oblicze pokaże z klasykami regionu, z którego pochodzi (ragù alla bolognese, tortellini [tu i tu], mortadella, prosciutto crudo…). A że podajemy je schłodzone i nie jest zbyt skomplikowane, to i w upalne dni powinno smakować (wpisując się w dzisiejszy temat Winnych Wtorków).

Aby maksymie verba volant, scripta manent stało się zadość: o innych lambrusco możecie przeczytać również tutaj.

źródło: imbottigliamento.it

Nazwa: To You Bolle di Lambrusco Rosso
Producent: Ceci
Miejsce zakupu: tannico.it
Cena: 10,80eur
Rodzaj wina: czerwone, wytrawne, musujące
Ocena:



Inni wtorkowicze napisali:

piątek, 28 sierpnia 2015

Piadina romagnola

Pszenne placki z Romanii


            „Kuchnia włoska” to fenomen. Cały świat przyzwyczaił się, że każde danie, które pochodzi z Półwyspu Apenińskiego (albo tak się przynajmniej wydaje), zostaje wrzucone do wspólnego wora podpisanego „kuchnia włoska”. I nie ma znaczenia fakt, że dorobek kulinarny każdego regionu jest wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny. Nie ma też znaczenia to, że tradycje kulinarne wielu regionów na przestrzeni lat wzbogaciły się o przepisy lub metody przygotowania potraw, które pochodzą nawet z odległych zakątków świata (wystarczy zajrzeć do garnków sycylijskich mamusiek lub kucharzy z rejonu Górnej Adygi, aby się o tym przekonać). Pomijam już różnorodność kulinarną, którą możemy dostrzec podróżując nie między regionami, a jedynie między poszczególnymi miastami!
Taka sytuacja jest dobrze zauważalna zwłaszcza w Emilii-Romanii, regionie który jest zlepkiem dwóch innych (co dobrze widać w dwuczłonowej nazwie), historycznie ugruntowany w miejscowych tradycjach, języku i… kuchni właśnie. Podczas gdy stoły Emilii zawsze uginały się od serów, szynek i wytwornych dań z dziczyzny (nie bez kozery Bolonia zyskała sobie przydomek „tłusta”), na stołach Romanii gościła kuchnia lżejsza, uboższa w produkty pochodzenia zwierzęcego, ale bogatsza w warzywa i owoce morza. Biorąc pod uwagę fakt, że przez Romanię przebiegały liczne szlaki handlowe oraz trasy pielgrzymkowe, tutejsza kuchnia to także kuchnia podróżnicza. I dziś właśnie zaprezentuję jedno z dań tego regionu, które niegdyś stanowiło podstawę diety ludzi niższych stanów oraz tych, którzy udawali się w podróż. Piadina romagnola (od niedawna produkt IGP) to pszenne placki wyrabiane bez zaczynu, na bazie mąki, wody i smalcu, do których w przeszłości wkładano warzywa i zioła, dziś natomiast podaje się je z różnego rodzaju serami i szynkami dostępnymi na wyciągnięcie ręki, bo produkowanymi w sąsiedniej Emilii.

Składniki na 5 porcji:
·         500g mąki pszennej, typ „0”
·         75g smalcu
·         Woda lub mleko
·         Pół łyżeczki soli
·         3-4g drożdży w proszku lub sody oczyszczonej

Przygotowanie piadiny nie jest ani specjalnie trudne, ani nie zajmuje dużo czasu. Właśnie z tego powodu na ulicach wielu miast Emilii-Romanii można dziś spotkać niewielkie budki lub nawet foodtruck’i, które sprzedają piadinę w formie lokalnych fast food’ów.
Do miski wsypujemy mąkę, sól i drożdże. Następnie dodajemy smalec (używamy jedynie białej części, bez skwarek). Zostawiamy go przez jakiś czas w temperaturze pokojowej, aby był miększy i łatwiej łączył się z innymi składnikami. Stopniowo do ciasta dodajemy wodę i zarabiamy tak długo, aż otrzymamy jednorodną, dość gęstą masę.
Ciasto zostawiamy na 30-60 minut, aby „odpoczęło”. Po tym czasie dzielimy je na porcje, ok. 100g każda. Każdą porcję należy rozwałkować na okrągłe placki o grubości około 3-4mm i średnicy 20cm, a następnie należy ponakłuwać je widelcem, aby podczas smażenia lepiej wyrosły.
Piadiny smażymy na teflonowej patelni, beż użycia tłuszczu. Rozgrzewamy patelnię na małym ogniu do temperatury około 200 ͦ C. Placki smażymy do zrumienienia przez nie więcej niż 2-3 minuty z każdej strony. Piadiny składamy w pół, a do środka trafia to, na co mamy ochotę (w moim przypadku prosciutto crudo i piemoncki ser tomino). Kilka kropel oliwy aromatyzowanej już na talerzu i gotowe! Do tego obowiązkowo wytrawne Lambrusco


Więcej Emilii-Romanii poniżej!



piątek, 19 czerwca 2015

Jack Frusciante opuszcza grupę

Rock, rower i Bolonia


            W dzisiejszym zglobalizowanym świecie informacje przepływają z prędkością światła. To, co właśnie wychodzi na rynek w punkcie A, za kilka chwil pojawia się w punkcie B, aby w przeciągu kilku dni być dostępnym w każdym zakątku ziemskiego globu. Prawa rynku są nieubłagalne, jeśli w jednym kraju książka zyskuje dużą popularność, staje się ona sławna w kolejnych państwach i moda na nią zaraża ludzi na całej ziemi, niczym groźna choroba  rozprzestrzeniająca się drogą kropelkową.
            Od każdej reguły istnieją jednak wyjątki. Zdarzyć się może, że dana książką nie odpowiada kulturowemu modelowi niektórych krajów, w następstwie czego się tam nie „przyjmie”. Mogą również pojawić się inne przeszkody na drodze do „zarażania” kolejnych mas ludności. Warto by w tym miejscu wspomnieć o roli tłumacza – bardzo często jest on prawie tak samo ważny (a może i ważniejszy) niż sam autor dzieła. Tłumacz ma tę moc, że dzięki swojej pracy potrafi sprawić, że średnia książka stanie się bardzo przyjemna w odbiorze. Tłumacz, niestety, może też pogrzebać nawet i największych twórców, jeśli nieumiejętnie podejdzie do swojego zadania.
            Trudno mi określić, czy tak było w przypadku, który zaraz opiszę, czy też sprawy miały się zgoła inaczej. Mowa tu o książce autorstwa Enrica Brizziego – „Jack Frusciante opuszcza grupę” (tytuł oryginalny: Jack Frusciante è uscito dal gruppo). Po przeczytaniu tej lektury w języku oryginalnym natknąłem się w sieci na dziesiątki negatywnych opinii dotyczących wersji polskiej: za dużo wulgaryzmów, chaotyczny styl, zero klimatu, zero ładu i składu… długo by wymieniać. Pierwsza myśl, jaka się pojawiła w mojej głowie: tłumacz zepsuł dzieło Brizziego. Później jednak wróciłem do tych przemyśleń: a może przyczyna niepowodzenia leży gdzie indziej? Może chodzi tu o różnice kulturowe między Polską, a Włochami. Baa, może chodzi o to, że Polacy nie rozumieją dobrze młodzieży bolońskiej końcówki ubiegłego wieku. Pozostawiam już bez komentarza tak prozaiczną sprawę, jak percepcja wulgaryzmów w obydwu językach. U nas wulgarne słowo opisujące męskiego członka jest postrzegane, jako bardzo wulgarne. We Włoszech natomiast kazzo (pisownia zaczerpnięta z książki) ma zupełnie inny wydźwięk, zdecydowanie mniej obraźliwy.


            Cóż, będę musiał chyba udać się do sklepu po polską wersję, aby móc w stu procentach osądzić gdzie leży problem. Skupiając się jednak na książce samej w sobie: dawno nie czytałem tak dobrej historii, która ma swój klimat (rower, młodzież, rock), jest napisana w młodzieżowym stylu i z użyciem żywego języka będącego w obiegu wśród nastolatków tamtego czasu. Młodzieńcze problemy opisane są z perspektywy kilkunastoletniego bohatera, będącego już u progu dorosłości. Brizzi operuje językiem tak, aby wprowadzić czytelnika w Bolonię z ostatniej dekady XX wieku. Chaos? Tak, istnieje tam pewien chaos jeśli mowa o stylu, ale odpowiedzmy sobie na jedno pytanie: który nastolatek jest ułożony i myśli logicznie? Z pewnością niewielki nieporządek panujący w książce jest zamierzony.
            Bohater książki Brizziego, Alex, to taki włoski buszujący w zbożu, który szuka swojej drogi w życiu. Polecam tę lekturę wszystkim osobom, które chciałyby na chwilę przenieść się do swoich młodzieńczych lat. Aby jednak wykluczyć nieścisłości: polecam wersję włoską. Warto też obejrzeć film oparty na tej historii – niezwykle rzadki przykład, kiedy to ekranizacja dzieła i samo dzieło uzupełniają się w równych proporcjach.


czwartek, 26 marca 2015

Emilia-Romania czerwona i musująca

Sześć wyśmienitych lambrusco


            Z czym kojarzy Ci się Bolonia? Szynki? Tortellini? Czerwone dachy? A może wino? Jeśli wino to jakie? Kompotowate lambrusco z dyskontu, które smakuje jak wiśniowy napój gazowany? Gratuluję, już sam fakt, że wiesz czym jest lambrusco to dużo. Ale czy piłeś kiedyś, Czytelniku, prawdziwe wino musujące z Emilii-Romanii? Takie pełne owocu, odpowiednio wytrawne z lekko gorzkawym finiszem, które podkreśli charakter każdego tłustego dania z Czerwonego Miasta? Nie? Powinieneś w takim razie wybrać się do Bolonii, zanim jednak to uczynisz przeczytaj których win warto spróbować. Poniżej prezentuję listę wybranych butelek, które udało mi się zakupić i spróbować podczas mojego krótkiego wypadu do stolicy Emilii-Romanii. Jeśli jeszcze nie wiesz czym jest lambrusco, to zapraszam na Winicjatywę, gdzie wszystko co ważne zostało już napisane. Amatorów win naturalnych zapraszam tutaj, aby zapoznać się z moim opisem Il Mio Lambrusco od Camillo Donati.
            Zacznijmy od win lekkich, raczej różowych niż czerwonych, które znakomicie sprawdzą się jako aperitivo, towarzysz lekkich dań, a nawet ryb (parafrazując: gdzie Bolonia, a gdzie morze?). Mowa tu o Lambrusco di Sorbara, najlżejszej wersji tego typu wina.


Do czołowych producentów lambrusco należy Cleto Chiarli – firma produkująca wino w ilościach masowych, po przystępnych cenach, jednocześnie dbając o jakość. Jednym z najłatwiej dostępnych win od tego producenta jest Vecchia Modena. Można je znaleźć w enotekach, sklepach i sklepikach, a nawet w wielu wielko powierzchniowych marketach, przy czym cena waha się od 4 do 5 euro. Co dostajemy za tę cenę? Trunek charakteryzujący się malinowo różową barwą i oranżadową białą pianką, która znika natychmiast po przelaniu wina do kieliszka. W nosie czuć dużo landrynek, ale są też przyjemne świeże owoce – poziomki, niedojrzałe maliny, a może nawet i truskawki. Są też nuty trawiaste. Na języku czuć drobne i nieco agresywne bąbelki. Wino w smaku jest wytrawne, nieco mineralne z kwaskową nutą czerwonej porzeczki. Do tego średnio-długi finisz. Innych owoców tu nie wyczujemy, ale i tak za około 20zł (w przeliczeniu) otrzymujemy przyjemne wino, które daje dużo radości, jest rześkie i świetnie orzeźwia w ciepłe dni. Dobra pozycja dla osób rozpoczynających przygodę z lambrusco.


Czas na wino, które znajduje się o kilka poziomów wyżej. Leclisse od Cantina Paltrinieri to pozycja znana i szanowana. Kosztuje ponad dwa razy tyle, co wyżej opisane wino (ok. 11 euro) i smakuje na pewno dwa razy lepiej. Wino ma ciemnoróżowy kolor, wchodzący nieco w łososiowy. W nosie potężna dawka owoców (malina, poziomka, czerwona porzeczka) oraz nuty trawiaste (pokrzywa, świeżo skoszona trawa). Podniebienie drażnią drobne bąbelki, których jest tu dużo. Kręgosłup stanowią nuty dojrzałych czerwonych porzeczek (z charakterystyczną dlań kwasowością) oraz malin. Jest też lekko mineralny posmak, przypominający wapienie. Długi owocowo-kamienny finisz. Świetne wino, które idealnie zagra jako zawodnik solowy, na przykład przed posiłkiem w celu pobudzenia trawienia.
Przejdźmy do win, które idealnie zgrają się z tłustą, mięsną kuchnią Bolonii. Mam na myśli przede wszystkim Lambrusco di Grasparossa, w tym te z Castelvetro. Wina tego typu to prawdziwe bomby owocowe, które swoje najpiękniejsze oblicze ukazują w towarzystwie pokaźnego talerza makaronu z ragù alla bolognese, lasagne alla bolognese lub tortellini z mięsem.

 

Pierwsze z win tego typu, których miałem okazję spróbować to Reggiano Lambrusco Assieme od Cantina Riunite (przeczytacie więcej o niej we wspomnianym artykule na Winicjatywie). Pozycja ta jest produkowana na zlecenie Coop – włoskiej sieci marketów. Kosztuje około 3-4 euro. A co sobą prezentuje? W kieliszku ciemny kolor syropu wiśniowego zmieszanego z sokiem z czarnej porzeczki. Raczej się nie pieni. Nos to przede wszystkim wiśnia i aronia, wszystko to raczej jednowymiarowe, nie ewoluujące, stateczne. Po dłuższym obcowaniu z powietrzem, do wyżej wymienionych owoców dochodzi nieśmiała malina. W ustach czuć dosyć wysoką kwasowość (a na butelce widnieje niby napis „amabile”), lekko niedojrzałą wiśnię. Tanin brak, wino proste, w sam raz odpowiadające swojej cenie. Dobre na początek, ale mi było trzeba czegoś więcej…


Pra di Bosso Lambrusco Secco to wino, które charakteryzuje bardzo intensywny aromat i smak. Pra di Bosso ma ciemno wiśniowy kolor, na powierzchni pojawia się gęsta piana, która jednak szybko opada. Aromat to przede wszystkim jeżyny, wiśnia i aronia. W tle da się również wyczuć owoce leśne i fiołki. W ustach czuć dobrą strukturę i wiele owocowych aromatów, wśród których wspomniana już wiśnia i jeżyna (a co za tym idzie dobrze zaznaczona kwasowość). Zaskakująco długi, owocowy finisz – wiśnie w syropie i frużelina wiśniowa. Niemalże modelowy przykład standardowego wytrawnego lambrusco w przystępnej cenie (ok. 6 euro)


Czas na najlepsze wino, jakie udało mi się spotkać w Bolonii. Capolavoro, jak mawiają Włosi; wino, które bez chwili zawahania nazwałbym dziełem sztuki – Otello Nerodi Lambrusco 1813 od Cantine Ceci. To lambrusco uwiodło mnie już przy pierwszym spotkaniu i mogę stanowczo stwierdzić, że jest to jedno z najlepszych win jakie kiedykolwiek piłem we Włoszech, a może i w ogóle. Cena 11 euro za butelkę to stanowczo za mało, tak więc jeśli jakiś importer zdecyduje się sprowadzić je do naszego kraju, znajdzie wielu amatorów. Otello do trunek, który idealnie podkreśla smak Prosciutto Crudo di Parma, bolońskich tortellini, Mortadelli i innych lokalnych przysmaków. Charakteryzuje je bardzo ciemna barwa, purpura wchodząca niemalże w czerń. Pianka, jaka pojawia się przy napełnianiu kieliszka jest gęsta, w kolorze ciemnej śliwy, utrzymuje się bardzo długo i wygląda przepięknie. Gdy jednak piana opadnie nos uderza aromat ciężkiej i bardzo dojrzałej, soczystej dzikiej wiśni. Jest też owoc czarnego bzu i aronia, a w tle nieco stłamszony przez owoce zapach fiołków. Tego lambrusco nie da się dłużej wąchać, bo usta pragną napoju z każdym momentem co raz bardziej. A gdy już się go spróbuje, kubki smakowe uderzają idealnie zbalansowane słodycz i kwasowość, drobne bąbelki uwypuklają wszystkie zalety wina. Kręgosłup Otello to skomplikowana mieszanka owoców, wszystkich wspomnianych i dodatkowo jagód. Smak Nerodi utrzymuje się w ustach bardzo długo i ewoluuje… zdecydowanie warto!


Rzutem na taśmę jeszcze jedna pozycja, wino wypite w skromnym barze naprzeciwko stacji w Bolonii (tak, tej samej gdzie wydarzyła się Strage di Bologna w 1980 roku). Przykład ten pokazuje, że gdziekolwiek w Bolonii będziecie szukać dobrego lambrusco, znajdziecie je. Mówię tu o Lambrusco Grasparossa di Castelvetro od Torre dei Colli. Wino o intensywnie  rubinowej barwie z pomarańczową obwódką, charakteryzujące się słodkim, owocowym aromatem. W nosie i na języku pierwszoplanowa rola przypadła wiśni i czereśniom. Jest też nieco goryczkowa pestka na finiszu. Orzeźwiające, lekkie i dobre w swej prostocie lambrusco na pożegnanie Bolonii.
Wino Cleto Chiarli Vecchia Modena jest ogólnie dostępne na terenie Włoch. Leclisse, Pra di Bosso oraz Otello zakupiłem w Enoteca Italiana. Lambrusco od Riunite dostępne jest jedynie w sklepach sieci Coop.

Więcej Emilii-Romanii poniżej!

poniedziałek, 23 marca 2015

La dotta, la rossa, la grassa

Bogata stolica Emilii-Romanii

Bologna w czasach Dantego.

Początki Bolonii, stolicy regionu Emilia-Romania, sięgają czasów etruskich, kiedy to znana ona była pod nazwą Felsina. Tereny dzisiejszego miasta były zasiedlone już w trzecim tysiącleciu przed Chrystusem, ale o prawdziwym rozwoju można mówić dopiero od IX w. p.n.e. Gród przechodził „z rąk do rąk” i tak początkowo znalazł się w rękach etruskich, aby następnie zostać zasiedlonym przez Celtów (którzy Bolonię nazywali Bona) i kolejno przez Rzymian (ci z kolei nadali miastu nazwę, która przypomina tę dzisiejszą – Bononia). W średniowieczu stolica Emilii-Romanii była niezależnym, wolnym miastem-państwem, jakich wtedy istniało wiele na terenach dzisiejszych Włoch. W dużej mierze to właśnie wieki średnie przyczyniły się do aktualnego wizerunku miasta. Ryciny przedstawiające Bolonię z czasów Dantego ukazują miasto ogrodzone grubymi murami, wewnątrz których widnieje niezliczona ilość wysokich wież mieszkalnych (typowa zabudowa dla tego regionu w tamtym czasie).

Torre degli Asinelli

Garisenda

Wśród wszystkich zachowanych wież, największą sławą cieszą się Le Due Torri. Wyższa z nich to Torre degli Asinelli, mniejsza nosi nazwę Garisenda. Z pierwszej z nich rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na całe miasto (z tego miejsca można przede wszystkim zobaczyć słynne czerwone dachy) oraz pobliskie wzgórza. Inne wieże mieszkalne znajdują się głównie w obrębie Piazza Maggiore, głównego placu Bolonii.

Widok na Garisendę z wyższej wieży.



Pozostając przy architekturze, równie słynnymi elementami co wieże, są również charakterystyczne arkady. Mówi się, że w granicach murów miejskich (do dziś przetrwały jedynie bramy miejskie) jest w sumie ponad 40km podcieni. To właśnie dzięki nim można przejść przez miasto bez parasola, nie moknąc przy tym, nawet podczas ulewy. Latem natomiast arkady dają chłód i cień, który ratuje tłumy turystów i miejscowych przed piekącym słońcem.


Ważnym punktem miasta, a właściwie jego bijącym sercem jest wspomniana Piazza Maggiore ze znajdującym się w jej centrum Palazzo Re Enzo. Przy głównym placu znajduje się jedna z największych europejskich świątyń – Basilica di San Petronio, poświęcona patronowi miasta (od imienia patrona w języku włoskim funkcjonuje przymiotnik petroniano, synonimiczny do bolognese), z charakterystyczną na wpół niedokończoną fasadą. Jeśli Piazza Maggiore jest sercem Bolonii, to aortą bez dwóch zdań można nazwać Via dell’Indipendenza. Jest to ulica łącząca stację kolejową z historycznym centrum, codziennie przewijają się tu tysiące osób, a w dni świąteczne i weekendy organizuje się tu bardzo często uroczyste pochody i festiwale.

Palazzo Re Enzo

Neptun

Basilica di San Petronio

Via dell'Indipendenza
San Petronio, patron miasta

Mało kto wie, że Wenecja nie jest jedynym miastem na wodzie we Włoszech. Jak dobrze wiadomo, starożytne i średniowieczne miasta zakładano w pobliżu cieków wodnych – rzeka stanowiła podstawę do dobrego rozwoju osady. Tak też było w przypadku stolicy Emilii-Romanii. Dzisiejsza zabudowa miejska skutecznie utrudnia znalezienie rzeczonego cieku, ale dla chcącego nic trudnego. W skutek zbudowanej śluzy na rzece Reno (10 pod względem długości rzeka Włoch), przez Bolonię przepływają jej, jakby nie było sztuczne, odnogi. Woda biegnie pod budynkami przecinając miasto, można ją zobaczyć zaledwie w kilku miejscach (między innymi nieopodal Via dell’Indipendenza).

Jedno z niewielu miejsc w Bolonii, gdzie można zobaczyć
przepływający przez miast ciek wodny.

Miasto bywa określone trzema przymiotnikami: „la dotta, la rossa, la grassa” (uczona, czerwona, tłusta). Pierwszy z nich odnosi się do najstarszej uczelni w zachodnim świecie, założonej w 1088 roku. Drugi przymiotnik przez długi czas wskazywał na przeważający w mieście kolor – czerwone dachy oraz mury z czerwonej cegły. Dopiero w XX wieku „la rossa" zaczęto odnosić do sytuacji politycznej, bowiem właśnie w XX wieku miasto stało się ostoją komunistów. Jak mówią miejscowi, lata ’70, ‘60 oraz ’80 to był czas komunizmu „niemal idealnego” (przy czym należy zaznaczyć, że termin ten odnosi się po prostu do lewicujących zarządców miasta, a nie panującego ustroju). Nie było tu mowy o kopii systemu znanego z ZSRR, a wręcz przeciwnie. Mieszkańcy Bolonii cieszyli się wtedy miastem dobrze zorganizowanym, sprawnie działającym, z powszechnym dostępem do szkół na wysokim poziomie, nowoczesnych szpitali i innych miejsc publicznej użyteczności. Czasy te minęły bezpowrotnie, pomimo, że w stolicy Emilii-Romanii wciąż widoczne są na każdym kroku symbole komunistyczne (jak chociażby ryciny przedstawiające sierp i młot na fasadach budynków).


Jeśli wychodząc ze stacji widzisz taki obraz...

...w księgarni znajdujesz dział poświęcony komunizmowi...

...a na dodatek restauracje mają menu w jakimś dziwnym dialekcie...
...to na pewno jesteś w Bolonii.

Ostatni przymiotnik, którym opisuję się Bolonię, tłusta, odnosi się do jej kuchni. Miasto będąc już u zarania bogate i cieszące się sławą wśród kupców, mogło sobie pozwolić na kuchnię tłustą, pełną mięsa i innych kosztownych składników. Tortellini al brodo, słynne ragù alla bolognese, tagliatelle, mortadella i inne szynki czy kiełbasy stały się znakiem firmowym miejscowej gastronomii. Dodać do tego przepyszne lambrusco (i nie mam tu na myśli wina smakującego jak kompot z bąbelkami, a porządne wino z potężną dawką owoców i kwasowości) i mamy kompletny obraz enogastronomicznej Emilii-Romanii.
 Wracając jeszcze jednak na moment do polityki, komunistyczne nastawienie bolończyków stało się jedną z głównych przyczyn zamachu z 1980 roku. 2 sierpnia, gdy większość Włochów zaczynała wakacje, na stacji w Bolonii wybuchła bomba zabijając 85 osób i raniąc kolejne 200. Strage di Bologna, jak dziś nazywa się to wydarzenie, zmieniła miasto na zawsze (nie mówiąc już o stacji, której zniszczoną część odbudowano). Śledztwo w tej sprawie było wyjątkowo trudne i pełne nieścisłości, tak naprawdę do dziś nie wiadomo kto stał za zamachem. Na znak pamięci na fasadzie stacji w Bolonii umieszczono tablicę pamiątkową z nazwiskami ofiar, a po lewej stronie od głównego wyjście wisi zegar zatrzymany na godzinie zamachu – 10.25. 




źródło: wikipedia.org

Więcej Emilii-Romanii poniżej!