____________________________________________________________________________________________________________________________________________________
¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯¯
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2017

Duomo di Milano || Basilica di Sant’Ambrogio

Bez porównania



Jeszcze zanim wyszedłem ze stacji metra zauważyłem, że na zewnątrz pada rzęsisty deszcz. Woda strumykami ściekała po schodach coraz to niżej w moją stronę. Wchodząc po kolejnych stopniach towarzyszyło mi to samo uczucie co zawsze. Do uszu dochodził gwar ludzi znajdujących się na placu. Celowo nie podnosiłem głowy ku górze, szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Będąc w połowie schodów spojrzałem przed siebie. W tym samym momencie hałas dobiegający z góry jakby zniknął gdzieś na dalszym planie. Znów serce zaczęło mi bić szybciej i znów zachodziłem w głowę jak to możliwe, że coś tak ogromnego mogło powstać jedynie dzięki pracy rąk ludzkich…

***

Przed niepozorną ścianą z czerwonej cegły nie było prawie nikogo. Kilkoro zbłąkanych turystów, dwóch czy trzech lokalnych mieszkańców i na tym koniec. Za rogiem znikali właśnie ostatni pielgrzymi, którzy większą grupą, około dziesięciu osób, zwiedzali wnętrze budowli. Wszyscy mieli w dłoniach drewniane laski, a przy plecakach przytroczone muszle św. Jakuba. Gdy ich kroki przestały dochodzić do moich uszu, ocknąłem się z zamyślenia i ruszyłem w stronę ściany, w której były jedynie dwa równe wejścia. Z nieba zaczęła padać lekka mżawka. Powietrze stało w bezruchu, a cisza spowodowana brakiem kogokolwiek wokół jedynie potęgowała mój niepokój. Wybierałem się w to miejsce już tyle razy i dopiero teraz dane mi było tu dotrzeć.

***

            Jak tylko znalazłem się na placu otoczyło mnie kilkoro ciemnoskórych sprzedawców, na których włosi mówią nieco pogardliwie vucumprà (od włoskiego Vuoi comprare?, które w ustach mieszkańców Czarnego Kontynentu staje się mało wyraźnie i przypomina wspomniany neologizm). Jeden z nich próbował zawiązać mi na nadgarstku tandetną bransoletkę ze sznurków, inny wciskał w dłoń garść kukurydzy i zachęcał do karmienia latających wokół chmar gołębi. Nauczony doświadczeniem stanowczo podziękowałem wszystkim, nie powstrzymałem się jednak od komentarza w języku ojczystym, na co sprzedawcy gromko krzyknęli: Polska! Kocham cię, dzień dobry. Tanio, kupić. Wyrwałem się z ich coraz ciaśniejszego uścisku. Powoli podchodziłem bliżej fasady katedry. Na placu znajdowały się setki turystów i Mediolańczyków. Wśród tych pierwszych przeważali Azjaci z najnowszymi modelami komórek pstrykający sobie selfie z Duomo. Byli też oczywiście tacy z aparatami, których obiektywy mierzyły dobre pół metra. Zawsze zastanawia mnie czy rzeczywiście są oni aż tak zaawansowani pod względem fotografii, czy po prostu podążają owczym pędem za najnowszymi trendami.
            Wróciłem myślami do rzeczywistości, gdy niechcący potrąciłem jakiegoś mężczyznę. Był dość wysoki jak na Włocha, ale co do jego pochodzenia nie miałem wątpliwości: Mediolańczyk z krwi i kości. Perfekcyjnie ułożone włosy nie świeciły się od padającego deszczu, a od nałożonego na nie żelu. Piękny grafitowy garnitur był skrojony wręcz wzorowo i leżał idealnie na właścicielu. Do tego uprasowana koszula, pod szyją nie mucha, nie krawat, a fular. Pomimo panującej pogody, w jego butach można było się przeglądać. Bela ‘sta Madunina, to jedyne słowa, które zapamiętałem z krótkiej wymiany zdań z owym osobnikiem. Nie czuł się ani przez chwilę urażony tym, że go potrąciłem. Skierowałem swoje kroki ku jednemu z głównych wejść.



            Po przejściu za ścianę z czerwonej cegły znalazłem się w prostokątnym przedsionku bazyliki, który w czasie pierwszych chrześcijan służył katechumenom, czyli osobom przygotowującym się do chrztu. Zgodnie z ówczesnym obrządkiem osoby nieochrzczone nie mogły brać udziału w mszy w pełni, w tym znajdować się wewnątrz świątyni. Przedsionek to tylko jeden z wielu elementów zaczerpniętych z pierwotnie stojącego tu kościoła. Podczas budowy aktualnej Bazyliki św. Ambrożego wzorowano się w dużej mierze na planie poprzedniej świątyni.
Dwupoziomowa fasada wykonana jest, podobnie jak reszta budowli, w przeważającej części z czerwonej cegły, materiału tak bardzo typowego dla stylu romańskiego w Lombardii. Białe wstawki, chociaż użyte w niewielkiej ilości, skutecznie odciążają fasadę i nadają jej charakterystycznej regularności. Nigdzie indziej niespotykane archetti pensili wykańczające szczyt skośnej fasady oraz wieńczące arkady okalające przedsionek są jedynym wyraźnym zdobieniem, jakie rzuca się tu w oczy. Bazylika przykuwa wzrok mimo to. Jej idealnie dobrane proporcje bazujące na prostych figurach geometrycznych wprowadzają poczucie spokoju. I taki też panował tu, gdy kierowałem się ku wejściu do wnętrza kościoła. W międzyczasie mżawka przerodziła się w regularny deszcz, ostatni turyści zniknęli z pola widzenia.

***

            Nie byłem wewnątrz Duomo od kiedy wprowadzono opłaty za wejście. Nie, ani razu nie przyszło mi do głowy, aby poskąpić dwóch euro na renowację świątyni. Zawsze jednak przerażała mnie kilkudziesięciometrowa kolejka turystów czekających aż wojskowi stojący w wejściu łaskawie zajrzą im do torebek i plecaków, po czym ktoś spojrzy na bilet uprawniający do wejścia.
            I tym razem darowałem sobie kilkugodzinne oczekiwanie, a w słuszności mojej decyzji utwierdził mnie coraz mocniej padający deszcz. Z perspektywy Galerii Vittorio Emanuele II przyglądałem się bogato zdobionej fasadzie i bocznej ścianie el Domm de Milaan. Najważniejszy kościół w Mediolanie. Nigdy nie zgadzałem się w pełni z tym stwierdzeniem. Największy, fakt. Najbardziej znany, prawda. Ale czy najważniejszy? Nawet jeśli dzisiejsi mieszkańcy stolicy Lombardii uważają statuę Mariae Nascenti wieńczącą świątynię za swoją patronkę, trudno mi się pogodzić z opinią, że to właśnie ten kościół jest najważniejszy. Czy o Mediolańczykach nie mówi się często Ambrosiani? Czy synonimem milanese w języku włoskim nie jest ambrosiano?

***

            Jak tylko przekroczyłem próg bazyliki do moich nozdrzy doszedł charakterystyczny zapach starego kościoła. Minęło kilka chwil zanim wzrok przystosował się do panującego tu półmroku. Świątynia wewnątrz nie zachwyciła mnie już tak bardzo, jak jej zewnętrzna część. Bezwiednie ruszyłem w stronę ołtarza. To za nim, w absydzie, znajduje się jeden z największych skarbów.
            Tuż przy ołtarzu za ramię chwycił mnie starszy Włoch. Najwidoczniej zrozumiał, że mówię w jego języku, bo czytałem informację turystyczną o dziwo napisaną tylko w jednym języku. Quest’altare è tutto d’oro. Ten ołtarz jest cały ze złota, zagadnął. Krótka wymiana zdań nie dotyczyła jednak bogato zdobionego ołtarza znajdującego się przed nami. Sempre quando ho tempo, faccio una passeggiata qua. Przychodzę tu na spacer zawsze, gdy mam czas. Słuchając jego opowieści o św. Ambrożym, historii budowy samej bazyliki i najnowszych dziejów świątyni pomyślałem, że ów miły starszy Włoch musi mieć dużo wolnego czasu i robić wspomniane spacery nader często. Na pożegnanie życzył mi szczęścia (przynajmniej tyle zrozumiałem z kilku zdań w dialetto milanese) i wskazał drogę do krypty znajdującej się pod głównym ołtarzem. Ciasne wnętrze w kształcie półkola służyło wybranym do modlitwy przed samym patronem bazyliki. Znajduje się tu bowiem ciało św. Ambrożego, obok którego spoczywają dwaj męczennicy – Gerwazy i Protazy.



            Ponad 108 metrów wysokości, ponad 158 metrów długości i ponad 93 metry szerokości. Setki skrupulatnie rzeźbionych w marmurze wzorów i kolejne setki wykonanych z tego samego materiału figur. Tysiące detali niewidocznych z miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Całość robi ogromne wrażenie i jednocześnie przytłacza. Zawsze, gdy stoję przed Duomo di Milano, przychodzi mi na myśl Wieża Eiffla z Paryża. Nie da się przejść obok niej obojętnie. Jedni odwracają obcesowo od niej wzrok, uważając, że jest to najbrzydsza konstrukcja w mieście, inni hołubią jej i nie wyobrażają sobie stolicy Francji bez niej. Podobnie jest z katedrą w Mediolanie. Jej bryła znana jest niemalże każdemu. Nawet osoby, które nigdy w życiu nie były w stolicy Lombardii, rozpoznają jej największą (ale nie najważniejszą!) świątynię bez zawahania. Nic dziwnego, zaraz po Bazylice św. Piotra w Rzymie i Katedrze Najświętszej Marii Panny w Sewilli, jest to trzeci największy kościół na świecie. Moloch powstały po to, aby onieśmielać rywali, aby pokazać jak potężni są władcy Mediolanu. Budowana przez ponad pół wieku świątynia połączyła tysiące żywotów. Klamrą spinającą początek i koniec budowy stały się dwie postaci o ambicjach dalece wykraczających poza ludzkie pojęcie, Gian Galeazzo Visconti i Napoleon Bonaparte. Pierwszy z nich w 1386r. rozpoczął budowę największej świątyni ówczesnego świata, drugi nakazał jej dokończenie w 1805r., miał bowiem w głowie już plan na jej zaangażowanie w przyszłym (niedoszłym) koronowaniu króla Włoch zjednoczonych po francuską egidą… Chwała historii za to, że el Domm de Milaan nie przyczynił się do planów cesarza zza Alp!


czwartek, 15 października 2015

Pistoia

Mała Florencja


            Docieramy do kolejnego i niestety już ostatniego miejsca na trasie toskańskiej wędrówki Italianizzato. Dziś o Pistoi. To położone w północnej części regionu miasto zostało założone przez Rzymian w okolicach II wieku przed Chrystusem, chociaż badania archeologiczne wykazały, że już wcześniej istniała tu niewielka osada etruska (a jakże!). Po upadku Imperium Rzymskiego, wielokrotnie atakowana i podbijana przez ludy barbarzyńskie, Pistoia zdołała odbudować swoją pozycję i stała się w XII wieku wolnym miastem. Związki ze Sieną i Pizą w tym okresie pobudzały tkankę miasta do rozwoju, a procesarskie stronnictwo Gibelinów, które przeważało w Pistoi, skutecznie uniemożliwiało Florencji podporządkowanie jej sobie. Od tego czasu można mówić o stopniowym rozwoju miasta, które bez większych wstrząsów dotrwało do dnia dzisiejszego.

Florencja czy Pistoia?

            Na ustach wielu znawców pojawia się ironiczny uśmieszek, kiedy słyszą jak niektórzy turyści nazywają Pistoię małą Florencją. Tak, to nie błąd: miasto, które nigdy z dzisiejszą stolicą regionu nie miało po drodze, właśnie w ten sposób bywa czasami nazywane. Z pewnością pewne podobieństwa da się zauważyć, ale porównywanie Pistoi do Florencji, tak na poziomie politycznym, jak i artystycznym, jest dużym nadużyciem. Chyba, że mówimy o atmosferze miasta – tu się zgodzę, jest coś w klimacie miasta, co przypomina o stolicy Toskanii.

Fasada Duomo di Pistoia

            Czym zająć się podczas wizyty w Pistoi? Co zobaczyć, a co sobie odpuścić? Dokąd się udać? Z pewnością należy zobaczyć Piazza del Duomo. Jest to jeden z najpiękniejszych w Toskanii (jeśli nie we Włoszech) średniowiecznych placów miejskich z dobrze zachowaną  zabudową wokół niego. Skoro o budynkach mowa, to właśnie przy Piazza del Duomo znajdują się najważniejsze i największe budowle świeckie i sakralne. Jak sama nazwa wskazuje, stoi tu Duomo di Pistoia (katedra poświęcona św. Zenonowi). Początki tego kościoła sięgają X wieku. Na uwagę zasługuje fasada świątyni, która jest swoistym połączeniem stylu romańskiego pizańskiego (wystarczy spojrzeć na górną część frontu) ze stylem charakterystycznym dla świątyń budowanych we Florencji (dolna część frontu, wyłożona białym i zielonym marmurem, przypomina kościół San Miniato al Monte). Środkowy łuk fasady kryje sklepienie beczkowe ozdobione kasetonami wykonanymi przez Andreę della Robbię.
            Tuż obok Duomo znajduje się wieża, Torre del Campanile. Ta 67 metrowa budowla była budowana w dwóch etapach, przez co zauważyć tu można niespójność stylów architektonicznych. Dolna część pochodzi z XII wieku, górna natomiast z XV wieku. Dodatkowo wieża była wielokrotnie odbudowywana i przebudowywana na skutek częstych trzęsień ziemi, jakie spotykało się w regionie pod koniec średniowiecza.


            Dzwonnica nie jest jednak jedyną wieżą, która znajduje się przy Piazza del Duomo. Na tej samej ścianie placu, ale w przeciwnym rogu, stoi Torre di Catilina. Stanowi ona idealnie zachowany przykład typowych średniowiecznych domów, na jakie mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi (o podobnych konstrukcjach, tzw. wieżach mieszkalnych, pisałem przy okazji wycieczki do Bolonii). Wieża swoją nazwę wzięła od rzymskiego polityka Katylina, który oskarżony o zdradę zginął w 62r. p. n. e., a jego ciało pochowano właśnie w miejscu dzisiejszej Torre di Catilinia.
            Wracając jeszcze na moment do budowli sakralnych – naprzeciwko Duomo di Pistoia znajduje się Battistero di San Giovanni Battista in Corte. Jest to jedno z czterech baptysteriów w Toskanii, które stoją osobno, nie stanowiąc integralnej części świątyni. Przy elewacji baptysterium pracował Nicola Pisano (o którym pisałem już przy okazji Duomo di Siena i ambony jego autorstwa).


            Przy Piazza del Duomo stoją również Antico Palazzo Vescovi (były Pałac Biskupi), Palazzo Pretorio (gmach sądu) oraz Palazzo del Comune. Pierwszy z nich stanowił niegdyś siedzibę biskupów (sam św. Zenon, patron najważniejszej świątyni w mieście, był biskupem). W Palazzo Pretorio można zobaczyć świetnie zachowane ławę sędziowską, krzesło skazańca i kamienne podesty dla publiki. W wybudowanym w stylu gotyckim Palazzo del Comune dziś mieści się muzeum miejskie oraz chyba jedna z najbardziej znanych rzeźb XX-wiecznego rzeźbiarza urodzonego w Pistoi, Marino Mariniego (nota bene w mieście znajduje się również muzeum całkowicie poświęcone jego twórczości).


            Odchodząc na zachód od głównego placu trafiamy na Piazza della Sala, który z kolei jest jednym z najstarszych w Pistoi. Jego nazwa pochodzi z czasów najazdów barbarzyńskich. Przy Piazza della Sala mieściła się kamienica zwana sala regis, w której mieszkał gubernator. Środek placu zdobi studnia Pozzo del Leoncino, dar Medyceuszy dla miasta. Kierując się jeszcze bardziej na zachód możemy odwiedzić Chiesa della Madonna del Carmine. Kopuła tej świątyni do złudzenia przypomina florencką kopułę Brunelleschiego (i znów wracamy do punktu wyjścia – Mała Florencja).
            Sam nie wiem, dlaczego zostawiłem to na koniec, ale czas na największą atrakcję Pisoti, która ściąga tu co roku tysiące turystów – Ospedale del Ceppo. Jest to wciąż działający szpital założony w 1277r. (wyobraźcie sobie moją minę, gdy zwiedzając wnętrze Ceppo, obok sklepu z pamiątkami spotykałem chorych czekających na swoją kolejkę…). Jego fasadę zdobi siedem paneli z terakoty stworzonych przez Giovanniego della Robbię. Artysta przedstawił na nich Siedem Uczynków Miłosierdzia.


 Odkrywaj Toskanię z Italianizzato klikając poniżej!


piątek, 9 października 2015

Freski Piera della Franceski

Wczesnorenesansowy mistrz pędzla


            Opisując Arezzo wielokrotnie podkreślałem, że miasto to jest bardzo wymagające względem odwiedzających je turystów. Dziś idę o krok dalej, bowiem mam zamiar skupić się na największym dziele Piera della Franceski. Namalowane przez niego freski w Kościele San Francesco stanowią kamień milowy w historii malarstwa włoskiego, będąc jednocześnie jednym z pierwszych dzieł wczesnego renesansu. Zdaję sobie sprawę, jak wielkie i trudne zarazem zadanie sobie wyznaczyłem. Mnie samemu docenienie (i zrozumienie) Legendy o Prawdziwym Krzyżu zajęło trzy lata. W jaki sposób zatem mogę za pomocą krótkiego artykułu przekonać do niego Was? Stanowczo odsuwając pesymistyczne nastawienie, postanowiłem, że niniejszym wpisem chcę Was jedynie skusić do odwiedzenia Arezzo, a tam, stojąc przed dziełem della Franceski zrozumiecie wszystko i wszystko wyda Wam się łatwiejsze…
            O co tyle hałasu? Mam świadomość, że nazwisko tego wczesnorenesansowego malarza wielu z Was może być nieznane lub, w co lepszych przypadkach, jedynie zasłyszane. Piero della Francesca urodził się w Borgo San Sepolcro (prowincja Arezzo) w 1415 roku. Ta malutka miejscowość w ówczesnym czasie stanowiła ważny punkt położony na granicy pomiędzy Umbrią, Marchią i Toskanią. Może właśnie ten fakt pozwolił della Francesce szkolić się u ważnych malarzy tamtych czasów, a także poznawać dzieła Masaccia, Donatella i innych poprzedników.


            Wpływy sztuki średniowiecznej, już w czasach malarza uważanej za nieco przestarzałą, widać jedynie w jego nielicznych wczesnych dziełach (jak choćby Polittico della Misericordia, który dziś znajduje się w muzeum w mieście rodzinnym malarza). Della Francesca stosunkowo szybko porzucił wcześniejsze wzorce, podążając swoją własną malarską ścieżką, którą wyznaczały idealna matematyczna perspektywa, symetria, użycie figur geometrycznych oraz charakterystyczna „jasność” barw. Malarz podporządkowywał kompozycję sztywny regułom matematycznym, dążąc do perfekcji w tej kwestii. Della Francesca w swoich dziełach starał się połączyć kunszt malarski z żelaznymi prawami logiki i matematyki, co, jak widać na podstawie wielu przypadków, udawało mu się nader często.
            Wiedząc już co nieco o twórcy, przejdźmy do samego dzieła, o którym w założeniu miał być ten wpis. Freski przedstawiające Legendę o Prawdziwym Krzyżu zostały namalowane w apsydzie kościoła San Francesco. Temat ten w czasach malarza powtarzał się często w świątyniach znajdujących się pod opieką franciszkanów. Legenda o Prawdziwym Krzyżu opowiada historię krzyża, na którym miało dokonać się życie Chrystusa. Jej początek pokrywa się niemalże z początkiem istnienia ludzi na świecie. Jak mówi legenda, Set, syn Adama, umieścił pod językiem ojca, gdy ten umierał, trzy nasiona z Drzewa Życia. Z nasion tych wyrosło drzewo, które posłużyło do budowy Krzyża Świętego. Historia przedstawiona przez Piera della Franceskę opowiada kolejne wydarzenia związane z krzyżem, a kończy się w momencie, gdy wraca on do Jerozolimy. Całej historii nie będę tutaj streszczał, gdyż jest ona łatwo dostępna w Internecie i nie ma sensu pisać tego, co zostało już napisane. Postaram się natomiast wytłumaczyć, dlaczego dzieło della Franceski jest tak ważne i uważane za przełomowe.


            Skoro historia o Prawdziwym Krzyżu była dość powszechna w czasach malarza, możemy wykluczyć hipotezę, że stanowiła ona element nowości. Zgoda, ale poza samym tematem, liczy się również sposób jego przedstawienia. Po pierwsze, Piero della Francesca nie zastosował kolejności chronologicznej. Kompozycję podporządkował zupełnie innym pryncypiom. Porzucił następstwo czasowe na rzecz ukochanej przez niego symetrii. Na przeciwległych ścianach i równych względem siebie poziomach mamy sceny namalowane według następującego klucza (patrząc z góry do dołu): sceny pozbawione tła architektonicznego, sceny na tle architektonicznym, sceny przedstawiające bitwy. Dodatkowo na najwyższych poziomach lewej i prawej ściany znajdują się początek Legendy o Prawdziwym Krzyżu (po prawej stronie, śmierć Adama) oraz jej zakończenie (po lewej stronie, scena przedstawiająca powrót krzyża do Jerozolimy).
            Czy brak porządku chronologicznego mógłby być tym, co stawia dzieło della Franceski na wyjątkowym miejscu? I tak, i nie. Zacznę od negacji: brak chronologii z pewnością nie jest tym, co sprawia, że freski z kościoła San Francesco są wyjątkowe, ale z drugiej strony… Specyficzna kompozycja zastosowana przez malarza dokłada „swoją cegiełkę” w tworzeniu wyjątkowości tego dzieła. Teraz przejdę do odpowiedzi twierdzącej. Tak, brak chronologii w czasach della Franceski był czymś rzadko spotykanym. Wiem, wiem… dziś, kiedy retrospekcje, mieszanie się przeszłości z przyszłością i inne tego typu zawirowania czasowe pojawiają się w co drugiej produkcji filmowej czy książce, nie robi to już na nas wrażenia. Wyobraźmy sobie jednak mieszkańców Arezzo w XV wieku, nieprzyzwyczajonych do takich zabiegów artystycznych. Brak chronologii z pewnością stanowił element zaskoczenia, ale też utrudniał zrozumienie historii i wymagał zaprzęgnięcia większej liczby szarych komórek do zrozumienia całości.


            Skoro napisałem, że to nie kolejność następowania po sobie fresków jest elementem decydującym o wyjątkowości tego dzieła, idźmy dalej. Freski stanowią niepowtarzalny zbiór dokumentujący nowy malarski styl, który „przebojem wdarł się” do ówczesnych pracowni artystycznych. Nie bez powodu Piera della Franceskę uważa się za jednego z pierwszych i najważniejszych zarazem przedstawicieli odrodzenia. Jego styl jest czymś zupełnie nowym, czymś czego nigdy wcześniej nie było, a co za chwile stanie się obowiązującym kanonem piękna. Co więcej, jego styl jest jednym z najpiękniejszych i najczystszych przykładów malarstwa renesansowego, pełen harmonii, symetrii i spokoju. Jeśli łatwiej będzie Wam zrozumieć, Piero della Francesca to taki trendsetter z połowy XV wieku.
            Gdybyście jednak wciąż uważali, że Piero della Francesca nie zasługuje na tyle uwagi, to już śpieszę z pomocą. Na jednej ze ścian absydy znajduje się obraz przedstawiający sen cesarza Konstantyna przed bitwą z Maksencjuszem. Sam temat ponownie nie gra tu najważniejszej roli, ważny natomiast jest sposób przedstawienia i przede wszystkim… pierwsze w historii włoskiej sztuki chiaroscuro, to znaczy użycie światłocienia! Ponownie przenieśmy się w XV-wieczne Arezzo i postawmy się na miejscu ówczesnych mieszkańców miasta. Przyzwyczajeni do rzeczywistości dwuwymiarowej, jaką dotychczas przedstawiały obrazy, do jednobarwnych szat malowanych przez twórców, do relatywnej nudy monochromatycznej, stawali oni przed „Snem Konstantyna” i w podziwie oglądali materiałowe drzwi namiotu, które sprawiały wrażenie jakby otwierały się właśnie w tym momencie. Z rozdziawionymi ustami patrzyli jak anioł, od którego bije jaskrawa łuna, pokazuje cesarzowi znak krzyża. Z zapartym tchem podążali wzrokiem za ramieniem człowieka siedzącego na łożu Konstantyna, aby następnie skierować go wzdłuż włóczni aż do anioła, a ostatecznie skupić się na twarzy samego cesarza.


            I znów wydać Wam się może, że nic w tym nadzwyczajnego. W świecie, gdzie filmy 3D i hologramy stały się niemal codziennością. W świecie, w którym człowiek tworzy alternatywne rzeczywistości, chiaroscuro della Franceski nie robi żadnego wrażenia. Musicie uwierzyć na słowo, dla ludzi żyjących w XV wieku „Sen Konstantyna” był tak samo emocjonujący, jak dla nas supernowoczesne produkcje pozwalające na stanie się częścią historii, którą oglądamy na ekranie.
            Mam nadzieję, że moim tekstem zdołałem przekonać chociaż kilkoro nieprzekonanych, dzięki czemu przy najbliższej okazji pojadą oni do Arezzo, aby zgłębić tajemnicę kunsztu Piera della Franceski. A zapewniam, że wciąż wiele pozostaje do odkrycia, bowiem freski w kościele San Francesco są dziełem wielowymiarowym, którego zrozumienie wymaga czasu, spokoju i chęci obserwatora do zanurzenia się w malarskim świecie z XV-wiecznej Toskanii. 


Odkrywaj Toskanię z Italianizzato klikając poniżej!



sobota, 3 października 2015

Arezzo

Gdzie ślad zostawili Petrarka, Vasari i della Francesca


Gdy w rozmowie z laikiem (pisząc laikiem mam na myśli osoby, które nie określiłyby się mianem „italofila”) pada hasło Toskania, w myślach owego pojawia się prosty domek na wzgórzu, otoczony złocistymi połaciami zboża lub winnicami, do którego prowadzi droga wyznaczona przez dwa rzędy strzelistych cyprysów. Nawiasem mówiąc takie też obrazki wyskakują, gdy w internetowej wyszukiwarce wpisujemy hasło „Toskania”.
Zaraz po sielankowych, niemalże idyllicznych obrazkach, w głowie wspomnianego laika  (jeśli miał on styczność kiedykolwiek z mapą Włoch) pojawia się Florencja. No tak, kto nie zna Florencji? Kopuła Brunelleschiego, słynne drzwi baptysterium wykonane przez Ghibertiego i oczywiście ogromna rzeźba przedstawiająca Dawida wykonana przez Michała Anioła. Co bardziej wtajemniczeni dodadzą jeszcze kilka innych sławnych dzieł lub znanych miejsc.
Idźmy dalej, polski język bardzo często usłyszymy również w Sienie, którą od jakiegoś czasu coraz częściej pojawia się w programach objazdowych wycieczek oferowanych przez rozmaite biura podróży. Nie zapominajmy jeszcze o San Gimignano, mieście wież, średniowiecznym Manhattanie, jak w zwyczaju mają opisywać to miasto ulotki zachęcające do wykupienia wycieczki do Toskanii. Prawie bym zapomniał, Krzywa Wieża w Pizie! To przecież taki sam wakacyjny „must” jak piramidy w Egipcie, Koloseum w Rzymie i Wieża Eiffla w Paryżu. Na tym zakończyłbym tę nieco ironiczną wyliczankę…
A co z Arezzo? Niektórzy otworzą ze zdumieniem oczy i zapytają gdzie to (i czy w ogóle w Toskanii?). Podejrzliwi zaczną dopytywać o szczegóły, próbując nie zdradzić swojej niewiedzy. Inni z kolei w zaparte będą uważali, że próbujemy ich wkręcić. Sam doświadczyłem już wielokrotnie podobnych reakcji, więc wiem o czym mówię. Na potwierdzenie moich słów możecie poczytać co o mieście, gdzie urodził się Vasari mówi polska strona Wikipedii. Oczywiście bez obrazy, zdaję sobie sprawę, że wśród nas znajdą się jednostki, które nie tylko o Arezzo słyszały, ale również tam były i chętnie opowiedzą co zobaczyły. I chwała im za to. Opiszę zatem i ja, co warto w Arezzo zwiedzić, bowiem miasto to z roku na rok przekonuje mnie do siebie coraz bardziej.

Piazza Grande

            Jak już wspomniałem, w Arezzo urodzili się Guido d’Arezzo, Petrarka oraz Giorgio Vasari, a działał tu między innymi Piero della Francesca (działał to mało powiedziane, jakby nie było stworzył tu on swoje największe dzieło, o którym mowa będzie w kolejnym wpisie). Idźmy jednak po kolei… Początki miasta sięgają cywilizacji Etrusków, to właśnie oni założyli osadę Arretium, która w krótkim czasie stała się jednym z ważniejszych ośrodków w centralnej części Półwyspu Apenińskiego. Jak to w przypadku toskańskich miast bywa, po Etruskach przyszli Rzymianie.


            Po upadku Imperium Rzymskiego Arezzo nie podupadło, jak miało to miejsce w przypadku wielu innych ośrodków miejskich, a wręcz przeciwnie – dało Italii i całemu światu wielkie umysły, o których pisałem wyżej. Tak, tak, mowa o tym samym Guido, do którego Dante pisał: Guido, i’vorrei che tu e Lapo ed io…, i który to razem z Alighierim tworzyć miał nowy kierunek w literaturze, to znaczy Dolce Stil Nuovo (Słodki Nowy Styl). Myślę, że Petrarki przedstawiać nie muszę, jako że jest on jedną z trzech koron literatury włoskiej (pozostałe dwie „korony” to oczywiście Dante i Boccaccio). Podobnie sprawy mają się z Vasarim, nawet najmłodsi czytelnicy z pewnością zetknęli się z tym nazwiskiem na lekcjach plastyki lub historii sztuki w późniejszych latach. A co z Pierem della Francesca? Nie będę ukrywał, postać ta nie jest dobrze znana w Polsce. O ile wśród innych europejskich narodów della Francesce przyznano należyte miejsce w szkolnych programach, o tyle u nas prawie się o nim nie mówi. Nie wiedzieć czemu podręczniki pomijają tego malarza, a szkoda bo jego zasługi można by porównać z tymi, które przypisuje się Michałowi Aniołowi lub Da Vinciemu.

Kościół Santa Maria della Pieve

            Wróćmy do głównego bohatera niniejszego wpisu. Gdy już trafimy do Arezzo, warto udać się na główny plac miasta, Piazza Grande. Z jednej strony jest to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w mieście, z drugiej strony świetnie nadaje się on jako punkt początkowy i końcowy zwiedzania. Przy placu znajduje się romański kościół Santa Maria della Pieve. Naśladuje on tak zwany styl romański z Pizy. Tuż obok świątyni stoi Palazzo della Fraternita dei Laici, którzy chętnie wspierali nowe projekty budowlane w mieście.

Logge Vasari
źródło: giuliagarbi.it

Jeśli ktoś miałby wciąż wątpliwości gdzie się znajduje, to szybko zostaną one rozwiane przez XVI-wieczne galerie zbudowane według projektu Vasariego (a dofinansowane przez wspomnianą Fraternita dei Laici). Podążając w ich cieniu dotrzemy do Katedry. Po drodze wcześniej jednak możemy wstąpić do Domu Petrarki. Odbijając następnie jeszcze bardziej na zachód dojdziemy do Casa del Vasari. Nie jest to dom, w którym urodził się architekt, a jedynie rezydencja, w której mieszkał w późniejszym czasie. Jego dom rodzinny mieści się w dzielnicy po przeciwnej stronie głównego placu. W drodze powrotnej do Piazza Grande mijamy kościół San Francesco, w którym znajduje się najważniejsze dzieło Piera della Franceschi – freski przedstawiające Legendę Prawdziwego Krzyża.

Wejście do domu Petrarki.


Nie będę ukrywał, że Arezzo to niezwykle wymagający punkt na trasie toskańskiej wycieczki. Aby pojąć i zrozumieć to miasto, a także potrafić docenić jego zabytki, należy posiadać coś więcej niż podstawę programową. Jedynie osoby mające jakiekolwiek pojęcie o historii sztuki i literaturze włoskiej wyjadą z Arezzo w pełni usatysfakcjonowani. Może właśnie tu kryje się odpowiedź na rozważania zawarte we wstępie…


Odkrywaj Toskanię z Italianizzato klikając poniżej!



środa, 30 września 2015

Che cosa bolle in pentola… – wrzesień 2015

Comiesięczny przegląd włoskich internetów


Początek września w Polsce nieodmiennie kojarzy się z dwoma wydarzeniami, które rok w rok są odmieniane przez wszystkie przypadki w każdej gazecie, radiu i stacji telewizyjnej. Mam na myśli rocznicę wybuchu II Wojny Światowej oraz początek roku szkolnego. Ja jednak w Pentoli te dwa zagadnienia pominę, a zajmę się czymś innymi.
Drugiego września w Wenecji rozpoczęła się 72 edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Polskę reprezentował film Jerzego Skolimowskiego pt.: „11 minut”. Dziś już wiadomo, że naszemu przedstawicielowi niestety nie udało się zdobyć głównego trofeum i musiał ustąpić miejsca reżyserowi Lorenzowi Vigasowi. Skolimowskiemu przyszło zadowolić się jedynie wyróżnieniem. Co ciekawe, wśród nagrodzonych produkcji pojawiła się odrestaurowana wersja filmu wielkiego Pasoliniego – „Salò, czyli 120 dni sodomy”.

źródło: espresso.repubblica.it

Portal l’Espresso pisze natomiast o gratce dla bogaczy i koneserów sztuki. 9 października w Nowym Jorku ma się odbyć aukcja obrazu Modiglianiego „Nudo disteso”. Dzieło malarza wycenia się na ponad 100 milionów dolarów, co stanowi rekord. Najwyższa cena zapłacona dotychczas za pojedyncze dzieło Modiego, jak nazywają go Włosi, wyniosła nieco ponad 70 milionów dolarów.
Skoro już o sztucę mowa, to pozwolę sobie na jeszcze jedną informację z tej dziedziny. Badacze potwierdzili, że znalazł się grób Giocondy, popularnie nazywanej Monną Lisą, muzy Leonarda Da Vinciego. Według naukowców ciało kochanki malarza złożono w klasztorze Świętej Urszuli we Florencji. Przypuszczenia zostały potwierdzone przez testy wykonane przy użycia węgla.
Podczas gdy zdecydowana większość wolnych krajów bojkotuje Rosję i aneksję Krymu, były premier Włoch, Silvio Berlusconi, odwiedza zagarnięty przez Wielkiego Niedźwiedzia półwysep i wraz z prezydentem Putinem składa kwiaty pod pomnikami. Cóż, chyba rzeczywiście dobrze, że Silvio nie jest już premierem… Wizyta Berlusconiego na Półwyspie Krymskim wywołała oburzenie tak polityków, dyplomatów, jak i dziennikarzy.
Znów przychodzi mi poruszyć tematy sportowe, bowiem podczas mijającego miesiąca miało miejsce wydarzenie niecodzienne. Finał US Open należał w stu procentach do Włoszek. Flavia Pennetta zmierzyła się z Robertą Vinci w finale turnieju pokonując ją. Rozgrywka wzbudziła zaciekawienie nawet samego premiera Italii, Mattea Renziego, który wywołał niemało kontrowersji udając się na finałowy mecz rządowym samolotem.
Bardzo często w moich comiesięcznych zestawieniach piszę o południu Włoch i problemach, z jakimi muszą mierzyć się mieszkający tam ludzie w codziennym życiu. W ciągu ostatnich dni znalazłem dziesiątki artykułów na temat sytuacji, jaka panuje w południowych regionach. Jeden z nich zaczyna się słowami: „Spadek urodzeń. Opuszczone miasta. Ekonomia w zastoju. Brak jakiejkolwiek strategii. Trzecia część kraju jest jakby zapomniana. Najtrudniejsze wyzwanie dla rządu.”. Czy muszę coś więcej dodawać? Cały artykuł na portalu l’Espresso.

źródło: decoinspire.files.wordpress.com

Nie mogło zabraknąć i tematów winiarskich… Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego wina sprzedawane są najczęściej w butelkach o pojemności 0,75l, a nie innych? Oczywiście, w sprzedaży dostępne są również mniejsze i większe „opakowania”, ale jednak standardową jednostką miary i standardową butelką są te, w których mieści się ¾ litra. Jeśli kiedykolwiek szukaliście odpowiedzi na tę zagadkę, dziś znajdziecie ją na portalu Vinoway.
Jeśli bardziej niż butelki interesuje Was to, co znajdziecie w środku, powinniście rzucić okiem na zestawienie 50 najlepszych włoskich win, które zostało opublikowane na blogu DiVini. Ilu z nich już spróbowaliście, a ile jeszcze przed Wami?

źródło: czaswina.pl


Na koniec informacja nie najważniejsza, nie najciekawsza, ale będąca dla mnie swoistym wyróżnieniem. Niczym grom z jasnego nieba spadła na mnie wieść o nominacji magazynu Czas Wina do tytułu Winiarskiego Blogu Roku 2015. Już sam fakt bycia nominowanym dużo dla mnie znaczy, bowiem znalazłem potwierdzenie na to, że coś, czemu poświęcam się od prawie półtorej roku zostało zauważone, ale nie oznacza to, że chciałbym osiąść na laurach. Zapraszam do głosowania na Italianizzato wszystkich czytelników bloga, którzy uważają, że zasługuję na ich głos, a za każdy oddany serdecznie dziękuję.


środa, 9 września 2015

Siena

Średniowieczna Toskania

Palazzo Pubblico z charakterystyczną Torre del Mangia.

            Siena. Dziś jedno z najchętniej odwiedzanych przez turystów miast południa Toskanii, niegdyś jeden z najważniejszych ośrodków w tej części Półwyspu Apenińskiego. Wiele osób dziwi się, gdy słyszysz, że właśnie to miasto konkurowało z wielką Florencją, a w 1260 roku sieneńskie wojska gibelinów pokonały gwelfów z dzisiejszej stolicy regionu. Aby poznać potęgę i moc tego średniowiecznego miasta trzeba się zgubić w jego zaułkach i uliczkach, przejść po gorącym niczym piekło Piazza del Campo i wejść do Duomo, przez wielu uważanego za najpiękniejszy przykład włoskiego (a niektórzy twierdzą, że nawet światowego) gotyku.


            Nie jest do końca wiadomo komu zawdzięczamy założenie Sieny. Wśród wielu teorii pojawiają się Etruskowie (starożytny lud zamieszkujący te tereny jeszcze przed czasami Imperium Rzymskiego), Galowie i Rzymianie. Sami mieszkańcy miasta najchętniej odwołują się do legendy, według której Sienę założył Seniusz, syn Remusa. Świadczyć o tym jakoby miało podobieństwo pomiędzy nazwą miasta, a imieniem legendarnego założyciela. O ile początki tego toskańskiego miasta nie są pewne, o tyle wiadomo, że już w I w. p. n. e. Sena Julia była dużą rzymską kolonią.
            W wiekach średnich Siena była niepodległą republiką, państwem miastem, które dzięki dobremu zarządzaniu wyrosło na jedno z najważniejszych i najbardziej potężnych w regionie. Miasto stało się na tyle silne, że zaczęło stanowić zagrożenie dla Florencji, która z kolei miała uzasadnione powody, aby się go obawiać. Obydwa grody rywalizowały na planie ekonomicznym, kulturalnym i politycznym. Tak zaczynając od spraw dotyczących handlu i rzemiosła, przez florencką i sieneńską szkołę artystyczną, aż po podziały na linii gibelini (popierający cesarstwo, kojarzeni ze Sieną) i gwelfowie (stronnictwo popierające papiestwo, kojarzone z Florencją).
            Czas największego rozkwitu miasta przypada na wieki od XII do XIV, wtedy to rozrosło się ono pod względem infrastruktury, wzniesiono ważne dla mieszkańców budynki oraz wiele kamienic, w których zamieszkiwali członkowie możnych rodów. Swoisty boom ekonomiczny został zahamowany przez zarazę (połowa XVI wieku), która dotkliwie doświadczyła mieszkańców miasta. Wtedy też zaniechano dalszej rozbudowy katedry.
            Dziś Siena to przede wszystkim miasto turystyczne. Wszędzie jednakże widoczne są ślady przeszłości, a nawet ciągła walka o wpływy z Florencją. Obydwa miasta konkurują ze sobą w walce o turystę. A czym kusi Siena?

Duccio Buoninsegna - Maestà
źródło: wikipedia.org

            Przede wszystkim atmosferą. Sieneńczycy są dumni ze swoich korzeni i ze swojego miasta. Można to wyczuć w każdym zakątku, w każdej uliczce, zwłaszcza w dniach poprzedzających i następujących po Palio, chyba najbardziej niezwykłym i najbardziej znanym wyścigu konnym świata (o którym napiszę następnym razem). Siena to również sztuka, to przecież tutaj narodziło się słynna sieneńska szkoła malarska. Jej narodziny i rozkwit pokrywają się w czasie z najszybszym rozwojem miasta. Motywem, który najczęściej pojawiał się na obrazach malarzy ze Sieny była Madonna. Dzieła tutejszych artystów są mniej rewolucyjnie niż tych z Florencji i widać w nich silne zakorzenienie w sztuce Bizancjum (chociażby chętnie stosowane złote tło). Do najsłynniejszych twórców należeli Duccio Buoninsegna (jego Maestà del Duomo znajduje się w Muzeum Katedralnym), Simone Martini czy Pietro i Ambrogio Lorenzetti (dzieło drugiego z nich, Skutki Dobrych oraz Złych Rządów można obejrzeć w Sala della Pace, która znajduje się w Palazzo Pubblico przy głównym placu Sieny). Warto również wspomnieć o rzeźbiarzu Jacopo della Quercia, który był na tyle zdolny, aby stanąć w szranki z Brunelleschim i Ghibertim w konkursie na zlecenie budowy drzwi do baptysterium we Florencji. 

Fasada Duomo di Siena.

            Co zobaczyć w Sienie? Cóż, lista jest długa, można tu spokojnie spędzić kilka dni, aby zanurzyć się w klimat miasta i poczuć jak prawdziwy Sieneńczyk. Na pewno warto udać się do Duomo. Tak z zewnątrz, jak i w środku katedra robi ogromne wrażenie, jest to mieszanka stylów romańskiego i gotyckiego, które w tym wypadku idealnie ze sobą współgrają. Charakterystyczne poziome czarno-białe pasy równoważą strzelistość świątyni. Na uwagę zasługuje bogato zdobiona marmurami fasada Duomo (tak naprawdę to zaledwie zachodni fronton zamykający transept planowanej pierwotnie świątyni – można sobie wyobrazić, jak ogromna miała być katedra według początkowych założeń).

Dopiero będąc po raz czwarty w Sienie udało mi się zobaczyć posadzkę Duomo w całej okazałości.

            Również wnętrze Duomo zapiera dech w piersiach. Znajduje się tu jedyna w swoim rodzaju posadzka (56 marmurowych paneli, które przedstawiają postacie mitologiczne i sceny ze Starego Testamentu), którą niestety rzadko kiedy można obejrzeć w całej okazałości. Podłoga przykrywana jest specjalnymi „dywanami”, które chronią ją przed zniszczeniem. Wszystkie panele odkrywane są jedynie przy wielkich okazjach, jak np. wspomniane wcześniej Palio.

Św. Jan Chrzciciel autorstwa Donatella.

            W katedrze znajdują się również dwa warte uwagi przykłady sztuki rzeźbiarskiej – św. Jan Chrzciciel dłuta Donatella oraz marmurowa ambona Nicoli Pisano. Warto odwiedzić Libreria Piccolomini, salę zbudowaną za czasów, gdy papieżem był Enea Silvio Piccolomini wywodzący się z pobliskiej Pienzy. Sala ta jest bogato zdobiona freskami Pinturicchia.

Ambona wyrzeźbiona przez Nicolę Pisano.

            Drugim ważnym punktem miasta jest Piazza del Campo – centralny plac Sieny (pochylę się nad nim następnym razem), wokół którego odbywa się dwa razy do roku Palio. Przy placu znajduje się również Palazzo Pubblico z Torre del Mangia (z wieży rozpościera się przepiękny widok na miasto w żółto-brunatnym kolorze).
            Cóż, miejsc i rzeczy wartych zobaczenia w Sienie jest o wiele więcej. Potrzeba by kilka takich artykułów, aby zaledwie o nich wspomnieć. Samej atmosfery miasta za to nie da się oddać żadnymi słowami. Trzeba tam pojechać, zobaczyć spalone toskańskim słońcem budynki, nabrać w nozdrza gorącego powietrza zmieszanego z zapachem historii i tradycji, a potem usiąść przy Piazza del Campo i napić się wyśmienitej kawy…

Odkrywaj Toskanię z Italianizzato klikając poniżej!